Skip to main content

Full text of "Ksiadz Waleryan Kalinka"

See other formats


Google 


This  is  a  digital  copy  of  a  book  that  was  prcscrvod  for  gcncrations  on  library  shclvcs  bcforc  it  was  carcfully  scannod  by  Google  as  part  of  a  projcct 

to  make  the  world's  books  discoverablc  onlinc. 

It  has  survived  long  enough  for  the  copyright  to  cxpirc  and  thc  book  to  cntcr  thc  public  domain.  A  public  domain  book  is  one  that  was  never  subjcct 

to  copyright  or  whose  legał  copyright  term  has  expircd.  Whcthcr  a  book  is  in  thc  public  domain  may  vary  country  to  country.  Public  domain  books 

are  our  gateways  to  the  past,  representing  a  wealth  of  history,  cultuie  and  knowledge  that's  often  difficult  to  discovcr. 

Marks,  notations  and  other  maiginalia  present  in  the  original  volume  will  appear  in  this  file  -  a  reminder  of  this  book's  long  journcy  from  thc 

publishcr  to  a  library  and  finally  to  you. 

Usage  guidelines 

Google  is  proud  to  partner  with  libraries  to  digitize  public  domain  materials  and  make  them  widely  accessible.  Public  domain  books  belong  to  the 
public  and  we  are  merely  their  custodians.  Nevertheless,  this  work  is  expensive,  so  in  order  to  keep  providing  this  resource,  we  have  taken  steps  to 
prevent  abuse  by  commcrcial  partics,  including  placing  lechnical  rcstrictions  on  automated  querying. 
We  also  ask  that  you: 

+  Make  non-commercial  use  ofthefiles  We  designed  Google  Book  Search  for  use  by  individuals,  and  we  request  that  you  use  these  files  for 
person  al,  non-commercial  purposes. 

+  Refrainfinm  automated  ąuerying  Do  not  send  automated  querics  of  any  sort  to  Google's  system:  If  you  are  conducting  research  on  machinę 
translation,  optical  character  recognition  or  other  areas  where  access  to  a  laige  amount  of  text  is  helpful,  please  contact  us.  We  encourage  the 
use  of  public  domain  materials  for  these  purposes  and  may  be  able  to  help. 

+  Maintain  attributłonTht  Goog^s  "watermark"  you  see  on  each  file  is  essential  for  in  forming  peopleabout  thisproject  and  helping  them  lind 
additional  materials  through  Google  Book  Search.  Please  do  not  remove  it. 

+  Keep  it  legał  Whatever  your  use,  remember  that  you  are  responsible  for  ensuring  that  what  you  are  doing  is  legał.  Do  not  assume  that  just 
because  we  believe  a  book  is  in  the  public  domain  for  users  in  the  United  States,  that  the  work  is  also  in  the  public  domain  for  users  in  other 
countries.  Whether  a  book  is  still  in  copyright  varies  from  country  to  country,  and  we  can'l  offer  guidance  on  whether  any  specific  use  of 
any  specific  book  is  allowed.  Please  do  not  assume  that  a  book's  appearance  in  Google  Book  Search  means  it  can  be  used  in  any  manner 
anywhere  in  the  world.  Copyright  infringement  liabili^  can  be  quite  severe. 

About  Google  Book  Search 

Google's  mission  is  to  organize  the  world's  information  and  to  make  it  universally  accessible  and  useful.   Google  Book  Search  helps  rcaders 
discoYcr  the  world's  books  while  helping  authors  and  publishers  reach  new  audiences.  You  can  search  through  the  fuli  icxi  of  this  book  on  the  web 

at|http: //books.  google  .com/l 


Google 


Jest  to  cyfrowa  wersja  książki,  która  przez  pokolenia  przechowywana  była  na  bibliotecznydi  pólkach,  zanim  została  troskliwie  zeska^ 

nowana  przez  Google  w  ramach  projektu  światowej  bibhoteki  sieciowej. 

Prawa  autorskie  do  niej  zdążyły  już  wygasnąć  i  książka  stalą  się  częścią  powszechnego  dziedzictwa.  Książka  należąca  do  powszechnego 

dziedzictwa  to  książka  nigdy  nie  objęta  prawami  autorskimi  lub  do  której  prawa  te  wygasły.    Zaliczenie  książki  do  powszechnego 

dziedzictwa  zależy  od  kraju.    Książki  należące  do  powszechnego  dziedzictwa  to  nasze  wrota  do  przeszłości.    Stanowią  nieoceniony 

dorobek  historyczny  i  kulturowy  oraz  źródło  cennej  wiedzy. 

Uwagi,  notatki  i  inne  zapisy  na  marginesach,  obecne  w  oryginalnym  wolumenie,  znajdują  się  również  w  tym  pliku  -  przypominając 

długą  podróż  tej  książki  od  wydawcy  do  bibhoteki,  a  wreszcie  do  Ciebie. 

Zasady  uźytkowEinia 

Google  szczyci  się  współpracą  z  bibliotekami  w  ramach  projektu  digitalizacji  materiałów  będących  powszechnym  dziedzictwem  oraz  ich 
upubliczniania.  Książki  będące  takim  dziedzictwem  stanowią  własność  publiczną,  a  my  po  prostu  staramy  się  je  zachować  dla  przyszłych 
pokoleń.  Niemniej  jednak,  prEice  takie  są  kosztowne.  W  związku  z  tym,  aby  nadal  móc  dostEu^czać  te  materiały,  podjęliśmy  środki, 
takie  jak  np.  ograniczenia  techniczne  zapobiegające  automatyzacji  zapytań  po  to,  aby  zapobiegać  nadużyciom  ze  strony  podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy  również  o; 

•  Wykorzystywanie  tych  phków  jedynie  w  celach  niekomercyjnych 

Google  Book  Search  to  usługa  przeznaczona  dla  osób  prywatnych,  prosimy  o  korzystanie  z  tych  plików  jedynie  w  nickomcrcyjnycti 
celach  prywatnych. 

•  Nieautomatyzowanie  zapytań 

Prosimy  o  niewysylanie  zautomatyzowanych  zapytań  jakiegokolwiek  rodzaju  do  systemu  Google.  W  przypadku  prowadzenia 
badań  nad  tlumaczeniEimi  maszynowymi,  optycznym  rozpoznawaniem  znaków  łub  innymi  dziedzinami,  w  których  przydatny  jest 
dostęp  do  dużych  ilości  telfstu,  prosimy  o  kontakt  z  nami.  Zachęcamy  do  korzystania  z  materiałów  będących  powszechnym 
dziedzictwem  do  takich  celów.  Możemy  być  w  tym  pomocni. 

•  Zachowywanie  przypisań 

Znak  wodny"Googłe  w  łsażdym  pliku  jest  niezbędny  do  informowania  o  tym  projekcie  i  ułatwiania  znajdowania  dodatkowyeti 
materiałów  za  pośrednictwem  Google  Book  Search.  Prosimy  go  nie  usuwać. 


Hganie  prawa 

W  ItEiżdym  przypadku  użytkownik  ponosi  odpowiedzialność  za  zgodność  swoich  działań  z  prawem.  Nie  wolno  przyjmować,  że 
skoro  dana  łisiążka  została  uznana  za  część  powszecłmego  dziedzictwa  w  Stanach  Zjednoczonych,  to  dzieło  to  jest  w  ten  sam 
sposób  tralrtowane  w  innych  krajach.  Ochrona  praw  autorskich  do  danej  książki  zależy  od  przepisów  poszczególnych  lirajów,  a 
my  nie  możemy  ręczyć,  czy  dany  sposób  użytkowania  którejkolwiek  książki  jest  dozwolony.  Prosimy  nie  przyjmować,  że  dostępność 
jakiejkolwiek  książki  w  Google  Book  Search  oznacza,  że  można  jej  użj'wać  w  dowolny  sposób,  w  każdym  miejscu  świata.  Kary  za 
naruszenie  praw  autorskich  mogą  być  bardzo  dotkliwe. 

Informacje  o  usłudze  Google  Book  Search 

Misją  Google  jest  uporządkowanie  światowych  zasobów  informacji,  aby  stały  się  powszechnie  dostępne  i  użyteczne.  Google  Book 
Search  ułatwia  czytelnikom  znajdowanie  książek  z  całego  świata,  a  autorom  i  wydawcom  dotarcie  do  nowych  czytelników.  Cały  tekst 
tej  książki  można  przeszukiwać  w  Internecie  pod  adresem  [http :  //books .  google .  comT] 


/ 


t 


^^4 


i   OK  4027  .K3  .T323 


Cl 


/ 


/' 


.'•n; 


%  / 


_/' 


/ 


4> 


y 


*•        ■•"^ 


ST.   TARNOWSKI. 


,..1I.,--T«3l  iiPi""" 

3ui!iOTiiavni 


irt 


KS 


WALERYM  KALINKA. 


w  KRAKOWIE, 

M'  DRUKARNI    ^CZABU«   FR,   KLUCZYCKIEGO   r  «P. 
fiud  larzaacm  JuiL-ra  Ukocliiikicgo. 

1887. 


Sllai  ilówm  » KsKEani 

J.K.ZCPAŃSKIEGO  .'.  K  J.HEUMANNA 


K3T323 

■ 

METROPOUJOS 
KUNIOU  SEMIhfiSIJOS 

IMVENTORiaS 
IsiaYińs 

u 

(iMt-na  odbicie  %  „Priegląfl"  P»bkl«n<.".  -  N.kli 

: 

I  eilei 


'  kiei 

poz 

'  die 

""  wic 

bez 

'm  wie 


-. trt 

iiaśzjcli  starych  poet(\*~  TciÓnowit  z ,  pigicąc 
Tieraz  na  śmierć  Kochanowskiego,  tóńczyj _swój  trei 
iwnie  słowuuii:  „przyjmij  Da  co  mnie  atać,  albo  wstań,  pisz 
sobie."  Tak  »a ino  trzebaby  powiedzieć  i  teraz:  „wstań,  pisz 
sobie,"  jeieli  twój  życiorys  ma  liyć  taki  jak  Jenerała  Clila- 
jiowskiegu  przynajmniej,  choe  słusznie  zdałby  się  większy, 
kiedy  o  piękniejszy  trudno.  Żeby  o  księdzu  Kabnce  jak  należy 
ilówić,  tr/.ebaby  mieć  jego  zmysł  i  roziiui  polityczny,  by 
luiać  i  sądzić;  jego  zmysł  organiczny,  iteby  nic  nie  opuścić 
Isie  zapomnieć;  żeby  o  nim  jak  naieły  pisać,  trzehaby  mieć 
;o  talent,  jego  dar  porządkowania  i  opowiadania  faktów 
jego  sposób  pisania.  Ale  j)różuo  wołać  ,.pisz  sobie''  —  on 
lie  wstanie,  więc  pisać  musi  kto  jest  i  kto  mo£e,  dopóki 
ięe  ńwieża  a  wiadomość  pewna,  dopóki  szczęśliwa  ctiwila 
pozwala  mówić  otwarcie  i  swobodnie.  Wer  weisz  toas  una 
die  ndcliste  Stitnde  scIiwarzuersclUeiert  hringt.  —  Przystąpmy 
więc  do  tego,  co  naprędce  z  własnych  wspomnień  I  uczuć 
bez  pomocy  iródel  i  dokumentów  da  się  powiedzieć  o  czło- 
wieku, którego  historj-a,  polityka*,  I  religia,  każda  z  równem 
,weni  uważa  za  swego  i  za  znakomitego,  a  o  którym  Polska 
lie  powiedzieć,  że  niewielu  takich  wydala,  że  niewielu  było 
jej  tak  służyli. 

Pole  to  bardzo  rozległe,  obejmujące  polityczne,  literackie, 
i  religijne  tycie  Polski  w  przeciągu  czterdziestu  lat  czasu; 
każda  gałęi^.  tej  czynności  wystarczyłaby  na  przedmiot  do 
osobnego  stndyum:  publicystyczna  jak  historyczna,  zakonna 
jak  polityczna.  A  tymczasem  od  śmierci  X,  Kalinki  pn^cszlo 
dopiero  kilka  miesięcy;  zaledwo  dość  czasu,  żeby  jego  dm- 

r 


kowane  dzieła  przerzncić;  n  tymczaseni  wszystkie  ślady  jego 
politycznych  dzialaii  na  emigracyi,  tak  konieczne  i  niezbędno  , 
do  poznania  i  określenia  jego  itycia,  bą  za  grnnicą,  nielknięte, 
nikomu  nieznane ;  a  tymczasem  cala  koreepondencya  tak 
długa  i  tak  liczna,  korespondencya  nietylko  z  tymi  co  dr> 
jakiejkolwiek  sprawy  ważnej  należeli,  ale  i  7.  tymi  eo  mieli 
chęć  i  myśl  robić  cokolwiek  najmniejszego,  najskromniejsze- 
go... jakże  bez  tego  o  nim  njówić?  Zęby  tylko  jeduo  wy- 
brać i  dać  poznać,  historyka,  czy  publicysti;,  czy  księdza, 
trzebaby  wiele,  wiele  więcej  czasu  i  miejsca:  a  tu  ma  by6 
mowa  o  wszystkiem,  o  talem  ^.yciu  i  ralej  postaci  Ka- 
linki ?... 

A  więe  czemu  się  tak  śpieszyć?  Czemu  nie  odłożyć  ' 
na  później,  i  piaeę  rozłożywszy  sobie  porządnie  zbadać  ma- 
teryal  spokojnie  i  swobodnie,  i  potem  dopiero  przyjść  z  ży- 
wotem prawdziwym  jnż  i  dobrym?  Zrobi  się  tosamo  z  siebie: 
rozłoży  się  ta  praca  na  przedmioty  i  okresy  czasu;  bo  nie 
zaraz  przestaną  ludzie  o  Kalince  myśleć  i  pisać,  ani  odrazo 
wyczerpią  i  zamkną  tę  materyę.  Będzie  musiał  pamiętać  o 
nim  i  zajmować  się  nim  każdy  przyszły  historyk  Stanisława 
Augusta,  i  każdy,  kto  zechce  śledzić  dziejów  historyografii 
w  Polsce;  spotka  go  każdy  i  będzie  musiał  z  nim  się  zapo- 
znam, kto  zechce  pisać,  a  choćby  tylko  znać  dzieje  polskielt 
zabiegów  i  działań,  czy  za  granicą  do  roku  1863,  czy  póż- 
.niej;  i  ten  także,  kto  zechce  zajmować  się  dziejami  praeśla- 
dowania,  obrony,  i  dźwigania  się  katolickiego  ICośeioła  w  Pol- 
sce; i  ten  przyszły  polityk  czy  historyk,  co  zeclice  wiedzieć, 
jakie  koleje  przebywał  wzajemny  stosunek  Polski  i  Rusi^ 
każdy  napotka  na  Kalinkę,  każdy  będzie  musiał  zdać  z  niego 
sprawę  sobie  i  drngim.  Z  tego,  co  oni  wszyscy  zrobią,  wy- 
jaśni się  kiedyś  całość,  summa  działaii  i  zasług,  z  której  ktoś 
dopiero  wydobędzie  obraz  i  prawdziwy  żywot  Kalinki.  To 
zaś,  co  dziś  zrobić  można,  to  przez  współczesnego  naocznego 
świadka  dla  późniejszych  zostawiona  wskazówka  i  ułatwie- 
nia, a  dla  dzisiejszych  uczynienie  zadosyć  powinności  i  po- 
trzebie. 


^^(frwscĄ 


I. 


f^MOGITlS' 


aŁsr-JS^*^^*^ 


Przyszedł  na  świat  jako  obywatel  Wolnego  Miasta  Kra- 
kowa'). Mądrem  zrządzeniem  wydaje  się  ten  przypadek, 
który  mu  kazał  urodzić  się  w  tym  kącie  Polski.  Ojczyzna 
jest  wszędzie  —  nie  ubi  bencj  ale  gdzie  źle,  i  wszędzie  jej 
miłość  tasania;  —  przecież  są  miejsca,  gdzie  ta  siła  ziemi  oj- 
czystej jest  większa,  jak  żeby  warstwa  jej  humusu  była  głęb- 
sza i  bogatsza.  Z  tegosamego  środka  rozeszła  się  kiedyś 
Polska  i  doszła  daleko  w  różne  strony,  aż  zapomniała  pra- 
wie o  punkcie  z  którego  wyszła:  ale  jej  korzenie  od  Ło- 
kietka czasów,  jeżeli  nie  dawniej,  są  tu,  od  TCarpat  do  San- 
domierza: jak  jej  rdzeniem,  jej  stosem  pacierzowym  jest 
Wisła.  Korona  drzewa  była  w  Warszawie,  a  kiedy  pioruny 
waliły  w  nią  aż  potrzaskały,  ukryty  korzeń  pozostał  niewi- 
dzialnie w  ziemi,  i  ciągnął  z  niej  soki  jak  mógł;  a  choć 
także  karczowany  nieraz  i  skaleczony,  został  i  żyć  nie  prze- 
stał. Cmentarzem  nazywają  to  miasto  z  przekąsem,  czasem 
nawet  Polacy.  Prawda,  tylko  z  dodatkiem  tego,  co  Krasiński 
mówi  o  Rzymie  „w  tych  grobach  jest  życie."  Niejeden  do- 
świadczył że  mu  przybywało  siły,  kiedy  się  tej  ziemi  do- 
tknął, a  na  tym  cmentarzu  wychował  się,  na  myślach  które 


^)  W  Bolechowicach  20   listopada   r.    1826.    Ojciec   Andrzej, 
matka  Maryanna  z  Brzeskich. 


on  w  głowie  roznieca,  wyuczył  się  niejeden  /.  łych,  co  w  nii- 
szych  cz.isach  mieli  niijlepsze  ntyśli  polityczne,  na  nim  ci 
właśnie,  co  przeszloić  znali  najlepiej  a  teraźniejszość  najle- 
piej uczyli.  Wszak  to  tii,  i  dzięki  temu  *e  tu  był,  wyszetlt 
Szujski  na  tego  „Sługę  grobów,"  który  o  sobie  mńgl  tnówić: 
„we  mnie  ogień  zaiegl  się  nulości  do  tej  wielkiej  i  świętej 
przeszłości"  —  a  Kałiuka  choć  wierszy  ule  pisał,  t,  pewno- 
ścią tak  jak  on,  z  tcnisamem  uczuciem 

„dźwigał  te  krzyże  n.i  barki" 

i  z  ląeaijią  myślą,  w  tymsaniym  celu, 

,aby  narijd  był  z  was  kiedyś  duiy.'' 


Ale  Kałiuka  ftarazy,  odbierał  tu  inne  jeszcze  wrażeniii 
i  pod  innemi  rozwijał  się  wpływami.  Do  lat  dwudzieslu  żyl 
w  wolnem  i  niepodłeglem  mieście  Krakowie,  u  elioi^  ono  ani 
wolnem  ani  niepodłeglem  nie  było,  z  trzema  rezydentami 
w  swoich  muracłi  i  z  wojskiem  austryackiem  na  Podgórzu  a 
rosyjskiem  na  Micłialowicacłi ,  było  ostatnim  zabytkiem  nie- 
podległości i  widomym  niejako  znakiem  jej  pamięci  i  uszano- 
wania, urzędowem  przyznaniem  jakiegoś  do  niej  prawa,  za- 
pisanego jeszcze  w  sumienia  i  świadomości  świata,  poręczo- 
nego międzynarodowym  |)nktem.  Biedna  mała  Rzeczpospolita 
wywołuje  dziś  u  niektórych  uśmiecli  lekcewa'^enia  i  polito- 
aia;  prawda,  była  bardzo  mała,  bardzo  slat)a,  a  przyma- 
wiauo  jej,  ie  była  w  sobie  zamknięta  i  w  sobie  zakocłiana; 
że  jej  senatorowie  i  różnego  rodzaju  wielkości  ełiodzily 
z  uroczystą,  zbyteczną  powagą  po  swojej  małej  scenie...  Być 
mo:^e,  ie  w  liidziacli  zdarzały  się  słabości  lub  śmieszności, 
ale  trzebaby  zważyć  czego  więcej,  śmieszności  albo  szlacLet- 
ności  było  w  mieście,  o  którem  świat  zapomniał,  a  które  za- 
pomnieć uie  cbeialo  caem  było,  owszem,  im  bardziej  w  za- 
pomnieniu i  poniewierce,  leni  bardziej  czciło  w  sobie  i  chciało 
żetiy  w  niem  był  czczony  potrójny  majestat  wieku,  królew- 


I^^iego  pocliodzeniii,  i  Dieszczęścia;  im  bardziej  jego  prze- 
Bzłość  znikała  z  pamięci  ludzkiej,  fetn  bardziej  cziilo  się 
w  obowiązku  byii  jej  wiernem  i  wysuwać  ją  naprzód.  A  kto 
przesady  w  tciii  dopatrz-y  i  ze  zbytniej  powagi  iartnje,  iiiecb 
pierwej  zliczy,  ile  w  takiem  pojęciu  siebie  samego  ma  to 
miasto  nasliigi,  i  ile  przez  nie  oddaje  ogółowi  usługi.  Nie  ważył 
go  lekko,  ant  się  z  niego  śmiał  instynkt  nieprzyjacielski 
i  rozum  dypłomatyczny.  Ks.  Metternicli  przez  łat  trzydzieści 
powtarzał  ciągle,  ie  trzy  dwory  muszą  koniecznie  raz  skoii- 
exy(:  7.  tern  Wolneni  Miastem,  które  inaczej  nie  przestanie 
nigdy  być  la  eille  sainte  du  poloniame.  Dziś  nienawiść  Kra- 
kowa, zawziętość  na  Kraków  przeniosła  się  gdzieindziej,  ale 
odgraża  się  zawsze,  i  zęby  ostrzy  na  chwilę  kiedyby  mogła 
groźbę  wykonać. 

W  lem  więc  mieście,  pełnem  przeszłości  i  jej  ostatnim 
zabytku,  gdzie  mogiłę  Kościuszki  niedawno  sypać  skończono, 
dochodziły  do  duszy  młodego  chłopca  głośne  i  wyraźne  echa 
dawnych  czasów.  Odgłosy  teraźniejszości  ł)yly  iune,  a  głównie 
dwa:  panowanie  trzech  Rezydentów  i  ich  organów  nad  mia- 
stem nil)y  uiepodległem,  i  schodzące  się  ta  jako  w  miejscn 
wolniejszeni,  rozchodzące  się  ztąd  różne  pomysły,  plany,  cza- 
sem i  rzeczywiste  roboty  spisków,  które  w  ealej  Europie 
rozpowszechnione,  u  nas  znajdowały  grunt  sposobny  i  przy- 
gotowany. Kalinka  miał  lat  dziesięć  w  tym  roku  1836,  kiedy 
nastąpiło  tłumne  wydalanie  emigrantów  z  Galicyi  i  z  Krakowa, 
a  odiąd  co  roku,  co  miesiąca,  musiał  słyszeć  o  nowych  a 
bezprawnych  wdzieraniach  się  Rezydentów  w  zwierzchnicze 
prawa  rządzącego  Senatu;  o  nowych  nadużyciach  i  bezpra- 
wiach, ba,  prześladowaniach  i  srogościach  —  o  szpiegostwach 
brudnych,  o  więzieniach  nieludzkich:  w  własnym  domn  nawet, 
na  własnym  ojcu  miał  przykład  i  doświadczenie  krzyczącego 
bezpro.wia.  Toczył  się  proces  jakiś,  cywilny,  w  którym  inte- 
resowany był  choć  pośrednio  Rezydent  aiistryacki  Liehmann; 
wyrok  wypadł  inaczej  niż  on  chciał  czy  potrzebował.  Nie- 
bawem potem  przyszła  —  wbrew    woli   Senatu  i  nie  z  jego 

«inicyatywy  — -  nader  niby   potrzebna  rcorganizacya  Najwyż- 


^^^H  szego  Sądu,  nowy  jego  statut  prz-t-r.  liezydeiifów  ułożony  i  — 

^^^H  /łojenie  z  tinędu  (nie  licząc  iiij».3zyc)i )  trzech  jego  sędziów, 

^^^1  Krzy?,anowskiego ,  Mąkójskiego  i  ...Andrzeja  Kalinki.  Syn 

^^^1  miał  wtedy  lat  szesnaście  (1!^42).  W  takim  stanie  spoleczcii- 

^^^1  stwa  wśród  którego  ^'.ył.  z  takiemi  dodutkami  krzywd  nawet 

^^H  osobistych,  a  przynajmniej  rodzinnych,  prosta  rzecit,  i,e  opróc?, 

^^H  gorącego   pr/.ywiązania    do   swego    miasta  i  jego   tradycyi, 

^^H  uczucia  chłopca   miały    dwa  tony    składające  się  w  jeden 

^^^1  akkord ;  nienawiść  rozbiorowych  państw  i  ich  rządów,  i  iądzę 

^^^1  wyłamania,  wyłiicia  się  z  ich  mocy. 

^^^H  Etoby  pisał  historyę  Krakowa  z  lat  ostatntcłi  Wolnego 

^^^H  Miasta,   ten  wymieniając  różoych  ludzi  godnych  uwagi,  po- 

^^^H  winienby   i    to   zapisać,    i.e    w    kamienicy    Franci8zkai'iskiej, 

^^^^ft  kióra  d/.iś  tnksaiiin  Jak  przed  pół-wiekieni  wygląda,  i  taksamo 

^^^B,  do  stadnej  ulicy  nie  przytyka,  tylko  przez  różne  do  klasztoru 

^^^H  należące  dziedzińce  i  zaułki,  zagląda  zdaleka  na  dawny  ko- 

^^^B  ściól  Św.  Michała  i  na  piantacye,  chowało  się  czterech  synów 

^^^H  sędziego  Kalinki,  między  którymi  był  najmłodszy  Waleryan. 

^^^H  Chłopcy  te  znaczyły  dość  wielo  między  rówiennikami  i  kole- 

^^^^1  gami.  Kie  pytami  zapewne  i  nie  odgadywano,   który  z  nieb 

^^^H  odznaczy  się  najbardziej  i  w  jakim  rodzaju:  najstarszy  moJte 

^^^H  Aleksander,  zmarły  od  lat   kilku  jako   mecenas  w  Kielcach, 

^^^H  ojciec  rodziny,  otoczony  iiowszechuym  szacitnkieni,  albo  Julian 

^^^V  drugi,  zmarły  lakże  doktor  medycyny  —  może  młodo  i  bcz- 

^^^^  ^.ennie  zmarły  Kazimierz,  o  rok  tylko  od  Waleryana  starszy 

r  i  jigo  nieodstępny  towarzysz,  wydawał  się  towarzyszom  albo 

]  i  starszym,  liardziej  obiecującym  od  Waleryana,  ale  wszyscy 

I  byli  wśród  młodzieży  ówczesnej  znaczni  i  znani,  zwracali  na 

I  siebie  uwagę  starszych,    u  rówicnuików   mieli    zachowanie  i 

L  wpływ.  Ich  mieszkanie  często  było  świadkiem  młodzieńczych 

^^^V  patryotycznych  marzeń,  pcwuem  schronieniem  głębokich  a  ta- 

^^^B  jemnycii  narad  jakby  oswoliodzić  ojczyznę... 

^^^H  Waleryan   skończył   Liceum    i    wszedł    na  uniwersytet 

^^^B  \T  r.  1840-  Jego  świadectwa  są  z  ))oczątku  świetniejsze  niż  pó- 

^^^H  ńniej.  Na  liście  uczniów  wydziału  filozoHczne^o  z  r.  1840/41 

^^^^t  'Zapisany  Jest  jako  przychodzący  z  Liceum  św.  Anny  z  poste- 


I|)ein    il(>l>ryiii.   Itaport   tlziekański   z   Igo   pólrt 


wykazuje 


cxaiiiiiiH  y,  emiucncyą  ze  ws?,ystkicli  przedmiotów,  prócz,  re- 
ligii, języka  greckiego  i  fraocuskiego.  W  półroczu  drngiem 
jest  eiuinencya  (próCK  Itistoryi)  k  lilerjitury  jiowszeclinej,  z  re- 
ligii, 7,  pedagogiki  i  z  języka  rosyjskiego.  Ale  w  pierwszem 
półroczu  drugiego  roku  (m41/4:f)  jest  jedna  tylko  cmineneya 
7  tiistoryi  powszeebnej,  a  ze  wszystkich  innych  przedmiotów 
postęp  tylko  dobry.  Po  dwócli  latacli  tak  zwanej  JUosofii, 
przeszedł  na  wydział  prawa ;  ukończył  go  w  r.  1845  i  wstąpił 
do  służby  rządowej  jako  l)e/platny  aplikant  przy  trybunale 
pierwszej  instancyi,  a  tymczasem  sposobił  się  do  e^aniinów 
doktoi-skich.  Ale  zarazem,  jak  w  tych  latach  i  w  jego  latarli 
dwndziestn  było  prawie  nienniknionem,  uale^Jtł  do  tych  przy- 
Koto nawczy cli  robót  powstania  <izniiczouego  przez  kierujący 
komitet  na  d/iefi  aO  lutego  I«4£!  r. 

Że  sprawa  sama  była  niemądrze  poczęta  i  prowadzona, 
•/.bytecznie  mówid;  przekonał  o  tern  wszystkich  (próez  spraw- 
ców) jej  tragiczny  koniec.  Ale  po  nie  boleśniejsze  od  nie- 
RZfzęśeia  samego,  ale  przykrzejsze  bo  npokarzające,  to  że 
w  tej  tragedyi  było  t\lo  śmieszności.  Gdyby  nic  więcej  Jak 
ten  jeden  szizcgńl,  że  ów  nieszczęsny  termin  mniemanego 
powstania,  które  przecież  powinno  było  wybuchnąć  znienacka 
i  nieprzyjaciela  zaskoczyć,  wiadomy  był  wszem  wobec,  mó- 
wił o  nim  głośno  każdy,  a  więc  i  nieprzyjaciel  miał  czas 
zastanowić  się  co  zrohi  i  przygotować!  Ale  gdyby  tylko  tyle. 
^nana  jest,  i  słusznie  sławna  ta  francuska  komedya,  w  któ- 
rej różne  tajne  rządy  następują  po  sobie  w  przeciągn  go- 
dziny, spychają  się,  oddają  sie  wzajemnie  |)od  sąd,  zamy- 
kają się  w  coraz  innych  pokojach,  niebieskich,  zielonych, 
itółtych.  Strach  pomyśleć,  ale  ta  satyra  była  rzeczywistością, 
była  prawdą:  i  była  nią  w  historyi  polskiej  i  w  polskiem 
mieście,  na  tle  polskiej  sprawy,  w  jej  imię,  z  nadużyciem 
Kwiętj-ch  imion  wolności  i  ojezjzuy  grało  się  to  komiczne 
intermezzo  wśród  Herodowych  scen  r/.ezi  w  Itctleem  i  w  Ra- 
mie, przy  odgłosie  płaczu  Racheli  za  synami  —  po  których 
<lo  (Iziśdnia  po?ieszyć  się  nie    może.    Jakiś    człowiek,   przez 


eale  życie  wiejski  gospodar:^ ,  nie  wojskowy  bynajmniej,  teni 
mniej  polityk,  zogtaje  dykutorem;  nienly  zresztii  człowiek, 
owszem  dobry,  któremu  się  zdawało  że  robi  co  powinien  i 
nic  innego  robie  nie  chciał,  jak  służyć  ojczyźnie!  z  całego 
serca  slnżylby  jej  jako  prosty  żołnierz;  powiedzieli  mn,  żo 
ma  sinżyu  jako  dyktator!  Ale  ten  dyktator  ł)ył  zbyt  czer- 
wony, rząd  zbyt  rewolucyjny,  wice  znalazł  się  inny.  Profe- 
sor uniwersytetu,  autor  książki  o  Literaturze  Polskiej,  (w  dzie- 
sięciu tontncłi),  z  pewną  liczltą  swoich  słucliaczy  przyszedł)  i 
zażądał  żeby  mu  się  dyktator  z  miejsca  ustąpił.  Dyktator 
uslachał,  ahdykował:  ale  po  kilku  godzinach  wrócił  znowu  i 
złożył  z  dyktatury  profesora,  a  sam  ujął  władzę...  A  tym- 
czasem Dziennik  Rządowy  lizeczt/pospolitej  PolakiuJ  ogłaszał 
coraz  nowe  manifesty  dyktatora  i  jego  ministrów,  ogłaszał 
nominncyj  bez  likn,  obiecywał  we  wstępnytli  artykułach,  że 
„cala  Słowiańszczyzna  podniesie  się,  skoro  się  dowie  o  wa- 
„szem  posłannictwie,  a  Enropa  wspierać  je  będzie  wszeł- 
„kicmi  siłami"  (nr.  1);  winszował  sobie,  że  „rewoiucya  przez 
„jeden  dzień  zrobiła  bardzo  wiele,  bo  stanęła  na  niewzrn- 
„szonej  podstawie,  ministerstwa  ukonstytuowane  czynnoSć 
„z  swą  jak  naj energiczniej  rozwijają;  teatr  wojny  rozciąga  się 
„w  dwie  strony,  ku  Kongresówce  i  w  Galicyę;  cala  prze- 
„strzeń  zmienia  się  w  jedną  wielką  armię...  Dyktator  mia- 
„nowałjnż  komisarzy  powiatu  Bocheńskiego  i  Wadowickiego" 
(nr.  2);  daiej  donosi  Dziennik,  że  rewolucya  społeczna  z  wielkim 
zapałem  ogłoszona  była  w  Wieliczce,  i  zaprzecza  mylnym  wie- 
ściom rozsiewanym  przez  niechętnych,  jakoby  w  Galicyi  lud 
wiejski  napadał  na  ex-szlacłitę.  Coś  może  wyjątkowo  się  zda- 
rzyło, ale  jak  lud  dostanie  do  rąk  manifest  rządu  rewolucyj- 
nego, zapali  sic  zaraz  najczystszym   patryotyzmem  (nr.  4) '). 


')  Liczył  ten  dziennik  sześć  numeriiw.  Pierwszy  nosi  ilatę 
2Gg(t  lutego,  oatatoi  3gu  marca.  Dwa  pierwsze  zapełnione 
manifestami,  rozporządzeniami,  odezwami ;  w  części  nieui'zc- 
dowe.j  małe  artykuły,  czcetu  podpisane  przez  Edwarda 
Dembowskiego.    Od   trzeciego   numeru   obejmuje   redakcyi; 


Nie  clice  się  wierzyć  czytując,  nie  chce  się  wierzyć,  że 
Indzie  rozumni  i  powaJtni  figurowali  w  tej  parodyi  powgtaii 
i  rządów,  a  jednak  tak  byio:  tym  dyktatorem,  co  Tyseow- 
skiego  zrzucił,  a  w  parę  godzin  sam  iipsdł,  był  Micliat  Wisz- 
niewski. Antoni  łłelceł  mianowany  sekretarzem  w  miniate- 
ryuni  spraw  zagranic/.nycli,  Henryk  Wodzicki  zastępcą  mini- 
stra skarbu...  a  uietrzetta  myśłce  i  nie  tn  najsmutniejsza,  że 
raz  taka  Iragikomedya  zdarzyć  się  mngin.  To  nie  jest  rzecz, 
która  raz  przchyta  powtórzyć  się  nie  n\ote.  Owszem,  ona 
muai  wracać  wszędzie,  gdzie  są  tujne  rządy  licz  sił,  a  mnie- 
mane wojny  bez  wojsk;  —  u  nas  powtórzyła  się  na  większą 
skalę,  z  gorszemi  skutkumi  w  Int  17  później:  a  w  strasznym 
pogromie  Francyi,  w  lem  zawnieniu  się  Europy,  które  się 
stało  w  roku  1870  i  1871,  czy  mało  było  pierwiastków  i  lu- 
dzi podobnych?  czy  i  ten  dramat  większy  od  naszycli  nie 
był,  jak  mówi  Klaczko  (w  Bezimiennym  Poecie)  „najbar- 
„dziej  rozdzierający  przez  to,  ie  cłioć  tak  tragiczny,  był  cza- 
„sem  pudobny  do  knmedyi." 

A  w  tern  pociecha  mała,  ie  strona  druga,  ta  silna,  co  ma 
wojsko  i  prawdziwy  rzijd,  postępowała  równie  niemądrze 
a  brzydziej.  Trudno  zrozumieli  tych  Polaków,  co  ogłaszają 
dyktatury  bez  kraju  i  wojska:  ale  równie  trudno  zrozumieć 
tego  jeneniia,  który  z  Podgórza  wkracza  z  wojskiem,  zaj- 
muje miasto  niepodległe,  neutralne,  i  wtedy  jes/.ezo  spokojne: 
trzyma  je  przez  dwie  doby  pod  wojennym  a  chwilami  okrut- 
nym, oburzającym  terroryzmem,   a  potem  nagle   niewiedzieć 


jakiś  redaktor  stały,  ktiiry  się  WBznki;e  nio  podpisuje,  a 
orzfil  odLiity  na  tytule  występuje  jui  bez  korony.  Nomina- 
cye  jeszcze  są  i  odezwy  także,  ale  jaż  rzadsze.  Za  to  wy- 
Htępiiją  modlitwy,  wiersze  patryotyozne,  i  —  oznaka  braku 
innyuli  wiadomości  i  materyalów  —  wiadomości  bieżące 
zagraniczne,  z  Francyi,  z  Anglii,  z  Niemiec,  obojętne  zu- 
pełnie i  do  sprawy  tego  powstania  nie  należące.  W  dwtJch 
ostatnich  numerach,  czy  taki  brak  innego  materyalli ,  czy 
możo  chęć  popisania  się  rozległem!  wiadoraoiciaini,  nowiny 
z  Meksyku  i  z  Bombaju ! 


dlaczego  iiagwalt  to  miasto  oimszeKa  i  cdfa  się  na  Foiigórze. 
Jeieli  tn  postępowanie  jenerała  Colliim  nie  było  pertidyą 
wyraebowiiiią  iia  to,  żeby  w  Krakowie  jukiś  rząd  rewolu- 
cyjny móg'1  stanae,  a  w  swoitn  ey-asie  poatiiJtyć  za  pretekst 
tlt)  zajęcia  i  przyłączenia  Wolnego  Miasta,  to  było  dziwnym 
aktem  łatwowierności,  przestrachu,  popłochu  wywołanego  wie- 
śeiaDii  o  Dailciiodzącej  wielkiej  iiit)y  sile  pnwstańciiw ;  w  każ- 
dym razie  ualeinlo  te  wieści  sprawdzić  i)ierwej,  a  potem 
tIo|)iero  wynosić  się  na  Podgórze.  Jakikolwiek  l>ył  powód, 
to  postępek  piękny  nie  był. 

Nie  tn  miejsce  na  opowiadanie  tycli  dziesięciu  dni 
mniemanej  wolności,  zakończonych  ilocHyni  wyjazdem  Dyk- 
tatora i  Naczelnika  siły  zbrojnej  za  prnską  granicę,  i 
wamnkami  poddania  miasta  postawioneini  przez  Collina, 
lak  twardenii  i  tak  obostrzonemi  groż1)ą  bombardowania 
i  rabunkn,  ic  kiedy  2go  marca  od  Miclialowic  cwałem 
■wpadli  na  rynek  Czerkiesi,  miasto  widziało  w  nieb  swoich 
xt)awców. 

Dwudziestoletni  Kalinka  pierwszy  raz  patrzał  na  jakieś 
wypadki  i  grał  w  nieb  rolę.  Jakii?  Znamy  ją  tylko  bardzc 
ogólnie.  Nale^.ał  z  i)raćmi  swymi  do  sprzysicionycli ,  z  u- 
pragnienieni  czekał  20go  lutego;  w  ich  mieszkaniu  jakaś 
iiiała  garstka  miała  się  zgromadzić  i  złamtąd  na  dane  baslo 
{bicie  dzwonów)  wypaść  z  krzykiem  „do  broni,"  i  śpieszyć 
do  Strzeleckiego  Ogrodu,  gdzie  miał  się  koncentrować  jakiś 
niby  większy  oddział.  Sławili  się  wszyscy,  uzbrojeni  natu- 
ralnie, ale  hasła  czekali  nadarmo;  w  mieście  byli  Austryacy 
i  nietylko  w  dzwony  nikt  nie  bił,  ale  i  zegary  wieżowo  były 
zatrzymane.  Na  kieszonkowych  zegarkach  zobaczywszy  ozna- 
czoną godzinę  (czwartą),  wypadli  na  ulicę;  warta  stojąca  |)od 
Biskupim  pałacem  dala  ognia,  nikogo  nie  trafiła;  dopadli  szczę- 
śliwie na  swój  punkt  zborny  do  ogrodu.  Tu,  zamiast  jakiego- 
kolwiek oddziału,  zastali  jakiegoś  naczelnika,  który  ich  po- 
ważnie pochwali!  ie  zrobili  swój  obowiązek,  i  dał  rozkaz, 
^eby  jak  byli,  w  kilku,  poszli  na  Kazimierz  i  spalili  most 
(iyżwowy    wtedy),    ieby    ausiryakom   przeciąć   komunikacyę 


z  Podgórzem.  Sa  to  jciloii  z  iiiJod/.ieueów  (Leon  Chrzauow- 
ski)  równie  dowcipnie  jak  słusznie  zaproponował  ])aiiii  na- 
czelnikowi, iehy  ich  sam  prowadził.  Propozycya  uaturalnio 
nie  przyjęta:  poczeni  wszyscy,  jak  kto  mógł,  rozeszli  się  do 
domów.  Tak  skończyła  się  czynność  wojskowa  ks.  Kalinki 
w  r,  1846,  Nie  jego  czynność  polityczna.  Austryacy  wyszli, 
dyktatura  stanęła,  dziennik  rządowy  zaczął  wycłiodzie  i 
w  swoim  nUDi£rze  pierwszym  ogłuaił  między  wieloma  inuemi 
nominacyc  „Waleryana  Kalinki  na  dyrektora  kan- 
celaryi  rządowej."  ISył  więc  w  służbie  cywilnej,  za- 
pewne i  dyplomatycznej  in  spe,  a  nominacya  jego,  ogłuszona 
zaraz  pod  nominacyą  Karola  Uogawskiegu  na  pierwsze^^o,  a 
Edwarda  Dembowskiego  nu  drugiego  sekretarza  dyktatora, 
naprowadza  na  domysł,  że  musiał  być  figurą  niemałą  w  tym 
improwizowanym  rządzie.  Czy  nie  on  był  tym  bezimiennym 
redaktorem  Dziennika  Rządowego  f  Może  już  wtedy  znano 
w  nim  zdolność  piaania?  może  mu  (o  zadanie  zwierzono? 
W  każdym  razie  nnmer  czwarty  Dziennika  zaczyna  się  od 
dwócli  artykułów:  jeden  zaręcza,  że  Moskale  już  uciekają, 
q{ioć  jeszcze  nie  widzą  naezycb  chorągiewek,  a  król  pruski 
myśli  tylko  o  tern,  jak  uniknąć  rcwoincyi  w  Berlinie;  z  nami 
zaś  Bóg  i  pomoc  naszycli  Patronów  i  dnchy  Zygmuntów, 
Sobieskiego,  Kościnszki...  „Któż  nas  przy  tak  dzielnej  po- 
mocy pogromić  zdoła?"  Litery  K.  K.  zgadzają  się  z  imie- 
niem i  nazwiskiem  Kazimierza  Kalinki.  Drugi  artykuł  pod- 
pisany jest  literami  W.  K.  Czy  może  być,  żeby  człowiek  co 
był  takim  pisarzem,  zdobył  się  na  zdanie  najirzykład  takiet 
„ten  błogi  dzień  napawa  nas  tchem  rajskim,  ideałem  szczę- 
„ścia,  o  jakim  się  tylko  poetom  kiedykolwiek  marzyło,  zrze- 
„czywistnionem  umidłem  najlotniejszej  fantazyi  filantropa?" 
Chyba  rzecz  niepodobna,  żeby  to  Kalinka  był  pisa! !  Przecież 
te  litery,  jego  stanowisko  w  tym  rządzie,  nie  pozwalają 
wprost  odepchnąć  pytania,  czy  przypadkiem  nie  mamy  tu  do 
czynienia  z  pierwszą  próbą  pióra  pó*.nieJ8zego  redaktora 
Wiadomości  Polskich,  autora  Czteroletniego  Sejmu?  Artyknl 
I,  pełen  gorącej  zachęty  do  boju  a  wiary  w  niezwycięioiią 


fiilę  powstania,  koitczy  się  twierdzeń ieui,  że  „dnień  21  lutego 
„otworzył  epokę,  od  której  zaczynać  się  będzie  nowa  era, 
„era  liraterstwa  ludów  a  śmierci  carów." 

Ku  |)riiskiej  granicy,  za  śladem  i  przykładem  swoich 
zwierzchników,  zmierzał  i  Kalinka  na  emigracyę.  Aresztowany 
w  Bieruniu,  łatwo  i  prędko  wypnszczoiiy,  doslal  się  do  Wro- 
cławia, a  /tamtąd  dalej,  do  Brukselli. 

Dwa  lata  trwała  ta  jego  pierwsza  emigracya,  o  której 
tyle  tylko  wiemy,  że  znajomość  z  Lelewelem  zostawiła  mu 
wrażenie  raczej  niemile,  i  że  tam  zawiązały  się  przyjazne 
stosnuki  z  lir.  Wincentym  Tyszkiewiczem,  którego  życio- 
rys później  napisał  przez  wdzięczne  dla  niego  wspomnie- 
ide,  a  ten  życiorys  znowu  dal  powód  do  jednego  z  naj- 
piękniejszycli  jakie  aą  w  naszej  literaturze,  do  iycioryso 
Jenerała  Cliłapowskiego,  który  poczęści  na  to  był  jiisany, 
liy  sprostować  i  naprawić  pomyłkę,  jakiej  się  względem 
Jenerała  w  oweni  piśmie  o  Tyszkiewiczu  dopuścił.  Naj- 
więcej przestawał  /.  Lneyaucm  Siemieńskim,  przez  któ- 
rego znowu  poznał  się  ze  Skrzyneckim  i  jego  rodziną. 
Właśnie  u  Skrzyneckiego,  w  samą  Wielkanoc,  ua  świtj- 
concm,  dostali  oba  z  Siemieńskim  od  poselstwa  anstrya- 
ckiego  wiadomość,  że  mają  pozwolenie  powrotn.  Wybrali 
się  też  zaraz  i  razem  do  Krakowa  przyjechali,  a  traeci 
Jechał  w  tymsaniyni  wagonie,  zabawny  iii  diesem  Bundę 
der  driite,  Bakunin! 

Z  jakiem  ucznciem  wracał  do  rodzinnego  Krakowa 
z  wiosną  roku  1848?  Z  radością  i  utęsknieniem  do  rodziny, 
do  przyjaciół,  do  miejsc  ulubionych,  a  naturaluie  i  z  tem 
'złudzeniem,  które  ogarnęło  wtedy  nietylko  młodych.  Pierwsze 
chwile  tych  wypadków  wydawały  się  i  witały  jak  Jutrzenka 
swobody";  za  nią  miało  iść  „zbawienia  słońce."  Kalinka  nie 
opisał  nigdzie  co  wtedy  czuł  i  myślał,  ale  ze  sposobu, 
w  jaki  mówi  o  tych  dniach  w  późniejszej  książce  Galicya 
i  Kraków,  widać,  że  wypuszczenie  więiniów,  powrót  emi- 
grantów, depntacye  ■/,  żądaniami  kraju  do  Wiednia,  że  to 
wszystko  wydawało  mu  się  zadatkiem  i  początkiem  szezę- 


ścia.  Znai:  takie  (kiedy  mówi  o  liombanlowaniu  na  przykład) 
całą  Dienawiśti  do  rządów  ob^ycli,  a  przede  w  8?.ygtkieni  do 
aaatryKckiego.  Pierwszy  raz  wtedy  ten  krakowiak  widiciał 
swoje  miasto  pod  aiistryackim  rządem,  pierwsuy  raz  widział 
jego  organa,  Jee:o  wojsko  po  r.  184G.  Wstrząńnienie  musiało 
być  Biloe  i  bolesne,  a  równocześnie  mnaiulo  się  zaeząi^  inue; 
moie  nie  doraźne  wstrząśnienie,  tylko  stopniowe  jirzeji-zenie, 
ale  bolesna  zawsze  przemiana.  Wiosnę  rokn  1848  witali  lu- 
dzie z  rozkosznem,  łatwowieniem  złudzeniem;  w  jesieni  zo- 
stawali odarci  ze  złudzeń,  a  bogatsi  w  doświłtdozenie.  Nic 
polskie  tylko  sprawy  i  smutki,  poznańskie  utarczki,  bombar- 
dowanie Krakowa  i  Lwowa,  przyniosły  rozczarowanie  a 
sprowadziły  (u  myślących)  wejście  w  siebie,  ale  kształt  i 
kierunek,  jaki  wypadki  te  przyjęły  w  całej  Enropie.  Eewo- 
lucya  francuska  była  już  daleko,  z  żyjących  nikt  jej  prawie 
nie  pamiętał  i  na  sobie  nie  doświadczył;  z  książek  i  opo- 
wiadań wiedziano  o  terroryzmie  i  anarcliii,  ale  to  zdawało 
się  tcoryą  i  niepowrotną  przeszłością,  a  od  upadku  Napo- 
leona utrzymywała  się  w  Europie  —  w  Polsce  przynajmniej 
—  wiara,  że  rewolutya  to  sprawiedliwość  i  wolność,  i  na  to 
tylko  jest  czy  będzie,  żeby  te  przywrócić  i  utwierdzić;  wie- 
rzyło się  w  jakąś  ostatnią  szlachetną  i  rycerską  walkę,  a 
po  niej  wszystko  co  złe  będzie  zwyeięione,  i  łCrólestwo  Boże 
na  ziemi  zrobi  się  samo.  Rok  184S  przyponjniał  i  pokazał, 
że  w  praktyce  jest  inaczej :  że  ideał  wolności  i  sprawiedli- 
wości o  którjni  się  w  rewolucyacli  mówi,  doznaje  od  nich 
takiegosatue^o  zaprzeczenia,  jak  od  rządów  najbardziej  des- 
potycznych, z  dodatkiem  jeszcze  zaprzeczenia  i  rozprzężenia 
wszystkich  społecznych  stosunków  i  związków.  Zaczęło  się 
pod  koniec  tego  roku  coraz  powszecimiejsze  wytrzeźwienie: 
rewolneya  zostawała  celem  i  siłą  dla  siebie,  z  licznym  zawsze 
orszakiem  swoich  fanatyków  i  niewolników;  ale  kto  nie  byt 
zaślepionym  fanatykiem  albo  zaprzysiężonym  niewolnikiem, 
ten  jej  wtedy  wiarę  i  służbę  wypowiedział,  bo  się  przeko- 
nał,-że  jest  takasania,  tylko  jeszcze  trochę  zupełniej  bez- 
prawna, jak  Katarzyna  i  Fryderyk.  Co  myślał  Kalinka,  jak 


eię  tec  proces  wstraąśnienia  w  jego  duszy  odbywał?  :śladó\v 
niema;  niektórzy  mówią,  że  on  jest  autorem  malej  bistoryi 
polskiej  dla  Indu  pod  tytułem  Jakt}  była  dawiiifj  Polska  — 
napisał  Włościanin  z  nad  Wi»lt/.  Jeżeli  prawda,  to  hylabyto 
jedyna  jego  książeczka  z  r,  184^,  ale  w  tej  uczywińirie  śla- 
dów jego  przejść  i  przemian  byó  nie  mogło.  Że  jednak  rok 
ten  wywarł  na  nim  wrażenie  silne,  a  zarazem  że  zobaczony 
nanowo  Kraków  wywarł  na  nim  wrażenie  przykre,  dowodzi 
bezimienne  jego  pisemko,  wydane  w  Poznaniu  u  Wcijkow- 
skiego  w  r.  1850,  pisane  w  ciągli  roku  1849,  Listy  o  Kra- 
kowie przez  Pcelawskiego. 

Kto  znal  Kalinkę,  cboćby  nie  księdzem,  ale  tyłko  star- 
szym i  wytrawnym,  wyrozumiałym  zawsze  i  spokojnym,  ła- 
godnym w  słowach,  uprzejmym  w  obejściu,  tak,  że  go  cza 
sem  o  przesadną  grzoezaość  i  udaną  pokorę  posądzano,  temti 
trudno  wyobrazić  sobie  Kalinkę  młodym,  a  do  tego  poryw- 
czym,  namiętnym,  trudnym  do  pohamowania.  Młodym  jednak 
był,  a  w  głowie  pałiło  się  uietylko  politycznie,  roiły  się 
różne  marzenia  i  pragnienia.  W  jego  Listach  z  Wystawy 
londyńskiej  zostały  tego  niejakie  słady,  naprzykład  kiedy 
opisując  jakąś  grupę  Franceski  z  Rimini  i  Paola,  mówi: 
„widno,  że  miłość  natchnęła  go  czynem,  który  ich  wiedzie 
„dn  nieba"  —  który  czyn  wiedzie  ich  do  nie.ba,  romans  czy 
samobójstwo?  Ten  czczy  frazes,  z  którego  późniejszy  Ka- 
linka byłby  się  nietylko  śmiał  ale  gorszył,  dowodzi,  że  byl 
w  tych  czasach  bardzo  jeszcze  młody  i  niedowarzony.  A  że 
byt  gwałtowny  do  namiętności  i  niesprawiedliwości,  dowodzą 
te  Listy. 

O  zastoju,  martwości,  letargu,  zgrzybiałości  i  tak  dalej, 
biednego  Krakowa  mówiono  tak  wiele,  że  aż  się  w  końcu 
znudziło  i  urwało.  Prawdy  było  w  tem  coś,  więcej  złośliwo- 
ści, najwięcej  może  bezwiednej  przyjemności  ukazania  się 
w  oczach  własnych  i  cudzych  lepszym  i  wyższym  od  dru- 
giego. Czy  zawsze  ze  sfuszuem  prawem?  inne  pytanie.  To 
pewna,  że  o  tej  ospałości  Krakowa  nikt  nigdy  tak  dużo,  tak 
gwaltowniCj  i  może  nikt  tak  niesprawiedliwie  nie-  mówił,  jak 


tlioka  pod  imieniem  Pęcławskiego.  Zuau  wru^enie,  jakie 
rodzinne  miasto  zrobiło  po  dwócb  latach   niewidzenia, 
idy  przeszła  pierwsza  chwila  radości,  mnsiało  być  przykre, 
^ikie.  Tu  miałaby  liyć  miłość  ojczyzny  najgorętsza,  pa- 
lec Jej    najrzewniejsza,   słiiiba  najgorliwsza;    kto  tu   żyje, 
ialby  byó  mędrszy  i   lepszy  od  innycb,  miałby  dla  nieb 
j^6  wzorem,  skoro  spędza  całe  iycie  między  Zanikiem  a  kop- 
1  Kościuszki:  a  tymczasem  zamiast  przeszłość  rozpamię- 
ffać  a  przyszłość  wypracowywać,  ci  ludzie  grzęzną  w  naj- 
łj^niejazem,  najpowszedniejszem,  małomiasteczkowem,  próż- 
iczem  iyciii  z  dnia  ua  dzieu,  między  śniadiiutem  w  handlu 
rzennym  a  partyą  wista;  i  zawsze  tosamo,  dziś  jak  jutro, 
)  jak  wczoraj,  i  cói,  będzie   dalej   je^.eli   tak    zostanie!  I 
Szyna  się  filippika  w  dwudziestu  listach,  niby  przez  War- 
iftwiaka   jakiegoś    pisanych.    W  pierwszych   gorace   narze- 
loia  tylko;  na  samym  początku    przyrównanie    Krakowa    do 
mba    Św.    w    Jerozolimie,    do  którego    poboiny    pielgrzym 
i^eszy  z   bijącem,    utęsknionem   sercem,   a   zastaje   w   nim 
toto  i  śmieci  zamiast  lamp  i  kadzielnic,  zamiast  modlących 
się  ludzi  śpiące  bydło.    W  tym  rodzaju   trzy    pienvsze   listy, 
w  następnych  po  kolei  różne  strony  krakowskiego  życia.  Od 
zajazdów  do  kościołów  i  od  polilyki  do  plotek,  robi  się  re- 
jesti'  krakowskich  grzechów-,  którego  summa  okazuje,  że  w  ca- 
lem mieście  niema  nic   dobrego   i    nie   polskiego.   Mężczyźni 
„polityczne    darmozjazdy,    apostołowie    egoizmu,    nietoperze, 
które  się  gniewają,  że  za  orły  nikt  icłi  brać  nie  chce";   ko- 
biety? kobiet  niema;  „widziałem  brudne  gospodynie,  maniki, 
„kucharki,  nudne  literatki,  nadoiejszc  patryotk!  i  demokratki, 
„dewotki  i  bajezarki,  ale  kobiety  nie  widziałem."    Wycho- 
wanie chłopców  jak  dziewcząt    głupie   i   niedbałe,   młodzież 
bez    duszy    i   myśli; —  nauczyciele?..,    ci    dopiero    najgorsi. 
Następuje    przegląd    wszystkich     po     kolei    wydziałów,     a 
w  nich  wszystkich  profesorów  uniwersytetu,  którycb  dziełem 
i    grzechem    jest    nicość    tego     miasta,     bezduszność     tego 
pokolenia. 


Aator   w   zapale    nie    spostrzega   się,  jak  się  sai 
bie   sprzeciwia ;    na  liście    osltarżonycli     bowiem    jest   wiele 
imion,  które  wymienia  nietylko  z  nezanowaniem ,   ale  z  g:o- 
rącemi    pochwałami    (Kzesińaki ,    Helcel,    I3rodowioz,    Majer, 
Czerwiakowaki ,   Zeiszner,    Kremer,  Kuczyński,   Muczkowski  I 
(jako  profesor,    bu  jako   bibliotekarz   owszem    niemiłosiernie  I 
jest  wyśmiany,  za  szorstkość  i  popędliwość  clownie)  — je:^elta 
ci  byli  tyle  warci  ile  antor  mówi,   to   jnż   całość   nie  mogła: 
być  tak  nic  nie  warta,  jak  on  opianje. 

Listy  są  paszkwilem  niezaprzeczenie ,  i  paszkwile 
bardzo  niesprawiedliwym.  Ks.  Kalinka,  który  się  śmiał  jakj 
go  było  nazywać  „szefem  kancelaryi  dyktatora,"  nie  lubił  tl 
wstydził  się  wspomnienia  Pęclawskiego.  Tego  nie  biorącj 
wcale  w  obronę,  trzeba  tylko  /.wrócić  w  nim  uwagę  na  trzyJ 
rzeczy :  Jedna  jest  ta,  że  oburzenia  są  niesłuszne  i  przesadne,  J 
ale  slnszne  i  nieprzesadzone  są  ^dania,  ideał,  z  jakin 
młody  autor  porównywa  rzeczywistość,  z  któregoto  porówna-j 
nia  wynika  jego  gniew.  Powtóre,  ie  nawet  kiedy  w  obnrze-j 
nin  miarę  przebiera,  to  mówi  w  interesie  nauki  i  młodzieży,] 
i  ten  interes  widzi  dobrze;  wreszcie,  że  jego  obnrzenie  często* 
deklamaeyjne,  bywa  iii-zeeież  cliwilami  prawdziwie  wymów 
a  w  ironii  świetne  (naprzykład  ustęp  o  powołaniu  Pola 
katedrę  geografii).  Wreszcie,  że  ten  młodzieniec  nie  nie  widzi 
tak  dobrze  i  na  nic  nie  oburza  się  tak  gorąco,  jak  na  mai^ 
ność  i  nierzetelność  polityki  kawiarnianej ,  brukowej  i 
bowej,  i  tej  demokracyi,  której  istotą  i  duszą  jest  zazdrościł 
To  jest  nabytek  roku  1848,  z  jego  lekeyi  wyniesiona  tal 
nauka.  A  kiedy  jej  nabył,  nic  dziwnego,  że  autor  Listowi 
chcąc  radzić  i  działać  przeciw  biernej  ospałości  jednych  a  4 
„ciemnej  demokracyi"  drugich,  młodzieniec  chwilowo  pracu-1 
jacy  przy  Bibliotece  Jagiellońskiej  jako  amanuenais,  wstąpiła 
do  redakcji  Czasu. 

Kto  w  ogóle  widzieć  byt  zdolny  i  raial  widzieć, 
rok  1848  musiał  otworzyć  oczy  i  nauczyć   go,   że   przemocd^l 
najgorsze  mechanicznie  gnębią  i  tępią  narody,  ale  rewolu 
chemicznie  rozkładają  społeczeństwa;  jedno  można  przetrzy-j 


mać  i  zachować  silę  i  zdolność  życia,  drugie  musi  żabie 
tego  kto  mu  się  podda  i  opierać  uie  próbuje.  Miody  czło- 
wiek, ktńry  3ię  ])rzylączyl  do  szeregu  ludzi  rozpoczynających 
takie  właśnie  działanie,  rozumiał  oczywiście,  ie  zadaniem  i 
obowiązkiem  głównym  względem  sprawy  polskiej,  jest  ubez- 
pieczyć, ratować,  rozwinąć  Ie  warunki  społecznego  bytu  i 
społecznego  lądu,  jakie  jeszcze  są,  wytwarzać  te  których 
nie  było.  Jakim  sposobem  Kalinka  wszedł  do  Czasu?  kto  go 
tam  wprowadził?  kto  w  mlodzieńcu  tak  niedawno  jeszcze 
naiwnie  zagorzałym  rozpoznał  polityczną  i  pisarską  zdolność, 
czystość  sumienia,  pewność  cbiiraktern,  i  uznał  go  godnym 
■wi:iry  i  ufności?  kiedy  właściwie  Kalinka  wszedł  do  Czasu? 
wszystko  to  pytania,  na  które,  parę  miesięey  temu  odpo- 
wie- l^ia  jessene  irajłatwiejaxit  w  świecie;  a  dziś,  kiedy 
po  Mannie  i  Szukiewiczn,  on  ostatni  uljyl,  p.  Pawet  Popiel 
zaś  dokładnie  sobie  tej  chwili  nie  przypomina,  staje  się  już 
trudną.  Równie  trudno  w  braku  tych  śniudków  oznaczyć  i 
-^Yskazuć  choćby  parę  tylko  ważniejszych  artykułów  jego 
jtióra.  To  jednu  można  twierdzić  napcwno,  że  w  tem  żywem 
i  ezynnem  zajęciu  wszystkiemi  kwestyami  krajowemi  jakiej- 
kolwiek natury  —  (podatki,  służebności,  indemnizaeya,  urzą- 
dzenia gminne,  sądownictwo,  szkoły  wszelkiego  stopnia  itd.) 
—  rozbierunemi  w  Czasin  z  niezmierną  pilnością,  znajomo- 
ścią rzeczy,  rozumem  i  taktem,  musiała  Iiyć  także  i  Ka- 
linki zasługa,  że  mu:jiał  już  tam  do  redakcyi  przynieść  dwa 
nieocenione  i  charakterystyczne  swoje  przymioty:  pracowitość 
niesłychaną,  i  dar  dostrzeżenia  i  wskazania  zawsze  tego,  co 
było  potrzebne  do  zrobienia  lub  napisania.  W  niemożności 
oznaczenia  napewno  artykułów  jego  pióra  w  pierwszych  la- 
lach Czasu ,  na  domysł  ale  śmiało  pozwalamy  sobie  jemu 
przypisać  naprzyktad  szereg  artykułów  o  uniwersytecie  kra- 
kowskim (z  pierwszych  miesięcy  rokn  1851).  Styl,  układ, 
charakter  praktyczny  i  realny  tych  artykułów,  systematyczne 
i  statystyczne  uzasadnienie  wszelkiego  twierdzenia  lub  żą- 
dania, to  wszystko  tak  przypomina  późniejszy  sposób  rozu- 
piowania  i  pisania  Kalinki,    że   nie   wahamy  się  uważać  go 


za  autora  tej  pracy  znaczącej,  w  której  Kądaiii.i  są  równie 
słuszne  jak  stanowcze  (powiększenia  licuby  katedr,  jiowola- 
nia  więcej  i  zdoJuycli  profesorów  itd.),  krytyka  opuszezei'!  i 
zaniedbań  ze  strony  rządu  ostra,  a  uniwersytetu  samego 
ostrożna  i  w  mierze  trzymana. 

Pierwsza  wystawa  powszecbua  w  Londynie,  jak  była 
podobno  ze  wszystkich  dotąd  najmniejsza  ale  najpiękniejsza^ 
tak  naturalnie  jako  pierwsza  od  stworzenia  świata  budziła 
najwięcej  ciekawości,  zajęcia  i  nadziei.  Wydawała  się  i  ona 
oznaką,  zapowiedzią  jakiejś  ery  nowej  pokoju .  zgody,  usza- 
nowania dla  praw  cudzych,  i  przymierza  Francyi  z  Anglią, 
które  wyobrażano  sobie  jako  tej  zmiany  szczęśliwej  podsta- 
wę i  środek.  Czas  sądził,  że  dla  obowiązku  i  dla  liononi 
winien  mieć  na  wystawie  swego  sprawozdawcę,  i  Kaliuka 
pojediuł  do  Loudynu.  Od  końca  kwietnia  do  polowy  czerwca, 
napisał  ztamtąd  listów  dwadzieścia  pięć;  wystawę  opisywał: 
jak  mógł  najdokładniej,  starannie  a  żywo  i  zajmująco,  ule  co 
w  tycli  listacti  ciekawsze  od  opisów,  to  jego  usposobienie, 
jego  sposób  patrzenia  na  rzeczy.  Zmysł  praktyczny  nie 
opuszcza  go  nigdy:  naprzód  chce  wiedzieć,  jak  ta  wystawa 
jest  norganizowana  i  rozłożona;  potem,  clioć  na  wszystko 
patrzy,  najszerzej  zdaje  sprawę  z  tego,  co  u  nas  mogłoby 
się  przydać.  Gospodarzem  nie  jest  wcale,  jednak  rozpisuje 
się  najbardziej  o  nowych  pługach  i  maszynach  rolniczychj 
Phillippsa  przyrząd  do  gaszenia  ognia  opisuje  i  poleca  teni 
goręcej,  że  to  tak  świeżo  po  strasznym  pożarze  lirakowa; 
ale  oprócz  wystawy  opisuje  ochronki  i  domy  poprawy,  pral- 
nie i  łaźnie  dla  ubogich;  impouuje  mn  w  Anglii  bogactwo  i  tii 
cywilizacya  materyalna,  posunięta  tak  wysoko,  że  aż  działa  nit 
stronę  moralną;  tej  zazdrości,  tę  chciałby  przenieść  do  Polski, 
a  przynajmniej  choć  cokolwiek,  co  się  da,  elioć  najmniej 
jeżeli  się  dać  może,  naśladować  i  stosować.  Zabawnie  jest  czy- 
tać różne  wtrącone  mimochodem  na  cześć  pici  pięknej  komple- 
menta;  ciekawe  zaś  w  Liście  XVI  uwagi,  w  których  szuka  ró- 
żnicy i  granicy  między  sztuką  a  estetycznym  praemysłem  i 
stara  sieją  oltreślić.  Rzadka  to  rzecz,  żeby  on  o  takich  matę- 


ryach  nniwil,  bo  i  pociągu  i  (prawdę  mówiąc)  zmysłu  inial  dla, 
nich  oiewiele.  najciekawsza  przecie  i  iiajbardziej  charakte- 
rystyczna jest  tendeucya,  myśl,  w  jakiej  on  te  Listy  pisze. 
Gdzie  na,  tej  wystawie  całego  świata  jest  Polska?  co  na  niej 
polskiego?  co  z  niej  Polska  wyciągnąć  moie,  jeżeli  nie  jako 
korzyść,  to  przynajmuiej  jako  wskazówkę,  pobndkę,  naukę? 
Myśl  ta  odzywająca  się  bezustanku,  występuje  najwyraźniej 
w  początku  ostatniego  Listu.  Jak  nieraz  politycy  polscy 
clicieli  nas  wciągnąć  w  wielkie  międzynarodowe  sprawy  i 
układy,  tak  on  cbcialby  przynajmniej  widzieć  nas  naleiącycli 
<lo  spraw  ekonomicznych,  znaczących  w  hundlu  i  przemyśle 
Europy;  za  tern  poszłoby  moie  coś  więcej. 

„Ztąd  i  zowąd  słyszę,  że  dziewiąty  cnd  świata,  najwię- 
kszy jaki  dotąd  zbudowano  i  tyle  w  sobie  mieszczący  cudów, 
poczyna  zwabiać  do  siebie  ziomków  moicti  z  odległych  stron. 
Daj  Hoże,  aby  ich  juk  najwięcej  przybyło;  mogę  im  zarę- 
czyć, że  coś  równie  wielkiego  nie  prędko  zobaczą.  Na  tćra 
polu,  gdzie  wszystkie  narody  przyniosły  owoc  swej  pracy, 
myśmy  niemieli  nic  do  pókazaóia.  Z  Poznańskiego  niema 
prawie  nic.  Królestwo  Polskie  pomieszane  z  wystawą  rossyj- 
ską,  niema  właściwego  charakteru,  ani  całości  w  tem  co  przy- 
słało; z  Galicyi  niewidzialem  nic  —  nic  zupełnie!  Przyjdzie 
kiedyś  dziejopis,  przejrzy  katalog  wystawy  powszechnćj  i 
powić :  Polaków  niebyło  wtedy  na  świecie.  Bo  nas  niema 
łam,  gdzie  narody  zdają  examen  ze  swćj  cy  wilizaeyi ;  zatraci- 
liśmy nić  łączącą  nas  z  Europą  —  my,  których  ojcowie  two- 
rząc granicę  clirześciaCiskiego  świata,  tak  wielkie  około  cy- 
wilizacyi  europejskiój  położyli  zasługi. 

Więc  przynajmniej,  kiedy  pierwsza  polowa  wieku  XIX 
przeszła  pomiędzy  nami,  jako  przechodzi  wiatr,  który  obala 
a  nic  nie  stawia;  kiedy  z  tćj  siejhy  bogatój,  która  całą  Eu- 
ropę zazieleniła,  do  nas  jedno  ziareczko  nieprzyszło,  —  więc 
|irzynajmniej  śpieszmy  tam,  gdzie  przed  nami  leży  encyklo- 
pedya  przemysłu  ludzkiego;  śpieszmy  tam  zkąd  tryska  źródło 
myśli,  które  wkrótce  inną  światu  tizyonomię  nadadzą,  zasiądź- 
my do  tćj  powszechna  wieczerzy,    do   której   choć    nie   da- 


liśniy  ani  jednej  misy,  wolny  mamy  prKystcji.  Niema  jedne- 
go obszaru  umiejętności,  ni<?ma  jednaj  sfery  iycia  ludzkiegn, 
na  którędy  wystawa  powszechna  nic  wywarła  ogromnegi> 
wplywn;  więc  z  tśj  kazalnicy  poslępci,  zkąd  duch  Indzki 
rozlewa  liło^osławicństwa,  niech  i  na  nas  spadnie  jedna 
kropla.  Nią  podniesieni,  porównani  z  resztą  stworzenia,  wra- 
cajmy i  zasiądźmy  do  warsztatu.  Spaliśmy  iłingo;  czns  się 
obudzić  i  pracować,  bo  historya  zna  takie  sny,  z  których 
narody  nie  budzą  się,  chyba  ocknione  trąbą  archanioła  w  osta- 
tnim dniu  świata.  Tak  usnęli  Etruskowie,  tak  usnęła  stara 
Grecya,  i  nam  się  na  taki  sen  zabiera". 

W  czerwcu  roku  1851  wrócił  Kalinka  do  Krakowa;  we 
wrześniu  (podczas  pierwszego  pobytu  cesarza)  byl  tu  jeszcze. 
Napisal  właśnie  z  okazyi  tego  przyjazdu  artykuł,  na  który 
odpowiedzialny  redalctor,  p.  Paweł  Popiel,  zgodzić  się  nie 
chciał,  uważając  go  za  zbyt  nieprzyjazny.  Artykuł  p.  Popiela 
znowu  wydał  się  innym  redaktorom  do  zbytku  lojalnym,  a* 
przyszło  do  małego  nieporozumienia  w  redakcyi.  Ówczesny  staii 
kraju  pod  policyjnemi  rządami  dręczył  i  gniewał  Kalinkę 
niewymownie.  P.  Popiel  świadczy,  że  powtarzał  nieraz:  „ałb« 
,.mHSzę  wyjeżdżać,  albo  zacznę  konspirować  nanowo."  — 
Więc  „wyjeżdżaj,"  odpowiadał  p.  Popiel,  i  podejmował  się 
wyrobić  pasport,  co  wtedy  nie  było  latwem.  Jako  ecl  po- 
dróży stawiano  w  tych  rozmowach  Hiszpanię,  rozpoznanie 
archiwów  w  Simnncas,  a  przez  to  rozjaśnienie  wiehi  spraw 
polskich,  zwłaszcza  polityki  Zygmunta  III.  Ale  zamiast  tego 
nastąpił  wyjazd  nagły,  nie  do  Hiszpanii  i  nie  za  pasportem. 
Jaki  był  jego  bezpośredni  powód?  W  każdym  razie  musiał 
się  do  niego  przyczynić  ten  stan  rozdrażnienia,  w  którym 
był  Kalinka  weding  świadectwa  p.  Popiela.  Że  w  tycli  la- 
tach żadnych  spisków,  ani  nawet  mowy  o  spiskach  nie  było, 
my  doskonale  wiemy.  Że  jednak  rząd  ówczesny  Bacha  i 
Kempena  albo  je  przypuszczał,  albo  potrzebował  udawać, 
dowodzi  najlepiej  uwięzienie  Adama  Potockiego,  ho  jeżeli  kto, 
to  ten  z  pewnością  nie  konspirowat.  Bywały  rewizye,  spadła 
jedna  niespodzianie  i  na  Kalinkę.  Czego  u  niego  szukano,  o 


23 


jakie  związki  go  posądzano?  nie  mówił,  a  może  i  sam  nie 
wiedział.  Dość,  że  mając  przed  oczyma  przykłady  więzień  i 
procesów  i  bardzo  groźnych,  z  obawy,  żeby  i  na  niego  coś 
podobnego  nie  spadło,  wolał  nie  czekać.  Wyjecliał  za  granicę 
—  na  drugą,  tym  razem  dłuższą  emigracyę.  Skończyły  się 
lata  pierwszej  młodości  i  nauki,   zaczęły  się  lata  wędrówki. 


w  eniigracyi  nie  działo  się  w  owych  lataeb  nic.  To- 
warzystwo li  cuLokrji tyczne  |io  swoich  powodzeniach  z  roka 
^S4G  i  I84.S,  musiało  natnnilnie  stracić  clioć  trncUę  na 
'  kredycie  i  \v]ilywie;  inoie  i  samo  czuło,  ie  mu  jakoń  nie 
przystało  \vysnłvać  się  nuprzrtd.  Mierosławski  l)yl  zawsze 
jego  wielkim  jenerałem,  pomimo  swoich  wieikopolskich  i  ba- 
(tcńskich  kiimpani.j,  i  zapewne  nkladał  jakieś  polityczne  i 
Btrategiczne  konibinacye,  ale  szerezej  i  śmielszej  propagandy 
nie  było.  Książę  Adam,  i  ta  część  emigracyi  ktńra  się  jego 
trzymała,  musiełi  także  zachowywać  się  bezczynnie,  i  czekać 
jak  się  obróci,  co  z  siebie  wyda  ten  stan  niepewności  i  prze- 
silenia, w  jakim  lijła  Francya,  Właśnie  druga  republika  przez 
prezydencyę  ks.  Ludwika  Napoleona  (niby  drugi  konsuIat\ 
dochodziła  do  drugiego  cesarstwa.  Przedmiotem  uwagi  i  za- 
jęcia dla  nich  była  ta. nowa  warstwa  emigracyi,  która  weszła 
ilo  Tureyi  jjo  wojnie  węgierskiej ,  a  o  ilełiy  w  Turcyi  zo- 
stała, mogła  stać  się  ogniskiem  pfilskiego  wpływu  i  środkiem 
polskich  działań,  w  razie  jakiej  wojny  na  wschodzie  może 
zawiązkiem  polskiej  formacyi.  Po  wypadkach  rokn  1848  było 
naturalnie  i  w  tej  polowie  emigracyi  rozczarowanie  i  przy- 
Licie,  a  po  wojnie  węgierskiej,  choć  nie  było  w  niej  niepo- 
roznmicnia,  to  bji  pewien  żal  do  siebie  z  różnicy  zdai'i  wy- 
nikający. Jak  wiadomo,  p.  Zamoyski  odradzał  do  ostatka  i 
opierał  się  wszełkiemi  siłami    nczcstnictwu   l'olaków  w  woj- 


nie  [irzeciw  Aiistryi :  iuni  mniemali,  że  wszystkie  niepodleg- 
łości i  wszystltie  i)ow8taniii  mają  jedną  natnrc  i  jedną  Bprawę, 
i  temu  zdaniu,  a  jeszcze  więcej  uczuciu  podówczas  powezech- 
neniu  w  Polsce  uległ  Its.  Adam,  liiedy  od  tej  wojny  lilaków 
nie  wstrzymywał,  owszem,  do  niej  zachcfał, 

Ale  clioii  eliwilowo  nie  czynna,  a  przynajmniej  mało 
tzynna,  miała  emigracya  zawsze  u  Polał;ów  (i  u  ciidzoKiem- 
ców  także)  stanowisko,  powagę,  i  rolę  zagranicznej  reprezen- 
tacyi  Polaki.  Ona  jak  z  tą  myślą,  z  tym  zamiarem  wyszła, 
tak  istotnie  aż  do  roku  1863  była  uważana  w  całej  Europie 
jako  żywa  protestacya,  wniesiona  przed  trybunał  prawa  na- 
rodów w  imię  praw  Polski.  Była  Francyi  lub  Anglii  nieraz 
niedogodna,  była  solą  w  oka  państwom  rozbiorowym,  niera/. 
sama  |)u3tępowata  niezręcznie  lab  niemądrze  i  sprawę  swoj^ 
psuła,  ale  ten  charakter  i  to  znaczenie  widzieli  w  niej  | 
wszyscy,  nikt  ieh  nie  przeczył  i  nikt  się  nie  dziwił.  Mtod- 
szeuia  pokoleniu  wyda  się  to  może  trndnem  do  pojęcia  i  do 
awierzenia,  a  jednak  tak  było.  Czasy  to  nie  zbyt  dawne,  ało 
świat  był  inny.  Ówczesny  miał  w  sumienia  swojem  jakąś 
świadomość  prawa  narodiiw  i  jakieś  jego  poszanowanie : 
sprawa  zwyciężona  nie  traciła  wszelkich  praw  dlatego,  że 
była  zwyciężoną,  fakt  nie  stawał  się  prawem  dlatego  że  byl 
dokonanym:  l)yl  gTvałtem,  którego  odwołanie  i  odrobienie 
było  jeżeli  nie  interesem  wszystkich,  to  w  każdym  razie  pra- 
wem niektóiych.  Kiedy  na  porządku  dziennym  europejskiej 
polityki  stała  jaka  sprawa,  pytano  jednak,  która  w  niej 
strona  ma  za  sobą  słuszność  i  prawo,  a  wstyd  i  honor  nie 
pozwalały  bezczelnie,  cynicznie  stawać  po  ulej  stronie,  choćby 
do  niej  ciągnął  interes.  Uosya  była  w  pokoju  ze  wszystkiemi, 
ale  w  zupełuem  porozumieniu  z  żadnem  z  państw  zacLodnicłi 
od  r.  1815  —  a  sympatyę  z  całej  Europy  znajdowała  tylko' 
w  Prusach ;  gdzieindziej  miaia  tylko  małą  liczbę  łatwowier- 
nych lub  (różnemi  sposobami)  ujętych  podehlebców. 

W  takim  stanie  publicznego  sumienia  w  Europie,  nie- 
dziw,  że  emigracya  mogła  liyć  i  mieć  się  za  potrzebną, 
i   nieraz    istotnie    mieć   widoki   powodzenia,  i  —    w  skutku 


tego  wszysikiego  ^  miei:  poivnj;ę,  \rp!yw  i  xn!iczenic 
w  kraju. 

Kiedy  Kuliiikn  nic  mógł  (hib  mniemał  ic  nie  może) 
zostać  pud  rządem  .austrynckiiii,  prosta  rzecz,  i.e  udał  eię  do 
Paryia,  stolicy  świata  i  emigracyi.  Do  której  połowy  erai- 
gracyi  miał  się  przyznać  i  przyłączyć?  Tego  pytania  ani 
wałiania  być  nie  mogło.  Już  l^ęcławski  zbyt  wyrainie  wska- 
zywał rewolucyjną  deniokracyę  jako  główny  powód  ostatnicli 
nieszczęść  narodn,  a  okiizywal  i  iiez  tego  powodu  głęboki 
do  niej  wstręt;  redaktor  Czasu  oczywiście  niiisiiit  się  w  tych 
pojęciacli  i  uczuciach  silniej  jeszcze  utwierdnić.  Na  slronc 
Towarzystwa  demokratycznego  i  ludzi  ciioćby  najdalej  i  naj- 
Iżej  z  nieni  zlączonycłi,  na  stronę  spiskujących  i  szukająeycli 
oparcia  w  rewolucyi  eumpejskiej  jakiegokolwiek  kształtu  i 
pozoru,  włoskiego,  francuskiego,  węgierskiego  czy  rosyjskiego, 
Kalinka  prtjse  nie  mógł.  Musiał  pójść  tam ,  gdzie  widoki 
wojny  o  niepodległość  l)yły  rozumuiejsze,  łio  oparte  o  wi- 
doki wojny  wielkich  mocarstw  z  Rosyą,  gdzie  przyszła.  Pol- 
aka, gdyby  do  niej  przyjść  miało,  była  rozumiana  jako  pań- 
stwo i  jako  społeczeństwo,  z  nałeżycie  pojętemi  warunkami 
obojga,  potrzebnemi  do  bytu,  gdzie  do  tego  celu  zmierzało 
eię  nie  drogą  anarchii,  ale  regularnej  wojny;  nie  przez  kon- 
spiracye  i  lajuc  rządy,  ale  przez  otwarte  międzynarodowo 
działanie  regularnych  rządów,  reprezentujących  cywilizowano 
i  chrzęści  ańskie  społeczeństwo. 

Najbliżsi  towarzysze  i  przyjaciele  późniejsi  nie  wiedzą 
dokładnie,  co  on  robił  w  [tierwszych  czasach  swojego  pobytu 
w  Paryżu:  z  kim  zapoznał  się  naprzód?  z  kim  uujwięcej 
przestawał?  Domyślają  się,  że  skoro  Lndwik  Królikowski 
uwalał  swoją  księg:arnię  niejako  za  biuro  informacyjne  dla. 
Polaków,  i  każdy  przejezdny  a  pozbawiony  znajomości  i  sto- 
I  snnków  tam  się  naprzód  ndawał,  więc  i  Kalinka  musiał  zro- 

bić taksanio.  Ale  kogo  szukał?  do  kogo  miał  pociąg?  W  każ- 
dym razie  jego  trwałe  i  znaczące  przyjaźni  nie  zawarły  się 
odrazu.  Spotykał  się  niekiedy  z  Wrotnowskim  albo  z  Klaczką, 

Kiem  Kaplińekim  albo  Ludwikiem   Kastorym ,  ale  zna- 


jonjoaci  te  były  dalekie,  bez  wzajemnego  pociągu.    Owswm, 
Kalinkii  nie  podobał  się  zrazri  swoim    późniejszym   towarzy- 
szom. Klaczko  (podówczas   urzędnik    prz^y   Bibliotece   Ceaar- 
Hkiej),   widzia!    go   raz   pierwszy   na  jiikiemś    zebraniu   lite-   ( 
rackiem    u    Jana    Dziaiyi'iskiego,    i    odniósł   także   wrażenie  1 
raczej    odstręczające.    Świadczy    on,    że   Już    przez    to    byli-  j 
wszyscy  względem  Kalinki  usposobieni  nieufnie  i  podejrzliwie' 
że  itył  współpracownikiem  Cznau,   a  Czas  w  ich  oczaeli  byl   j 
haniebnie  reakcyjny.    Do  tego  raził  ich  Kalinka  swojeut  po- 
dziwieuiem  dla  Anglii,  dla  l>ogactwa,  handlu,  przemysłu,  fa- 
bryk,  na  co  wszystko  oni  patrzali  z  wielką  pogardą,  ceniąc  ( 
w  narodach  tylko  d  u  c  ha ,  i  mniemając ,   ie  duch  sam  sobie 
da  radę  bez  licłiej  podlej  nmteiyi.  Nie  mogli  Kalinki  łekce- 
ważyć,  bo  jego  Lhty  z  Londynu  kazały   go    uważać  za  ro- 
zumnego, zdolnego  człowieka,  ale  nie  czuli  do  niego  najmniej- 
«zego  pociągu.    Napró?,no   Januszkiewicz   ze   swoim   trafnym 
sądem  i  doskonałem  sercem  starał   się   pocitjg   taki    obudzić 
i  rozdmuchać;   sympatyi,   jaką   sam  jnż  wtedy  miał  do  Ka- 
linki, nie  zdołał  przelać  w  drugich.  I  z  tego  wynika,  że  nie 
bardzo  troszcząc  się  wówczas  o  to  co  on  robił,  dziS  nie  mogą  ' 
sobie  dokładnie  przypomnieć.  To  pamiętają,  że  w  początkach 
swego  iiobytu  w  Paryża  jeździł  do  Hollandyi  i  tam  z  archi- 
wum w  Hadze   robił   wypisy,   na   których  poczęśei   o])ierałs   i 
się  jego  ptlżniejsza  rozprawa:  Negocyacye  ze  Sztcecyą  o  pO' 
kńj  1651—1053.  (Przyczynek  do  historyi  wojen  szwedzkich). 
Szacunek,  zaufanie,   przyjaźń  wreszcie  z  towarzyszami 
lat  dalszych,  wszystko  to  rzeczy  późniejsze.  Na  początku,  co 
zwróciło  na  Kalinkę  uwagę  ludzi  myślących  na  emigracyi  i 
dało    go    poznać    jako    człowieka    którego    wypadało    cenić 
wysoko,  to  pierwsza  jego  większa  praca,  pierwsza  książka, 
bezimiennie   wydana,    Galkya    i   Kraków  pod  jianoicaniem 
<iustryackiem.  Paryż  1853  '). 

')  Niedawno  zdarzyło  mi  się  słyszeć,  jakoby  ta  książka  nie  była  i 
dziełem  Kalinki,  a  przynajmniej  nie  w  zupełności;  że  przy- 
n.ijmniej  niektóre  jej  części  i  bardzo  ważne,  pisane  bytyprzes'| 
innych.  Mianowicie  cały   rozdział   o   slomnhu   iioddarictyn  | 


Jestto  uajstraszniejsKC  ze  wszystkich  oskarżenie  rządów 
"aostryaekicb  od  roku  1772  do  1850,  tem  straszniejsze,  że 
be?,  wykrzykników,  bez  retoryki,  napozór  nawet  bez  obarze- 
flia  i  nienawiści,  proste  historyczne  opowiadanie  wszystkich 
tego  rządu  urządzeń  i  rozporządzeń  w  Oalicyi,  które  wszyst- 
kie jedne  po  drngicli  albo  wprost  na  jej  szkodę  są  wymie- 
rzone, albo  przynajmniej  wstrzymują  to,  eo  jej  służyć  i  po- 
magać mogło.  I  to  we  wszystkiem;  w  wychowaniu  i  w  ko- 
ściele, w  sprawiedliwości  i  w  zaniożnośoi,  w  stosunkach, spo- 
łecznych - —  wszędzie.  Niektói-zy  mówią,  że  Kalinka  jest 
w  tej  książce  stronniczym  i  niesprawiedliwym,  że  przesadza, 
że  zaraz  w  stosunkach  poddańczych  rządy  ówczesne  troskli- 
wie brały  w  opiekę  dawnego  pana,  jego  prawo  i  jego  inte- 
res. Tylko  troskliwiej  od  niego  samego  brały  do  serca  jego 
interes  pozorny,  a  mniej  niż  on  interes  kraju  i  społeczeń- 
stwa. Gdyby  ten  byty  miały  na  oku,  byłyby  jak  ten  dawny 
pan  kilka  razy  chciat  i  prosił,  pozwoliły  nregnlować  stosu- 
nek pańszczyźniany,  ale  tego  rządy  nie  pozwoliły.  Prawda, 
że  z  tem  rok  1846  byłby  o  wiele  trndniejszyra.  Być  może, 
że  są  niedołdadności  potrzebujące  jakich  sprostowań  i  po- 
prawek, ale  darmo:  to  jest  historya  wewnętrznego  stanu  Ga- 
licyi,  a  że  przytem  jest  historya  wielu  niegodziwości  i  nie- 
dorzeczności, ua  nicby  się  nie  zdało  przeczyć  i  nkrywać,  jak 


miałby  być  pióra  Juwenaia  Buczkowskiego  ;  Kalinka  nawet 
nie  m(}gt  (mówią)  znać  tak  doskonale '  wszystkich  patentów 
i  instrukcyi,  ani  całej  manipulacji  administiacyjnej  i  są- 
dowej. To  mógł  napisać  tylko  człowiek,  który  te  rzeczy 
znal  z  praktyki,  urzędnik  i  bardzo  biegły  prawnik.  Twier- 
dzenia tego  z  ust  poważnych  i  wiarogodnycli  nie  mogę 
lekceważyć,  wszelako  mtiazĘ  przeciw  niemu  stanowczo  wy- 
stąpić, a  to  przez  wzgląd,  że  1)  przez  lat  przeszło  trzydzieści 
książka  przyitisywana  była  Kalince ;  ie  2)  on  sam  nigdy  prze- 
ciw temu  nie  protestował,  nie  było  zaś  w  jego  charakterze , 
ani  w  jego  zwyczajaeli  zostawiać  ludzi  w  bl^'dzie ,  zwłaszcza 
na  swoją  korzyść  a  z  ujmą  dia  drngicłi  3.  Że  wszyscy  któ- 
rzy go  podówczas  w  Paryżu  znali ,  świadczą  iż  go  na  własne 
oczy  piszącym  widzieli. 


tiietiia  takie  i-o  prueczyi;  ani  ukrywać,  że  aiilor  nienawidzi 
tego  rządu  {dioć  tego  nigdzie  nie  mówi),  uwa^.a  go  za  naj- 
|irzewrotnieJ8zy  riioie,  a  zarazem  najbojailiwszy  i  Uiijniniej 
zdolny  rządzić  ze  wszystkich  trzech  rozbiorowych,  a  przex  to 
wszystko  odbija  wiernie  to  usjiosobienie  powszechne,  które 
jiamiętEiiny  wszyscy,  a  które  wyrałalu  się  często  słowami 
Już  chyba  Moskale  lepsi."  JJieiylko  uie  należy  ukrywać,  ale 
owszem,  dobrze  jest  wyraźnie  takie  rzeczy  przypoininać,  bo 
I)rzy])oiiiDienie  to  prowadzi  do  porównania  tego  co  było,  z  tem, 
co  jest.  Nie  przeszło  lat  trzydzieści,  a  autor  tej  książki,  która 
jest  n  aj  straszniej  s  ze  m  oskarżeniem  Austryi,  nietylko  osiadał 
w  tejsainej  Galicyi  ze  swoim  zakonem,  ale  z  pozwoleniem  i 
pod  opieką  Cesarza  Austryaekiego  otwiera!  w  niej  zakfad 
wychowawczy,  u  Cesarza  znajdował  pomoc  i  wsparcie  dla 
zakladn,  zautiinie  dla  siebie.  Mało  kto  zapewne,  prócz  P(ri»- 
ków,  wiedział  o  ka.  Kalince  i  zuul  aię  lui  jego  wartości ;  - 
jde  po  jego  śmierci  Cesarz  Auatrya«ki  kiedy  którego  z  Pola- 
ków widział,  powtarz^  prawic  każdemu,  że  śmierć  tę  uważa 
/a  wielką  stratę  1  że  nad  nią  bardzo  ubolewa. 

Jako   pisarz,   dal   Kalinka   w   tej    książce    nie    poznać   i 
jeszcze,  ale  już  odgadywać  zalety  przyszłego  autora  Cztero-  ' 
letniego  tifjmu.  Ten  porządek,  ta  jasność  układu  i  wykładu, 
ten  zmysł  praktyczny,  który  zawsze  dojrzy,  uchwyci  i  wskaże 
to,  co  w  każdej  sprawie   istotne  i  główne;   ten   dar   objęcia" 
i    przedstawienia    całości    a    uie    pominięcia    żadnej    części; 
wreszcie  ta  gruntownośe  i  dokładność,   która   nic  nie  powić 
bez  podstawy  i  sprawdzenia;  ta  rzetelna  i  doskonała  znajo- 
mość ]irzedmiotn — słowem  te  pr/ymioty,  które  cecbnją  wiel- 
kiego historyka  lat  późniejszych,  widoczne  są,  choć  nie  tak 
kwietne  jeszcze  w  tej  pracy,   która  jest  napól  historyczną  a 
iiapól  publicystyczną. 

W  pięciu  rozdziałach  przechodzi  Kalinka  po  kolei  lud- 
ność Galicyi,  stosunki  pOddai'icze,  siły  |)rodiiIvcyjne ,  Kościół, 
i  sądownictwo:  wszystko  historycznie  i  statystycznie  razem, 
na  jakich  prawach  siało  za  Rzpltej ,  jakim  szeregiem  praw 
iinstryackicłi  zostało  przemifinione,  jak  w  tej  przemianie  wy- 


gląda:  Kraków,  stauowi  osobny  rozdział,  szósty.  Ziiaiomośi; 
i  zrozumie  nie  uajróżnorodniejszycli  gałęzi  życia  społecznego 
jest  tiik  rozległa  i  rzetelna ,  pntedstawienie  iclt  tak  proste  i 
jasne,  że  człowiek,  któryby  tak  sfan  kraju  opisał,  byłby 
w  kraju  niepodległym  wzięty  do  ministeryum  jako  niezwykła 
polityc/.na  zdolność  i  siła.  Zmysł  orgB.niQ/.ny ,  ten  przymiot 
naj  cel  niej  szy  nmysłii  Kalinki,  okazał  się  tu  jnf.  zupełnie  wy- 
raźnie; talent  pisarski  okazał  się  takim,  jakim  został  aż  do 
łłzieł  bistorycznych,  to  jest  ł)arilzo  prawdziwym  i  dobrym, 
.ile  jeszcze  nie  tak  świetnym,  jak  później.  S|io8Ób  i  zalety 
pisania  są  lesame,  tylko  ieb  stopień  jeszcze  uie  tak  wysoki. 
Ze  szczególną  uwagą  czyta  się  rozdział  o  Kościele,  n  zwłaszcza 
może  ustęp  o  Kościele  unickim,  z  pytaniem,  czy  Kalinka  już 
o  tycti  rzeczacb  tak  myśli,  jak  później?  Co  do  Unii,  jest  już 
zupełnie  na  drodze  do  swoicli  późniejazycli  przekonań,  są 
one  w  zarodzie,  ale  są  takiesame.  Dążność  książki  już  tasaiua, 
■co  wszystkicłi  pism  póżniejszycb,  daje  się  określić  trzema 
królkiemi  wyjątkami  z  przedmowy: 

„Na  ducii  narodowy  wymierzone  są  gromy;  w  duchu 
.„narodowyni ,  w  jego  pełneni,  poważneni,  statecznem  działa- 
„łaniu  jedyny  dla  nas  ratunek.  Miłość  Boga  i  Ojczyzny,  to 
^ostatnia  twierdza,  ostatnia  przeciw  wrogom  ochrona." 

„Droga,  po  której  nas  dotąd  wiedziono,  droga  rewołu- 
„cyjna,  od  szalów  i  niecierpliwości  prowadzi  do  znużenia  i 
„niemocy. " 

„Tylko  temu,  kto  stoi  na  gruncie  narodowym,  daje 
^Bóg  wytrwałość.  Bądźmy  wytrwali  w  tej  ogromnej  pracy, 
„abyśmy  odbudowanie  Ojczyzny  od  odbudowania  nas  samych 
„poczęli." 

Byłaby  rzecz  ciekawa  i  dubra,  gdyby  teraz,  trzymając 
się  legosaniego  planu,  zrołfil  kto  drugi  taki  obracljunek  stanu 
Galicyi.  Wykazałby  on  zapewne,  że  się  wiele  zmieniło,  że 
niejedno  logiczne  następstwo  ówczesrttgo  stanu,  wtedy  niewi- 
doczne i  nieznane,  urosło  i  stało  się  wielkiem  złem  dzisiej- 
szem;  wykazałby  zwłaszcza  zupełnie  rozwinięte  te  niebez- 
uieczeńatwa  stanu  ekonomicznego,  które  wtedy  były  dopiero 


w  zarodzie.  Wykazalliy  w  zmienionych  loriiiaoh  itodobnb 
wady  w  adniiniglracyi,  w  jej  mecbaiiizniie.  Ate  c*/,y  w  kaiia 
dym  rozdziale  /,  osobna  nie  pokazałoby  się  takjie  jakieś  do< 
bre,  którego  wtedy  nie  było,  i  czy  summa  tego  dobrego  Did 
mogłaby  dodać  pewnej  otncLy?  Kończy  się  tę  książkę,  kttirffl 
autor  sinsznie  ma  prawo  nazywać  „wiernym  obrazem,"  z  t-d 
uwagą  i  z  teni  wra^teniem,  2e  dziś  z  róitnycli  stron  jestedmw^ 
iiioie  gorzej  zagrożeni  jak  wtedy,  ale  że  wewnątrz  nas  sam 
mycli  jest  więcej  trafnego  rozumienia  izeczy,  więcej  woli  (( 
stałości,  i-s  te  przymioty  są  dziś  częstsze  niż  były,  i  te  i 
pewne  wiele  Pan  Bóg  jedną  ręką  odjął,  ale  drugą  dal  wielfl 
warunk<!>w,  którycli  ówczesna  przeszłość  uie  miała,  a  któM 
przyszłości  mogą  się  obrócić  na  pożytek. 

Książkę  tę,  wyraz  swoich  oburzeń  na  rząd  austrya^iJ 
a  owoc  swojej  doskonałej  jaż  znajomości  stanu  kraju,  przy^ 
wiózł  z  sobą  zapewne  już  zaczętą,  ale  świadkowie  naoczna 
mówią,  że  pisał  ją  głównie  w  Paryżu,  Skończył  na  wiosnfl 
roku  1852,  skoro  przedmowę  do  niej  podpisał  2  czerwca  i 
1852,  Czy  niiai  zamiar  dopełnić  ją  — co  U  przedmowa  zdaj^ 
się  obiecywać  —  osobneni  studyum  o  galicyjskiej  ndrniniJ 
stracyi,  policyi  i  skaHwwości?  W  każdym  razie  miała  oriiH 
to  jeszcze  w  jego  życiu  znaczenie,  że  posłużyła  do  zawaM 
cia  jednego  z  najbardziej  znaczących  i  wpływowych  w  teni 
życiu  stosunków. 

Władysław  Zamoyski  po   przeczytaniu    książki  o  Gali^ 
cyi  nabrał  dobrego  wyobrażenia  o  zdolności  jej   autora;   slyJ 
szeliśmy   także,    że   wiedząc   o   wcale    trudnycli    stosunkiU 
pieniężnych  Kalinki,  przyszedł  mu  w  pomoc  pożyczką,  udziec 
loną  tak  szlachetnie  i  nieznacznie,  jak   on   to    robić   umia 
Wreszcie,  że  myślał  o   lem,  jakby   go   używać   i   do   siebi^ 
przywiązać,  ale  znając  go  mało,    szukał  o  nim   dokładny(j 
wiadomości.    W  tej  niepewności  udał  się  do  wspólnych  znł* 
jouiych,  na  których   Bstin  polegał,  a  którzy  tamtego   znal^ 
W   Paryżu   był   takim    poręczycielem    Kalinki   Eustachy   Jr* 
nnszkiewicz,  w  kraju  Paweł  Popici.  „Zasady  jeszcze  nieusts 
lone,  ale  prawość  i  honor  pewne   jak  skała,"    odpisał  oa.j 


zapj'ttiGie.  a  to  świadectwa  moiie  wiele  x.awatylo  na  gzali 
ilalB7.ycti  losów  Kaliaki.  Myślą  Jenerała ,  przez  Kalinkę 
cbęłnie  i  skwapliwie  pruyjtjlą,  hylo,  żeby  każdą  część  Pol- 
ski tak  opracował  i  opisał,  jak  Galicyę  I  Kraków.  Układ 
był  zawarty,  i  do  tej  pracy  napewne  przygotowywał  się  Ka- 
linka przez  rok  1853;  odwróciła  go  w  inną  stionc  wojna 
wschodnia. 

W  każdym  razie  zawiązała  się  znajomość  /.  człowie- 
kiem, który  więcej  niż  każdy  inny  na  Kalinkę  wpłynął. 
Żadnego  też  Kalinka  nie  koclial  i  nie  podziwiał,  dla  żadnego 
nie  miał  lak  żywej,  tak  wielkiej  wdzięczności.  Tę  wdzięcz- 
ność okazać  i  zostawić  jej  ślad  trwały  w  wiernym  wizerunku 
człowieka  którego  miał  za  swego  mistrza,  było  do  ostatka 
DajulultieńB/.eni  Kalinki  marzeniem.  „Jeżeli  mi  Bóg  da  skoń- 
„czyć  Sfjvi  Czteroletni"  —  powtarzał  zawsze  —  „to  muszę 
„potem  cłioćby  ostatek  sił  wydobyć,  ale  koniecznie  napisać 
„Żywot  Jenerała."  A  jeżeli  zapewne  szkodą  jest  nieodżało- 
waną i  większa,  że  „Bóg  nie  dul  niti  dokoiiczyć  Sejmu,"  to 
ogromna  także  i  także  nieodżałowaną  jest,  że  tego  marzenia 
nie  ziścił.  Przez  niego  bowiem  napisany  żywot  Zamoyskiego, 
byliiy  napr/.ód  liistoryą  eniigraeyi  przez  cale  jej  łat  trzy- 
dzieści, liistoryą  napisaną  tak,  jak  jej  jnż  nikt  nie  napisze, 
bo  clioć  równy  talent  znaieść  się  może,  to  ten  talent  przyszły, 
clioćby  najdoskonalszy,  nie  będzie  naocznym  świadkiem  we 
wszystko  wtiijeinniczonym,  pars  magna  tycli  spraw.  Prócz 
tego  byltiy  teu  żywfpt  z  pewnością  w  swoim  rodzajn  arcy- 
dziełem, klejnotem  niiszej  biograficznej  literatury,  a  wreszcie 
byłby  dokładoą  łiistoryą  i  żywym  wizerunkiem  człowieka 
mai"  znanego,  pojmowanego  fałszywo,  a  człowieka,  którego 
pod  względem  politycznym  nikt  może  nie  znał  lepiej  jak  Ka- 
linka. 

Dla  emigracyjnej  demokracyi  przedmiot  nienawiści,  ja- 
kiemu równego  nie  było  —  dla  Indzi  nawet  bardzo  rozum - 
nycli  i  szlachetnych  z  drugiego  ohozn,  przedmiot  niedowie- 
rzau  i  posądzau  jako  wieczny  niby,  a  w  środkach  niezaw- 
!  przebierający    konsjiinitor;   cel  najliczniejszy  cli  i  najnik- 


czemniejazyeli  potwarzy  od  jeilnycti,  Irwciżliwycb  podej- 
rzeń i  zastrzeżeń  od  drngieli ;  len  wreszcie ,  na  którego 
właśni  i  najbliżsi  stronnicy  walili  wszystkie  pomyłki  stron- 
nictwa i  odpowiedzialność  za  jego  niepowodzenia,  pan  Zamoy- 
ski, skoro  Kalinka  poznaó  go  nie  da,  nie  będzie  zapewne  już 
nigdy  prawdziwie  poznanym.  Źle  o  nim  milwi  nawet  Mickie- 
wicz, cichaczem  ile  o  nim  myślało  (może  jeszcze  myśli) 
wieln ;  broni  go  jeden   Zygmunt   Krasiński. 

„W  sam  dzień  i  cliwilę  pogrzebu  Miekiewic/a,  na  scho- 
„dacli  Magdaleny,  gdy  za  trumną  wstępował  ten,  co  uajzna- 
„komitszy  wytrwałością,  odwagą,  wiarą  i  dnszy  wzniosłością 
„z  wszystkicii  wygnanych  naszycli,  rzucił  aic  nań  z  tylu  Ja- 
„żwiński  kapitan  i  dopuścił  się  świętokradztwa  narodowego 
^nn  tym  obcbodzie  narodowym,  śmiał  bezbożną  i  bezecną  ręką 
„uzbrojoną  w  pałkę,  dwa  razy  z  wszystkiej  siły  uderzyć  go 
„w  plecy.  Odwrócił  się  spokojny,  jak  zawsze,  i  tylekroć  wśtód 
„bojów  najkrwawszycb  spokojny  ów,  o  którym  mówię.  Zlo- 
„czyńca  sclironił  się  do  hufca  towarzyszy  czy  wspóloików,  któ- 
„rzy  go  okrążyli  i  dali  mn  się  wymknąiJ.  Jeden  Budzyński  był 
„go  za  kołnierz  porwał  i  zatrzymał,  gdy  chciał  w  pierwszej 
„chwili  jeszcze  trzeciem  udei7,eniem  zbezcześcić  nie  tego,  na 
„którego  się  zamachiwał,  ale  ten  dzień,  tę  trumnę ,  to  miej- 
„BCe  i  własny  naród.  Nikt  zresztą  nie  porwał  się  do  obrony 
„napadniętego,  wypuśfili  Barabasza!  Tak  zawsze  się  dzieje. 
„Ten  człowiek  był  niegdyś  strażnikiem  celnym  pod  Krze- 
„mieiieeni;  w  powstania  dorwał  się  kapitaństwa,  później  że-  J 
„brat  po  wszystkich  domach  paryskich,  należąc  do  owej  szui, 
„co  po  ulicach  napada.  Później  z  własnej  woli  zaciągnął  się  ' 
„do  pnłkii  Sultańskicb  kozaków,  który  dziś  pod  dowództwem 
„tego,  którego  uderzył ;  i  zaciągnąwszy  się,  w  ośm  dni  zbiegł, 
„pułk  porzucił,  uda!  się  do  Stambułu  i  tam  szynk  założył. 
„Później  tu  wrócił  i  napastował  wszędzie  najszlachetniejszego 
„z  ludzi,  dowódzcę  ewego,  kióry  mu  zawsze  odpowiadał 
„groźnie,  że  ze  zbiegiem  nie  ma  nic  do  mówienia.  Takie 
„dzieje  tego  niegodziwca.  Ale  cóż  powiesz,  ma  obronicieli, 
„ma  stronników,  i  wieln  się  cieszy,  ie  się  taka  obrzydliwość 


„stała!  Ali  nieszczęśliwym  my  narodem?  W  llarHbas/acli  ko- 
lebać się  zaczynamy.  Ju^  dus  robaki  ostatecznie  toczyć  za- 
„czynajii-  Od  rzezi  1840  roku  takiej  boleści  nie  doznałem. 
„W  takiej  eliwili,  przy  tej  trnmnie,  na  scłiodacłi  przybytku 
„Pańskiego,  ten,  co  nigdy  nie  zwątpił,  ten,  który  Jeden  coś 
„byl  wywirtd!  ua  iirzyszloać  ze  swoicb  zabiegów  i  staraA 
„nięezeuakicli,  ten,  co  wznowił  byl  dojiiero  co  tradycyę  le- 
^gionów  i  chwyci!  sztandar  icii  z  ziemi  i  wzniósł  go  nazad 
„ku  nieba,  ten  o  postaci  tak  ryt-erakiej  i  cbrześeia oskiej ,  o 
„tak  niespożytym  źadnemi  boleściami  ani  przeszkodami  dn- 
„ctm,  ten  wśród  tłumu  ziomków,  z  których  iad^n,  żaden  na 
„pomoc  mu  nie  przybiegł,  ten  wart  czci  i  podziwu  za  cnotę 
„żelazną,  ten  najdzielniejszy,  ręką  podłą  udei7.on, ..  tu  strach! 
„strach  nie  dla  niego,  iile  dla  Polski  i  Polaków!  1  wiesK, 
„co  wyrzekł  zaraz  w  pierwszej  chwili !  oto  te  słowa  prze- 
„dziwnie  piękne:  „Sądzilcni,  że  początek  męczeństwa  więcej 
„boli."  Tylko  uważano,  że  podczas  mszy,  co  nastąpiła  zaraz 
„polem,  czasem  konwulsyjnie  ściskał  poręcz  krzesła,  na  któ- 
„rem  klęczał.  Nic,  w  tern  wszystkiem  o  niego  mi  nie  idzie.  Co 
„może  dKiki  zwierz,  podły  zwierz  przeciw  ludzkiej  naturze  i 
„to  jeszcze  najwznioślejszej?  Ale  mnie  cliodzi  o  te  znaki 
„zgnili/.ny,  rozsiane  po  społeczeństwie  naszem,  ten  ducb 
^stronniczy,  duch  zawiści,  tinch  kłamstwa  wiekuistego,  który 
„nas  opanował  i  sprawia,  że  oburzenia  dość  niema  wśród 
„naszych  z  powodu  takiego  wydarzenia.  Zkąd  idzie,  że  to 
„wydarzenie  zaczyna  takim  sposobem  nas  wszystkich  kalać, 
„a  przynajmniej  wykazywać,  żeśmy  bez  dncha,  bez  przeŚwiad- 
^czenia,  co  złe  a  co  dobre,  co  święte  a  co  bezecne,  żeimy  bez 
^iadwj  opinii  jiublicznej,  a  to  są  znaki  śmierci!  I  to  wszystko 
„staje  się  w  chwili,  kiedy  tak  łatwo  będzie  pewnym  potęgom 
„świata  powiedzieć  o  nas:  Patrzcie,  czy  warci  odżycia!-* 

„Zrazu  jenerał  był  spokoju  pełen.  Ale  następnych  doi 
„duch  jego  wpadł  w  ciemną  boleść,  gdy  ujrzał,  że  ta  sjirawa 
„przybiera  barwę  stronniczej  walki,  że  dwa  obozy  się  kształcą, 
„jeden  za  nim,  drugi  za  Jużwińskim;  że  więc  listy  bezimienne, 
„pełne  gróźb  i  obelg,  stionnicy  tego  ostatniego    doń   piszą... 


„Jażwiński  takte  po  sccnie  na  soliodacli  Magdaleoy  mów 
„list  wyzywający  naiiisał...  Okropny  to  wypadek.  Lecu  prze- 
„konany  jestem,  że  Jażwiiiski  liyl  podbeelitany  i  namó- 
„wiouy.  Ręka,  co  tern  kierowała,  pozostała  w  nkryciii,  a  tylko 
„nią  poruszone  lalki  ukazały  się  na  jaw.  Pierwiastku  władzy 
„nienawidzą,  a  że  jenerał  zawsze  ją  wyobrażał,  zatem  znie- 
„nawidzony  jest  mimo  najświętszych  zasług.  Wszystko  to 
„grobowo  amntne."  (Baden  7  lutego  I806,  Lisi  CCXni.  Prze- 
gląd  Polski.  Styczeń  1877). 

Kalinka  widział  i  sądził  Zamoyskiego  jak  Krasiński,  i 
przylgnął  do  niego  całą  duszą.  Ciągnął  go  Zamoyski  do  siebie 
naprzód  tą  .siłą  rozumu,  tym  jego  stopniem,  który  geniuszem  nie 
jest,  ale  się  do  geniuszu  przybliża.  Ktoś,  co  nie  widział  nigdy 
żadnego  z  tych  ludzi  których  nazywamy  wielkimi,  a  chciał 
ciekawie  wyobrazić  sobie,  jak  może  mówić,  myśleć,  jakie 
na  drugiego  robić  wrażenie  jeden  z  tych  co  przekraczają 
zwykłą  miarę  ludzką  a  dochodzą  miary  bohaterów  i  geniu- 
szów, Zamoyski  mógł  być  odpowiedzią,  zaspokojeniem  cie- 
kawości, on  dawał  przybliżone  wyobrażenie.  Tak  rozumnie, 
z  taką  znajomością  człowieka,  ■/.  takiem  doświadczeniem 
spraw  tego  świata,  mógłby  mówić  najtęższy  mąż  stanu,  choćby 
Eiehelieu  ali)0  Cromwell,  tylko  gdyby  Richelien  i  Cromwell 
miał  przytem  rycerski  honor  i  katolicką  żarliwość  Godfreda, 
i  ehrześciaóskie  sumienie,  które  zawsze  naprzód  pyta  i  zawsze 
doskonale  wie,  co  uczciwe  a  co  nie.  Z  tym  urokiem  wyż- 
szości —  a  uroku  większego  niema  na  świecie  —  łączy!  Za- 
moyski urok  obejścia  łatwego  i  miłego,  ujmującego  i  pod- 
bijającego; nauczał  nienstannie  i  otwarcie,  widocznie,  ale 
sposobem  tak  przyjaznym  i  tak  przyjemnym,  czasem  nawet 
tak  wesołym  i  zabawnym,  że  choć  było  się  przy  nim  zawsie 
na  kazaniu,  to  kazanie  skutek  tylko  sprawiało,  czuć  się  nie 
dawało  i  nie  przykrzylo  się  nigdy.  A  dopieroż  to,  co  Kra- 
siński nazywa  żelazną  cnotą,  ta  alnżba  bez  wytchnienia,  bez 
jednej  chwili  straconej,  bez  jednej  myśli  o  ezem  luuem  jak 
Polska;  ta  summa  trudów  i  [loświęceń,  ta  praca  w  strasznyeb 
i  prawie  nieasłających  cierpieniach,   to  oddanie  się  swojej 


sprawie  tak  7.ii|ielne,  że  można  o  niem  powiedzieO  i*  ze  wszy- 
stkiem  co  bjln  jego,  „palii  się  wciąż  ofiarą  na  oltarzn 
swej  ojczyzny/  to  go  uzupełniało  dopiero  ostatnim  najwyż- 
szym rysem,  i  sjirawialo,  że  z  ludzi,  na  których  nasze  poko- 
lenie patrzało,  żaden  ule  robił  takiego  wrażenia  wielkości. 
Czy  się  nigdy  nie  mylił?  Z  pewnością  musiał  sig  mylić  nie- 
raz; jak  kiedy,  w  jakiej  mierze,  z  jalciego  powodu,  to  byłby 
nam  pokazał  jego  żywot,  gdyby  go  Kalinka  był  napisał. 
Ale  że  na  jego  nagrobku  możnaby  napisać  te  słowa,  które 
żartem  mówili  o  nim  Anglicy,  słowa  gpecłre  of  Poland,  że 
jeżeli  eraigraeya  była  widmem  Polski,  ktńre  zjawiało  się 
ciągle,  niepokoiło  sumienia  i  wstydem  chyliło  czoła  szczęśli- 
wych i  zapominających;  jeżeli  mogła  byii  —  a  była  istotnie 
—  protestacyą  i  utrzymaniem  międzynarodowego  charakteru 
sprawy  polskiej,  to  w  wielkiej  części  za  Zamoyskiego  sprawą 
i  zasługą: —to  święta  prawda,  której  zaślepiona  i  uprzedzona 
teraźniejszość  nie  chce  czy  nie  uniić  widzieć  i  uznać,  ale 
którą  przyszłość  kiedyś  odkryje  i  ogłosi  —  choć  nawet  Ka- 
lince nie  starezyło  czasu  do  napisania  żywota. 

Na  Kalinkę  wpłynął  Zamoyski  w  dwóeb  (oczywiście 
najgłównicjszycbj  kierunkach.  Naprzód  wykształcił  go  poli- 
tycznie, Z  Krakowa  wychodząc  i  polskie  tylko  stosunki  zna- 
jąc, a  do  tego  bardzo  jeszcze  miody,  Kalinka  może  ogólnie 
i  teoretycznie  wiedział,  że  są  jakieś  na  świecie  zagraniczne 
stosunki  i  interesa,  ale  jaka  ich  natura,  jaki  sposób  ich 
prowadzenia,  jakie  ich  wrodzone  prawa  których  obrazić 
nie  może  kto  nie  chce  działać  bez  skutku,  tego  oczywi- 
ście znać  nie  mógł ;  miał  pod  tym  względem  wyobrażenia 
mniej  naiwne  \ni.  większość  naszych  wiejskich  polityków, 
nie  wyobrażenia  ijardzo  niejasne  i  niedostateczne.  Od  niedawna 
doi)iero  —  a  głównie  z  pism  Kalinki  —  zaczęliśmy  miarko- 
wać, że  polityka  zagraniczna  jest  i  sztuką  i  umiejętnością, 
i  że  my  tej  umiejętności  (a  nawet  praktycznej  tradyeyi) 
nigdyśmy  dosyć  nie  mieli.  Naród ,  i  nawet  najwytrawniejsi 
w  nim  ludzie,  sądzili,  że  nic  łatwiejszego;  wystarcza  instynkt 
irodowy,  który  umie  zawsze  przeczuć,  kto  przyjaciel  a  kto 


wrńg,  i  zdrowy  rozsądek,  który  każe  przyjacielowi  wierzyć 
i  {loma^ać,  wrogowi  nie   ufać  i  nie  dać  się  używać.  Że  to  j 
sprawa  i  sztnkti  tmitniejeza,  nauczyło  nas  doświadczenie  emi-  f 
gratyjne  —  rnzumić  się  tej  części  emigracyi,  która  miała  po-  ' 
lityczny  zmysł  i  polityczny  talent.   Ona  pierwsza  z  Polaków 
od  bardzo  dawna  oiusiała  praktycznie,  reiilnic,  zetknąć  się  ze 
sprawami  jiaifistw  obcych   i  z  dyplomatycziiein   działaniem. 
Nie  mogła  ju^,  być  tak    naiwną  jak  niegdyś  agenci  konfedc- 
racyi  Barskiej,  ani  tak  nawet  (choć  ei  ju*  ninicj),  jak   dy- 
plomaci Czteroletniego  Sejmn,  a  nie  mogła  (jak  łudzio  Ksic-   ' 
gtwa  Warszawskiego)   patrzeć   na   skinienie   kogoś    mocniej-  I 
szego  i  jego    się   trzymać.    Musieli   sami    myśleć,   poczynać, 
upatrywać,  starać  się,  okoliczności  wywoływać,   przeszkody 
zwyciężać,  i  tą  praktyką  nauczyli   się,   co   to  jest   polityka  I 
zagraniczna.  Znajomość  jej  wyniósł  ze  swego  petersburskiego  J 
niiuisteryum    i    na    tym    gruncie    polskim    zaszczepił    ksiąłc  I 
Adam;  ale  Zamoyski,  z  zawodu,   wycbowania  i  upodobania  I 
wojskowy,  ale  z  natury  głównie  dyplomata,  saru  wyuczył  się  Jl 
prędko  i  w  drugicli  rozuiiiicnie  tyeb  spraw  rozwijał.  Kalinka 
przy  nim  kształcił  len  zmysł  dyplomatyczny,  który  praktyka 
i  doświadczenie  rozwinęły   tak,   że  stal  się  prawie  przymio- 
tem najświetniejszym  jego  politycznego  rozumn,  i  sprawił  że 
jego   dzieła    liistoryczue   tak   się   odznaczają   rozumieniem   i 
znajomością  tych  spraw,   że   są    (nie   wahani  się  powtórzyć) 
najlepszą   jaką  mamy  w  literaturze   polskiej    nauką  polityki 
zagranicznej. 

A  drugi  wpływ,  jaki  Zamoyski  na  Kalinkę  wywarł, 
był  religijny.  Przez  pobożnych  rodziców  chowany,  Kalinka 
miał  grunt  religijnego  uczucia,  znać  go  w  najmłodszych  jego 
latach  i  najmniej  wytrawnych  pismach.  Ówcześni  znajomi 
świadczą,  że  w  samych  początkach  swojej  emigracyi  był  już 
bardzo  pobożny.  Ludzi  stanowczo  nicreligijnych  było  bardzo 
mało  między  Polakami  w  Paryżu,  a  ci  co  byli,  wydawać  się 
z  tem  nie  śmieli ;  sam  Mierosławski  przecież  pisywał  czasem 
pobożne  frazesy  na  cześć  Matki  Boskiej.  Kalinka  wszakże, 
już  stalszy  w  przekonaniach  swoich  od  innych,  w  rozmowach^ 


C748t"  subodząey  na  kweatye  kościelne,  wydal  się  niektórym 
zanadto  pobożnym,  a  gdy  jeszcze  widziano  go  chodzącego 
do  kościoła  z  książką,  zgorszono  się  i  uznano  go  Jezuitą. 
Do  kościoła  cliodzit:,  to  nie  szkodziło,  a  może  n;iwet  było 
dobreiiij  aie  cliodiić  z  książką!  to  była  oczywista  łiipokry- 
zya.  Im  dlaiej  bawił  we  Francyi,  im  biiżej  widział  tamtej- 
sze życie  katołickie,  tern  biirdziej  wzmacniały  się  jego  prze- 
konania i  wzmagała  się  miłość  wiary  i  Kościoła.  Wpływ 
Montaleni berta  i  otaczających  go  ludzi,  wpływ  X.  Lcscoeur, 
wpływ  Horacego  Deiaroclie,  przez  którego  zapoznał  się  z  fran- 
cuskiemi  dziełami  miłosierdzia ,  posuwały  go  coraz  dałej 
w  tym  kienmkii,  ale  w  tyuisamyni  także  (Ir.iaiał  i  posuwał 
go  wpływ  Zamoyskiego. 

Ten  był  —  i  dziwnie,  bo  już  w  młodości,  jnż  w  pierw- 
szych cliwilacli  emigracyi  —  tak  wierzącym  i  w  katołic- 
kich  przckouaniacli  stalom,  jak  mało  kto  w  emigracyi,  jak 
nikt  może,  z  wyjątkiem  tego  grona  ludzi  (Mickiewicz, 
Jai'iski,  B.  Zaleski,  łCożmianowie ,  Cezary  Plater,  Witwic- 
ki),  zpośród  których  wyszedł  pomysł  zakonu,  a  następnie 
i  zakon  Zmartwycliwstańców.  On  pierwszy  z  emigrantów 
wybrał  się  do  Rzymu,  do  Papieża.  Czul  potrzebę  złoże- 
nia obedyeucyi,  ale  zarazem  i  wypowiedzenia  co  mysłal. 
I  kiedy  cala  emigiacya  bolała  nad  bullą  Grzegorza  XVI 
z  roku  1B32,  a  poczęści  odstawała  od  Kościoła,  on  jeden 
pojechał,  mówił,  żalił  się...  i  otworzył  oczy.  'J'rafae  rozumie- 
nie Kosyi,  jakie  Grzegorz  XVI  miał  później,  zacięło  się  od 
pierwszej  audyencyi  Zamoyskiego;  on  rzucił  jakieś  pierwsze 
świailo,  które  im  dalej,  tem  lepiej  się  rozjaśniało.  Sam  zaś 
coraz  gorętszy  w  uczuciach,  a  coraz  etalszy  w  przekonaniacli 
kutolickieb,  stukał  icłi  w  drugich  i  rozniecał  je  z  całą  siłą 
swego  rozumu,  z  całym  zapałem  swojej  dnszy.  Nietyłko  Ka- 
linkę polityka,  ate  i  łfalinkę  katolika  i  księdza  on  w  wielkiej 
części  wychował  i  przygotował. 

lyatywy  Zamoyskiego  a 


Ucyi  \ 


:  książki 


innych  częściach  Polski;  okład  między 


I  a  Kalinką  był  zawarty,  kiedy  zaszły  wypadki,  które 


Zamoyskiego  Jak  Kalinkę  iiumnii  miteliucly  rayśliiini,  do  in- 
nych powołały  robót. 

Jeżeli  rok  1848  uie  zostawi!  na  1'olakacb  —  z  ""yjąt-  J 
kiem  rewolucyonistów   —   (ilębszycli   ńliidiiw   i    wrażeń, 
trwalszych    u   nicli    wsponmień ,   to   inaczej    niiafa   się  r: 
7,  ])ośredniein   następstwem    tych    wypadków,   z    ogłoszeniem 
Cesarstwa  wo  Francyi.  Od  r.  1831 ,  odkąd  była  we  Franeyi 
emigracya,  żadeu  fakt  w  historyi   Europy   nie    byl    dla   niej  i 
tak  ważny,  żadeu  uie  usprawiedliwiał   tak  jej    eiąglyoh  na- 
dziei,  że  karta  Europy  musi  się  zmienić. 

Nowy  Cesarz,  Bonaparte  traktatem  wiedeńskim  nnzawgze 
odsądzony  od  francuskiego  tronu,  musiał,  jeżeli  się  chciał  \ 
utrzymać,  zaprzeczyć  i  unieważnić  tę  podstawę  prawa  niię- 
ilzynurodiiwi-gii,  musiii!  być  nie]irzyJ!icielem  śniętego  przy-  3 
mierzą.  Musiał  —  Jeżeli  umiał  myśleć  i  z  doświadczcie  a  nawet  ^ 
Nmutuycli  ua  wygnaniu  refleksyj  stryja  korzystać  —  musiał  j 
wiedzieć,  że  on  na  tronie  Francyi  i  Franeya  w  i^woicli  jfra- 
nic-acłi  o  tyle  może  bye  bezpieczną  i  pewną,  o  ile  na  wscho- 
dzie Europy  bjlolty  coś,  coby  się  wcisnęło  między  złączone 
zawsze  ręce  Fryderyka  i  Katarzyny,  jakiś  klin  wbity  między 
Prusy  i  Rosyą,  i  nie  dopuszczający  im  złączyć  się  na  irze- 
fiego,  zrobić  koałicyę.  Musiał  wiedzieć  i  to,  że  Franeya  go 
pr/yjmie  i  uzna  za  swego.  Jeżeli  ją  otoczy  bl  iskiem  potęgi 
i  i-bwały,  zatem  że  będzie  musiał  się  bić;  i  h)  wreszcie  mu- 
siał wiedzieć,  że  Frnncyę  wtedy  tylko  dti  wojny  zapali  — 
Fr.iiiryę,  Jaką  wtedy  była  —  jeżeli  jej  miecza  z  jidciiwy  do- 
łiędzie  w  imię  i  w  obronie  czegoś  wielkiego  i  słusznego.  Oto 
ówczesne  rozuuiowanic  pi'łskie:  i  dlatego,  jeżeli  wstrząśnieuie 
Polski  w  roku  1848  liyto  sztuczne  i  słalic,  lo  kiedy  usłyszała, 
*.e  we  Francyi  Jest  cesarz,  wstrząsla  się  naprawdę  do  szpiku 
Icości,  do  głębi  duszy.  Zaponmiała  o  krzywdach  i  łilędacb 
pierwszego  cesarza,  pamiętała  tylko,  że  się  liii  z  Jej  nieprzy- 
jaciółmi i  że  i)ył  zwyciężony.  Za  to  synowiec  ^loszuka  odwetu, 
a  przpcicż  historyę  stryja  zna,  i  wi^  dlaczego  tnnitcu  upadł! 

Czy  się  l'olsk;i   zuowu   łudziła?   Myślała    logiczuie,   te 
stwierdziły  fakta.  Nic  myliła  się  nawet  co  do  człowieka,  od- 


gadywała  go  nieźle,  czulą  vt  nim  pntyjaciela.  Jakikolwiek 
był  koniec  Napoleona  III,  Francya  tylko  ma  prawo  na  niego 
się  żalić  liib  mu  złorzeczyć.  FoUka  byłaby  niewdzięczną,  tern 
iiietrdzięcziiiejszą,  że  do  jego  iiiepowodzeii  i  później  ciężkich 
l)łędów,  do  tego  nieprzytomnego  szukania  jakiejś  drogi,  na 
którem  zesuly  jego  ostatnie  latay  pośrednio  do  jego  i  Fran- 
cy! nieszczęścia  a  Prus  panowania  w  Europie,  przyczyniła 
się  sama  tym  wybuchem  powstania,  którym  siebie  śmiertel- 
nie raniła  a  jego  wyr/.uciła  z  równowagi. 

Flegmatyk  i  wymcliowany  z  tempeninientu,  ale  z  cha- 
rakteru uczuciowy  a  poniekąd  ideolog,  Napoleon  III  kiedy 
na  ten  tron  francuski  wstępował,  miał  głowę  pełną  marzeń 
nie  jasnych  ale  szlachetnych ,  które  brał  za  dojrzałe  plany. 
Była  w  nich  dcmokriicya  doprowadzana  dn  doskonałości 
{w  głosowaniu  ]iowa/,echuem),  i  było  pniwo  narodów  na  praw- 
tlzie.  na  prawie  b  iźcm  ojiarte,  njęte  w  formnłt;  nieokreśloną 
i  naduj.ylą  „narodowości."  Świadectwa  ogłoszone  już  po  jego 
śmierci,  dowodzą  i  szlac1i<.'tn'>ści  je^o  uczuć,  i  pewnej  naiw- 
ności jego  pojęć.  Przy  ]iierwszyni  zjeździe  z  ks.  Albertem, 
mgżeiii  krńinwej  angielskiej,  Cesarz  odraza  z  tcm  się  wynu- 
rza, że  jego  glównem  zadaniem  jest  niepodległość  Wloeli  i 
'  Polski.  Na  tern  zasadza  swoją  jiolitykę  i  pr/yszlość  Europy . 
Mówiąc  tuk,  Cesarz  naprzód  nie  uważa  Inb  nie  domyśla  się, 
że  tajemnicę  swoją  wydaje  przed  nieprzyjacielem  swojej  my- 
śli; a  prócz  tego  nie  rozumić  różnicy,  jaka  zachodziła  mię- 
■dzy  temi  dwoma  spriiwami;  nie  widzi,  że  jedna  rewolucyjna 
IV  swojej  natnrze  moie  zwyciężyć  tylko  rewolncyjneini  środ- 
kami, kiedy  druga  da  się  rozwiązać  środkami  prawncmi  a 
skończyć  ubezpieczeniem  prawa  wszystkicli.  Sądził  Cesarz 
w  tych  latach  i  powtarzał,  że  [>ndwik  Filip  upadł  dlatego, 
■ie  spraw  tych  podjąć  nie  miał  odwagi,  i  obiecywał  sobie 
w  swoich  rządach  ustrzedz  się  błędu  swego  poprzednika. 
Ideologiem  niógl  być ,  ale  miał  (jak  zwykle  tacy  Indzie) 
żywe  i  trafne  uczucie  tego,  co  być  powiimo.  Alians  z  Anglią 
—  alians  cywilizowanego  Zachodu  przeciw  despotyzmowi  we- 
wnątrz a  kłamstwu  i  grabieży  nazewnątrz,  to  jego  pierwszy 


kritk,  i  naJHsilniejs/e  do  k*>ńca  rlioć  CKęstti  liez-skiiteczne  sta- 
ranie. A  w  jego  widokach  przyszłości,  w  teiii  przetworzeniu  1 
Europy,  o  jakiem   marzył,   było   coś   ehrześciadskiego   i  coi  J 
tradycyjnie  francuskiego;  jakiś  do  innycli  tylko  czasńw  za- 
stosowany ideał  Henryka  IV,  i  ostatecznie  by!a  ta  ambicyn, 
żeby  o  jego  czynacU   mogło   było   być   powiedzianem    Oeeta 
Dei  per  Fruncog.  A  co  do  Połski?  Malo  cndzoziemców,  mało   ■ 
by!n  Francuzów,  którzyby  jej    sprawę   i    swńj    interes   rozu- 
mieli jak  on.  Że  wojny    wschodniej    nie  dala  mii  na  Polskie  | 
ziemię  przenieść  Anglia,  że  ona  znowu  —  i  za  czyjem  sta- 
raniem —  cofuęła   ultimatum  1  udaremniła    koufjres  w  roku  ] 
18G3,  to  zbyt  wiadome:  i  zbyt  widoczne,   że   w   pierwszym  , 
jak  w  drugim  razie  aam  zostawać  nie  mógł.  Ze  zaś  w  je^J 
pojęciu  sprawy  polskiej  był  nietylko  rozum,  ale  lionnr  i 
mienie  (choćby   były   pomyłki   i   bl^dy),   dowodzi    cale  jego -I 
postępowanie  aż  do  tycli  ostatnich  nieszczęsnycłi  dni   wojny  1 
pruskiej.  W  samych  jej  początkach,  ale  kiedy  obrót  zły  już  i 
przewidywać  zaczęto,  dyplomata  pewien  zwracał  uwagę  Ce- 
sarzowej na  to,  że  położenie  Francyi  zmieniłoby  aię  odrazu,  i 
gdyby    Rosya    chciała    się   za   nią   oświadczyć,   i   poddawał  <j 
myól,  żeby  pozyskać  Rosyę  ofiarą   Galicyi   ze   stosowną   dla  I 
An8ti;yi  kompensatą.   Ale   o  tern   Cesarzowa  ani   słyszeć   nio  j 
chciała.  —  „Jakto?  wydać  im  jeszcze  tę  resztę  Polski?  niel  j 
nigdy.  Raczej  zginąć!"    Rosya   l)ylaby    może   tej    ofiary   nie  I 
przyjęła ,   ale  dość ,    że  oni  tą  ofiarą  ratować  się  nie  chcieli.  I 
Nie  —  my  nie  mamy  prawa  źle  o  nich  mówić. 

A  teraz,  dlaczego  Cesarz  lepiej  czul  i  wiedział  jak  dzi&-  , 
lał?  Ka  to  pytanie  mógłby  odpowiedzieć  tylko  ktoś,  co  znal  ^ 
dobrze  rodzaj  jego  umysłu  i  jego  charakteru.  Musiała  w  tym 
„intelllgentnym  degmatykn,"  jak  się  sam  miał  nazywać,  byó 
jakaś  trudność  decyzyi,  z  której  zmęczony  wahaniem,  prze- 
chodził w  pośpieszny  nerwowy  pochop  postanowienia  i  dzia- 
łania; była  może  w  ideologu  niezdolność  do  praktycznego 
poznania  i  prowadzenia  spraw,  a  może  leż  (i  najbardziej) 
uczucie  szlachetne,  popędy  rycerskie,  myśli  zdrowe,  skutkiem 
wychowania,  kolei  życia,  przykładów,    zwyczajów,   nie   doj- 


rzaly  nigdy  w  prKekonaniii,  iiio  iistiility  się  w  zasady,  i  czło- 
wiek został  cliwiojnyra  i  niiękkini.  Adam  Potocki  opowia- 
dał, co  BJyszal  z  ust  księilza  Yenłury  samego,  te  sławny 
kaznodzieju,  a  przez  czas  pewien  kaznodzieja  cesarskiej  ka- 
plicy, preez  Cesarza  cliętnie  i  poufnie  przyjmowany,  rozma- 
wiał z  nim  często  0  sprawncli  polityczny  cli,  o  jego  i  Franeyi 
przyszłości,  i  oto  treść  tego,  co  mu  mówił:  „Masz  przed  sobji 
„Polskę  i  Wlofihy,  i  między  niemi  się  waliasz.  Zastanówże 
„się  i  przejrzyj,  że  jedno  liyioliy  twojem  zbawieniem,  drugie 
„mnsi  być  twoją  zgulią.  Oswobodzone  Wtocliy  zechcą  się 
„zaraz  zjednoczyć,  zjednoczone  zeclieą  być  mocarstwem,  a 
„że  sąsiadem  na  lądzie  i  morzu  jest  Francya,  więc  tylko 
Jej  kosztem  wzrastać  może  ich  potęga,  i  złączą  się  z  każ- 
„dym  jej  nieprzyjacielem.  Wloehy  zechcą  Państwa  papieskiego 
„i,  Rzymu,  a  gdyby  im  go  Francya  nie  dnia,  to  dojdą  do 
„niego  przez  Francyi  wrogów  i  nieszczęścia.  A  kto  wiń 
Jeszcze,  czy  zjednoczone  Włochy  nie  staną  się  kiedy  za- 
„chętą  i  przykladenj  do  zJe<lnoczenia  Niemiec.  —  To  mu  mó- 
„wię,  ale  nadarmo.  Et  ee  n'esł  pan  qv'ii  ne  comprenne  pas 
„ —  U  comprend:  miis  h  mulhtureu.x  ne  peut  pas." 

Anegdota  w  każdym  razie  jest  ciekawa,  a  że  nutenty- 
I  «zii>i)  więc  zapisać  ją  warto,  choć  tn  Ściśle  do  rzeczy  nie  należy. 
W  ustach  księdza  Yentury  znaczyły  te  słowa,  ie  Cesarz 
wiązany  był  dawnemi  przysięgami  z  rewołncyą  włoską  i  od 
Kiej  zależay.  Ogłoszone  od  lego  czasu  pamiętniki  lub  kores- 
jondencye  wielu  głównych  aktorów  sprawy  włoskiej,  od  Maz- 
iniego  począwszy,  dowodzą  przeciwnie:  bo  gdyby  związek 
ki  byt  zachodził,  oni  byliby  mieli  właśnie  interes  w  jego 
ryjawienin,  a  nie  mówi  n  nim  żaden.  Niemniej  trafne  bylO' 
inie  kaznodziei ,  że  jedna  ■/.  tych  spraw  mogła  być  zba- 
brieniem,  druga  musiała  stać  się  zgubą  Fraucyi.  Ciągnęła 
loniem  za  sobą  sprawę  Rzymu,  a  gdy  tej  Cesarz  nic  chciał 
(oświecić,  Wiochy  obróciły  aic  przeciw  niemu,  łączyły  z  jego 
tieprzyjaciołmi,  i  dziś  jeszcze  uważają  się  za  „zwolnionych 
^e  wszystkich  imiesznych  obowiązków  wdzięczności,  bo 
Trancya  zmazała  pod  Mentaiią  to,  co  zrobiła  pod  Magenta 


„i  Solteriuo."  —  CesaiK  nie  rw.iiinial  tej  różuicy  i  nie  prze- 
widywał tych  gkutków  tak  traluie  jak  ksiądz  Yenlura,  bo 
nd  nilodwśei  wSród  emigi"antów  włoskich  żył,  dn  nieh  przy- 
wykł i  pr/.ywiązal  się,  a  jak  większość  ówczesnego  świata, 
limł  wszystkie  narodowości  i  niepodległości  za  podobne  so- 
bie, jeżeli  iiie  za  równe,  i  sprawy  rewolucyjnej  od  restaura- 
cyjnej nie  rozpoznawał. 

Nowy  Cesarz  w  przymierza  z  Anglią,  z  bezpośredniego 
powodu  opieki  nad  Ziemią  Świętą,  w  obronie  Tureyi  przyja- 
ciółki ]irzez  wspólnych  nieprzyjaciół,  wydal  wojnę  Rosyi.  Przy- 
szła chwila,  na  którą  emigracya  czekała  od  Int  dwndziestu. 

Dlaczego  nie  skorzystała  z  niej  lepiej?  Jeżeli  pytanie 
odnosi  do  tej  partyi  która  się  gorącą  zowie,  a  w  powsta- 
niach brała  inicyatywę,  to  odpowiedź  znalazłaby  się  nioie 
w  jej  politycznej  zręczności.  Jak  kiedyś,  nie  podczas  wojny 
tureckiej,  ale  aż  po  niej,  w  roku  1830,  tak  teraz  nie  podczas 
wojny  wschodniej,  ale  dopiero  w  r.  18G3!  Co  do  strony  dro- 
giej, ks.  Czartoryskiego  i  otaczających  go  ludzi,  to  ci  naprzód 
od  początku  do  koiica  iadnego  powstania  w  krajn  na  nie- 
pewne wywoływać  nie  chcieli.  Ich  wyrachowanie  było  to,  że 
naprzód  wkroczenie  wojsk  sprzymierzonych  na  ziemię  polską 
(miało  być  z  Wołoszczyzny  na  Ukrainę),  a  wtedy  dopiero 
ponstnnie.  Zdradzono  nas  tyle  raz}',  ie  i  tym  razem  zdra- 
dzić mngą,  zawrzeć  pokój,  a  nas  zostawić  na  laskę  i  nie- 
łaskę. Zatem  nie  narażać  lodzi,  póki  się  sprzymierzeni  dobrze 
i  głęboko  w  tę  sprawę  i  w  nasze  kraje  nie  wpakują.  Pot 
wstawać  przedtem,  zwłaszcza  w  Królestwie,  bylobyto  wypro- 
wadzić Prusy  z  nentralności,  Rosyi  iloslarczyć  zbrojną  pomoc, 
i  spraiwie  własnej  i  sprzymierzonych  zaszkodzić.  Zatem  czekać 
aż  wejdą  na  terytoryum,  aż  ngloszą  w  manifeście  o  co  się 
biją—  wtedy  dopiero  jiowstawać,  a  tymczasem  za  ich  za- 
słoną organizować  polskie  pułki,  zawiązek  polskiego  wojska. 

Tukie  było  rozumowanie  w  tym  razie,  taka  była  stała 
ich  zasada  i  polityka.  A  do  tego  jesKcze  i  to  przypomnieć 
trzeba,  że  jeżeli  po  śmierci  Mikołaja,  po  stolgownnin  a  po- 
niekąd rozprzężeniu  sprężyn  rządowych  w  Rosyi,   ruchawka 


powstać  inogia  w  rokti  1863,  to  za  życiu  Mikołaja,  w  roku 
1854  nie  byłaby  zdołała  ani  nawet  się  rozpocząć. 

Pian  francuski  i  polski  był,  z  Wołoszczyzny  doatae  się 
na  Ukrainę;  udaremnił  go  plan  angiełski  wyprawy  na  Krym. 
WsKelako  tamten  stanowczo  zarzucony  nie  był. 

O  ile  należał  do  wojny  krymskiej  Kalinka?  Należał 
do  niej  jako  adjutant  (a  raczej  sekretarz)  Zamoyskiego. 
Listy  i  raporta  obudwóeb,  znajdujące  aię  w  Paryżu,  a  kt6- 
ryeli  w  tym  kriilkini  caasie  poznać  nie  miałem  możności, 
pozwoliłyby  dokładnie  dzip^i  za  dniem  opisać,  co  tam  każdy 
•L  nieb  robił.  W  żywocie  X.  Kalinki,  w  żywocie  Zamoyskiego, 
w  żywocie  księcia  Adama,  w  liistoryi  emigraeyi  wreszcie, 
wszystko  to  powinno  się  znaleść,  i  da  Bóg  że  się  znajdzie. 
W  tym  pobieżnym  szkicu,  właściwie  łyłko  wspomnieniu  po- 
śmierlnem  nkładanem  %  pamięci,  miejsca  na  to  niema,  po- 
przestać trzeba,  cboć  %  żalem,  na  najogólniejszej  tylko  wia- 
domości. Poco  pojeclial,  co  robił  Zamoyski,  to  pozwolimy 
sobie  przytoczyć  w  słowach  już  znanycłi  i  zaledwo  przed  ro- 
kiem drukowanyeli  ^). 

„Byli  wówczas  n  steru  rządu  mężowie  stanu  tureccy 
przyjaźni  Polsce,  Kesz-yd  pasza  był  wezyrem,  Meliemed  Ali 
seraskicreni.  Mehemed  Ali  zawiadomił  ks.  Czartoryskiego,  \i. 
Sułtan  prosi  go  o  przysłanie  czterech  wyższych  olicerów  pol- 
skicłi,  którzyby  jako  jeneralowie  w  armii  tureckiej  byli  użyci. 
Ich  wybór  pozostawiono  księciu,  atoli  Sadyk  Pasza  (Czajkowski) 
wskazywał  Dembińskiego,  Chrzanowskiego,  Zamoyskiego,  By- 
8tr/,onowskiego.  Dembiński  nie  przyjął,  bo  ebcial,  aby  Sułtan  do 
niego  wprost  się  udał,  a  nie  przez  księcia  Adama  go  przyzywał; 
przytem  sądził,  że  go  powinni  zaprosić  na  wyższą  komendę. 
I  Chrzanowski  także  nie  przyjął,  bo  uważając  siebie  słusznie 
za  najlepszego  na  Zachodzie  znawcę  armii  rosyjskiej,  sądził, 
że  Anglia  i  Francya  zażądają  Jego  udziału  w  wojnie.  Przestano 
więc  na  tem,  że  wysłano  Breańsktego,  który  pułkownikiem 
był  w  armii  piemontskiej  od  r.  1849,  i  Bystrzonowskiego,  a 


')  Prsigl.  Polsk. 


1886.  Michał  Czajkowski. 


takie  Za  ni  nyski  egu.    Dwaj    pierwsi   otr/yniali    iirzeziiiiczeiiie 
do  Karsu,  Zamoyski  miał  hyć  liowódzeą  korpnsu  polskiego.  . 
Wziął  z  8oI>ą  na  swój  koszt,  kilkunastu  oficerów  z  r.  1831  I 
ł^niiędzy  nimi  oelniejsi;  podpułk,  Słiibieki  z  4  pułku  lin. ,  ma-  \ 
jor  Kirkor,  kapitan  I-ange  etc),  do   któryeli  przybrał    kilku 
z  kampanii  węgierskiej  /,  r.  1848,  i  tydi  w  Stambule  utrzy- 
mywał. Tiircya  okazała  się  skłonną  do   zadekretowania   for- 
macyi  polskiej,  i  w  tem  Barnguay  d'Hiltier8,  ambasador  fran-  1 
duski,    skutecznie   ją  popierał.    Wprawdzie   Austrya  czyniła  ] 
trudności,  ale  Keszyd  nie  tracił  nadziei,   %&  uda  się  pociąg- 
nąć ją  do  wojny  z  Rosyą.  „Za  ]'olskę  niepodległą  oddamy  I 
Anstryi  najchętniej  Księstwa   naddunajskie."    Na  Prusy  nikt  ] 
wówczas  nie  zwaiał  i  nie  zadawano  sobie  pracy  zapytywa- 
nia, co  na  taką  formaeyę  powied/Ą.  Rzecz  zdawała  się  bliska  I* 
pomyślnego  zakoi'iczenia,   kiedy  ją   niespodzianie   zatrzymał  1 
lord  Stratford  Kedclilfe.  Wszecliwladny   ami>asador  angielski  j 
\vidzial  z  nieclięcią  ten  projekt,   który  Francyi   przypisywał. 
Zazdrosny  swej  przewagi,  oświadczył  łieazydowi,  \i.  nie  mo- 
iiua  Zamoyskiego  uwaiać  za  jedyuego  reprezentanta  Polaków 
w  Stambule,  że  jeat  tn  inay  pełnomocnik  partyi  demokratyez-i 
nej,  jenerał  Wysocki,   który  ma  od  cmigracyi   upoważnieoie  1 
do  układu  z  rządem  tureckim;  że  więc  byłoby  najwlaściwiej 
użyć  obu  jako  dowódzców  dwóch  łegij    polskich,    arystokra- 
tycznej i  demokratycznej,  jednej  w  Europie,  drugiej  w  Azyl. 
Czy  Stratford  szczerze    to   radził,    czy   też   dlatego   tylko  tę 
myśl    podsunął,    aby    skrzyżować    projekt    jtopierany    przez 
Fraucyę,  trudno  dziś  wiedzieć;  dość,  te  Reszyd  pasza  tę  pro- 
pozycję Zamoyskiemu    uczynił.  Zamoyski    przyjął  ją  z  obu- 
rzeniem, „Polacy  chcą,    odpowiedział,   aby   ich   uważano  za 
naród;  jako    płatni   Szwajcarzy  użyć   się   nie   dadzą.   Zarę- 
czam, że  Wysocki  tęsamą  da  wam    odpowiedź.   Co  większa, 
oba  tn  przyjdziemy  i  powiemy   wam,    że  każdy  i  nas   woli  ( 
służyć  pod  komendą  drugiego,  niż  tworzyć  dwie  polskie  le- 
gie, od  siebie  niezawisłe."  Zażądał  tedy  rozmowy  z  Wysoc- 
kim,  z  którym  się  dotąd  w  Stambule   nie   spotkał,  i  propo-  i 
nował  mn,   aby   poszli   razem   do   Reszyda   i   do    Siratforda 


z  tern  fiświailezenieiii.  Ale  Wjsorki  rozumiat  dobrze  niższość 
swej  pozyeyi  i  [irzewidj-wal,  że  jeśli  oznajmi,  iż  woli  sln- 
j'.ye  pod  Zamoyskim,  niż  oiieO  osobną  komeadę,  to  cliociaż 
Zamoyski  tożsamo  złoży  uświadczenie,  nie  jemu,  ale  Zamoy- 
skiemn  oddadzą  komendę.  Wymówił  się  więc,  odpowiadając, 
■}.e  nie  jest  panem  swoich  postępków,  że  jako  upowuż- 
niony  od  emigracyi,  musiałby  wprzód  zasiągnąć  jej  zdania: 
i  z  Zamoyskim  razem  do  Porly  i  do  ambasady  angielskiej 
nie  poszedł. 

Projekt  iipadi ;  liyloto  w  połowie  1854  r.  Armia  turecka 
pod  wodzą  Omera  Paszy  odjjarlszy  Rosyan  pod  Silistryą, 
przeprawiła  się  za  nimi  za  Dunaj  i  zajęła  Wołoszczyznę, 
którą  Paszkiewicz  opuści).  Omer  założył  kwaterę  w  Bukaresz- 
cie, a  wojska  swoje  do  Mołdawii  rozciągna.ł.  Czekał  na  roz- 
kazy wkroczenia  do  Bessarabii,  a  także  na  posiłki  sprzy- 
niierzonycb.  Tymczasem  armia  franuuska  i  angielska  zbierała 
się  w  Warnie,  a  w  Paryżu  i  w  Londynie  naradzano  się, 
gdzie  dalc.i  wyruszyć,  Z  Bessarabii  droga  na  Ukrainę,  a  tam 
z  kwestyą  polską  trzebaby  było  się  spotkaO!  Anglia  ])odala 
więc  myśl  wyprawy  do  Krymn,  aby  zająć  Sebaslopol  i  znisz- 
ozyó  flotę  rosyjską,   która  ztamtąd  zagrażała  Stambułowi. 

„Zamoyski  tę  expedycyę  potępiał,  rozumiejąc  dobrze,  iż 
sprzymierzeni  dlatego  idą  do  Krymu,  ałiy  nie  iść  do  Polski. 
Postanowił  miau  się  do  Omera  i  jego  zachęcać  do  marszu 
naprzód.  Już  też  Omer  wyprawił  Sadyka  z  pułkiem  kozaków 
sułtaAskich  do  Maximeni  (w  Mołdawii)  i  oddał  mu  komendę 
nad  przednią  strażą  armii  tureckiej,  Ale  Omer  czuł  się  za 
słabym,  aby  iść  naprzód,  i  gdy  sprzymierzeni  zażądali  jego 
pomocy  w  lirymie,'  tam  znaczną  część  swego  wojska  wypra- 
wił. Tyle  jednak  Zamoyski  na  nim  uzyskał,  że  na  przedsta- 
wienie tureckiego  wodza,  Sułtan  wydał  trądu  nakazujące  for- 
inacyę  drugiego  pułku  kozaków  sułtauskicb,  który  z  samych 
Polaków  miał  być  złożony  i  pod  komendą  Zamoyskiego  zo- 
stawać. 

„Polskich  ochotników  nie  ttrakowalo.  Znajdowali  się  na- 
przód   zpośród  jeńców   lub    dezerterów   rosyjskich,    których 


z  Krymu    odwożuno   do   ytiiiiibulii  i  rażeni  z  żołnierzami  ro- 
syjskimi miano  icli  odwozić   do   Korsyki.   Zamoyski  tyle  je- 
dnak wyjednał,   że   oddzielano  od  nich  Polaków  i  jema  ieh'J 
oddawano.  Przybywali  także  ochotnicy  z  cmigrapyi,  kUryctl  j 
rząd  turecki  przyjmował  i  pod  Warnij  gromadził. 

„Zamoyski   otrzymawszy    upoważnienie  do  forinowanin  'j 
piiłka  polskiego,  wszystkich  Polakt'iw   śtńągnąl   do   Sznmii  i 
komendę  i  organizacyę  powierzył  Słnbickiemii.    Atoli  z  Tur- 
kami ekwipowanie  pułku  szło  bardzo  nierażuie.  Każdy  szcze- 
gół potrzebny  (konie,   siodła,   mundury,   broń)  trzeba  było 
z  wielkim  trudem  w  Seraskieracie  zdobywać;  ludzie  i  ofice- 
rowie, już  w  znacznej  ilości  byli  zebrani,  a  niczego,   nawet  I 
żołdu,  nie  można  aię  było  doprosili.  Tyle  tylko,  że  dawami 
racye    żywności;    skończył  się  rok  1854,  upłynęła  zima  i 
wiosna  1855  r. ,  a  forniacya  nie  postępowała.  Zamoyski  zje- 
chał sam  do  Hznnili  i  ratując  pułk  z  własnej  kieszeni,  bronił  | 
go  od  rozejścia  swoją  powagą  i  awansami  które  czynił. 

„Przeciągała  się  wojna  w  Krymie.  l'o  zwycięstwie  nad  ] 
Almą,  sprzymierzeni  rozpoczęli  oblężenie  Sebastopola,  Przy- 
szło do  kilku  krawych  utarczek  z  Rosyanami,  w  których.  , 
Anglicy  (mianowicie  pod  Bałakławą)  bardzo  mocno  ucierpieli. 
Armia  angielska  (której  w  Krymie  nie  było  więcej  nad 
30,000)  prędko  stopniała.  Rząd  angielski  nie  mając  włas^ 
nego  gotowego  żołnierza,  począł  w  całej  Europie  werbować 
ochotników.  Podsunięto  w  Londyoie  myśl,  że  możnaby  użyć 
Polaków.  Lord  Palmerston  napisał  o  tern  do  Zamoyskiego  i 
zawezwał  go  do  Londynu,  aby  się  z  nim  porozumieć. 

„W  polowie  1855  roku,  Zamoyski  wybrał  się  do  Anglii, 
W  przejeździe  przez  Paryż  był  u  Napoleona,  który  go  mo- 
cno zachęcał,  aby  wszedł  w  stosunek  z  rządem  angielskim. 
Cesarz  Francuzów  zmęczony  był  już  wojną,  a  raczej  fałszy- 
wym jej  kierunkiem.  Utrzymanie  armii  pod  Sebastopoiem 
kosztowało  ogromne  summy;  prócz  zwykłego  budżetu,  trzeba 
było  zaciągnąć  trzy  pożyczki:  300  mil.,  500  mil.  i  750  mi- 
lionów. Trzecia  pożyczka  szła  już  mulej  raźnie.  Napoleon 
oświadczył,  że  trudno  mu  wymagać  uowych  ofiar  od  narodu, 


jeżeli  Bię  aie  postawi  takiego  dla  wojuy  celu,  któryby  Fran- 
cuzów inóg-1  zentnzyazinował;.  Proponował  więc :  albo  gra- 
nice Renu,  dla  Francyi,  albo  odbudowanie  Polski,  Pod  temi 
warunkami  pr^yNtawał  na  dalszą  kampanię.  Granice  Renu 
Palmerston  odrzucił  natychmiast;  eo  do  odbudowania  Fohki, 
odpowiedział,  ie  tak  daleki  cci  mnsiałby  przerazić  Anglików, 
którzy  zajdą  i  dalej  niż  inni,  byleby  icU  nie  zniechęcać  na 
początku.  Ze  zresztą  ogłaszać  odbudowanie  Polski  jako  cel 
wojny,  w  chwili,  gdy  armie  sprzymierzone  są  tak  daleko  od 
Polski,  bylobyto  tej  ostatniej  oddać  najgorszą  usługę,  bo  rząd 
rosyjski  nie  omieszkałby  wywieźć  wgląb  Rosyi  wszystkich 
celuiejszych  Polaków.  Proponował,  po  zajęciu  Sebastopola, 
na  rok  przyszły  zdobycie  Kronstadu." 

,,0d  tej  thwiii  Napoleon  był  już  zdecydowany  na  za- 
warcie pokoju  z  Ilosyą,  i  po  śmierci  Mikołaja  poeząt  porozu- 
miewać się  przez  posła  saskiego  Seebacha  z  Aleksandrem  U. 
Ale  przypuszczając,  ie  jeżeli  Rosya  nie  ustąpi,  trzeba  będzie 
wyjść  z  Krymu  i  ruszyć  na  północ  i  zawadzić  o  ziemie  pol- 
skie, rad  był,  że  legie  polskie  formować  się  będą  i  że  ta 
forniacya  wciągnie  Anglię  do  śmielszej  wojny.  Przypuszczał 
też,  że  ona  da  do  myślenia  Rosyi,  że  ją  uczyni  sklonniejszą 
do  zgody,  i  dlatego  nakłaniał  Zamoyskiego,  aby  przyjął  co- 
kolwiek mu  dadzą  Anglicy,  a  reszty,  czegoby  nie  dostawało, 
sprzymierzeni  i  wojna  dostarczą." 

„Anglicy  przelękli  się  zrazu  formacyi  polskiej.  „Wy  nas 
skompromitujecie  wobec  Rosyi"  —  mówili,  chociaż  z  Rosyą 
byli  w  wdjnie.  Dłużej  trzech  miesięcy  trwały  układy  w  Lon- 
dynie z  Lordem  Panmure,  ministrem  wojny.  Pieniędzy  ofia- 
rowali liojuie,  żołd  angielski  (1  szył.  dziennie  ua  żołnierza)  i 
oprócz  tego  5  Ł.  hounty  każdemu  ochotnikowi.  Zamoyski  przy- 
jąć tego  uie  chciał,  mówiąc,  że  tworzy  wojsko  dla  przyszłego 
rządu  polskiego,  który  me  mógłby  tak  drogo  opłacać  żoł- 
nierza; zato  domagał  się  ehoi^ągwi  polskiej,  komendy,  mun- 
durów narodowych  etc.  Przed  tem  znowu  Anglicy  się  cofali, 
odmawiając  każdej  rzeczy  polskiej,  choćby  tylko  orzełków 
polskich  na  gnzikacb.  Nareszcie  w  grudniu  1855  r.  stanęło 


50 


na  tem,  te  ma  stanąć  dywizya  polska,  imiennie  do  kozakóip^' 
snłtańskioh  należąca,  ale  na  żołdzie  i  pod  rozkazami  Angli- 
ków, a  broni  i  mundurów  miała  Francya  dostarczyć.  Byłato 
męc  legia  sprzymierzonych.  Posłani  do  Szumli  jen.  Breański 
i  pułk.  Kamieński,  jeden  nad  piechotą,  drugi  nad  jazdą  ob- 
jęli komendę.  Ludzi  było  już  około  1500." 

„Wielokrotnie  jenerałowie  francuscy  zapytywali  podczas 
wojny  Zamoyskiego,  dlaczego  nie  idzie  do  Krymu?  „Wy- 
ście tam  poszli,  odpowiedział,  aby  Polski  uniknąć;  jakże 
ja  mogę  iść  tam!"  „Masz  racyę  (mówili  na  to),  ale  na  rok 
przyszły  jak  z  Krymem  skończymy,  trzeba  będzie  ruszać  do 
Kijowa,  a  wtedy  wy,  co  dzisiaj  stoicie  w  tyle,  pójdziecie 
naprzód,  przed  nami." 

Ale  Kalinka?  cóż  w  tem  wszystkiem  Kalinka?  O  nim 
niema  tu  wzmianki,  bo  to  on  sam  pisał  (jako  informacye  do 
roli  Sadyka  Baszy  w  tej  sprawie  i  jego  stosunku  do  forma- 
cyi  Zamoyskiego,  na  prośbę  niżej  podpisanego  kiedy  ten  po 
śmierci  Michała  Czajkowskiego  pisał  o  nim  artykuł).  Opo- 
wiadał zaś  o  sobie  tak  mało  zawsze,  tak  nie  miał  na  to  czasu, 
i  mówił  tylko  o  rzeczach  które  za  ważniejsze  uważał,  że  z  jego 
ust  nie  mam  o  nim  z  tych  czasów  szczegółów  żadnych. 

Krasiński  kiedy  opowiada  jak  Zamoyski  uderzony  był 
kijem  przy  wejściu  do  kościoła  na  pogrzebie  Mickiewicza, 
dodaje  w  liście  następnym  (do  Sołtana  CCXIV  Pzegląd  Pol- 
„8ki  Styczeń  1877  str.  16):  „Kalinkę,  sekretarza  Jenerała, 
^niezmiernie  zdolnego  młodzieńca,  w  tych  dniach  nowy  napa- 
stnik w  głowę  uderzył."  Czy  go  Krasiński  znał  i  sam  przez 
się  o  jego  zdolności  mógł  sądzić  ?  W  każdym  razie  późniejsze 
to  już,  powojenne  czasy. 

Za  tego  pobytu  w  Turcyi  poczęły  się  nie  starania 
jeszcze,  ale  pierwsza  myśl  późniejszych  starań  o  nawrócenie 
Bułgarów.  Oddawna  już  uwaga  księcia  Adama  zwrócona 
była  na  Słowiańszczyznę  turecką;  oddawna  jego  agenci  sie- 
dzieli tam  i  śledzili  usposobienie  tych  ludów  i  postępy  ro- 
syjskiej między  nimi  propagandy;  oddawna  książę  zwracał 
uwagę  państw  zachodnich  na  ten  element  kwestyi  wschód- 


Si 

M 

r       »y 

Ij  niu 


niej.  On  lepiej  od  własnych  ambasadorów  w  Stambule  nmial 
otwierać  oczy  francuskim  i  angielskim  dyplomatom,  tłóma- 
czyć  im,  że  kiedy  myślą  tylko  o  napadzie  flot  i  wojsk  ro- 
syjskich na  Konstantynopol,  spuszczają  z  oka  ten  proces 
rozsadzania  Tnrcyi  od  wewnątrz,  który  Rosya  prowadzi  cicho 
ale  nieustannie;  lepiej  od  ambasadorów  wiedział,  co  te  ludy 
myślą,  co  się  między  niemi  dnieje,  i  dostarczał  informacyl 
gabinetom,  które  siipremacyę  rosyjską  na  wschodzie  uważały 
za  klęskę  dla  siebie.  Ale  bylyto  ostrzeżenia  i  zabiegi  czysto 
polityczne:  śledaenie  i  krzyżowanie  działań  rosyjskich  poży- 
teczne, ale  oczywiście  slahe  i  nieznaczue  w  porównaniu  ze 
środkami,  jakiem!  rozporządzała  Rosya.  Gzem  możnaby  jej 
zagrodzić  drogę  do  jądra  tych  krajów  i  serca  tych  ludów? 
gdzie  znaleśd  silną  tamę,  któraby  jej  wpływ  odepchnęła? 
Sienawiść  Turków,  nadzieja  wyswobodzenia,  podobieństwo 
.języka,  jedność  wiary,  wszystko  pclia  Słowian  południowych 
ręce  Rosyi,  która  te  ręce  z  anielskim  uśmiechem  otwiera, 
fak  się  raz  w  nie  rzucą,  uśmiech  się  zmieni,  i  wtedy  Buł- 
garzy, Serbowie,  wszyscy  inni,  poznają  po  czasie  co  to  Ro- 
sya: ale  dziś  próino  mówić  i  ostrzegać,  mnszą  jej  wierzyć 
muszą  iść  na  jej  lep! 

Ale  gdyby  mieli  inną  wiarę?   gdyby    byli  jak  niegdyś 
.tolikami?  w    takim    razie    nabyliby    innego    daclia,    wy- 
obodziloby  się  od  Rosyi  ich  sumienie,  ich  wiarę,  ich  du- 
szę,   a  wtedy  ich  wola  stałaby  się  także  inną  jak  wola  Ro- 
syi, osobną,  samoistną,  o  świat  zachodni  opartą  i  ku  niemu 
zwróconą.  Ale  czy  to  możebne!   Wieki    tradycyi    religijnej  i 
narodowej,  wieki  rosyjskich  zabiegów  i  darów,  umyaly  ciemne, 
znajomości  świata  żadnej.  I  kto  się  do  tego  weźmie,  kto  po- 
prze?  kto  dostarczy  środków?  kto    choćby   zrozumić   że   to 
potrzebne?   Trzebaby   dla   takiej    myśli  pozyskać   Papieża    i 
Sułtana,  rząd  francuski  i  bułgarskich  pasterzy!  A  gdyby  i  to 
zrobić  się  dało,   to   wtedy   dopiero  pytanie,    czy  ten  lud  od 
ieków  syzmatycki  zechce   odstać   od   tej    wiary,   do   której 
iubI  być  przywiązany?  Wprawdzie  patryarchat  grecki  i  du- 
lowieństwo  tak  go  cisną  i  gnębią,  w  takiej  u  niego  są  nie- 

4* 


nawiści,  ie  o  tę  nienawiść  dałoby  się  mnie  jakie  dzialaaiol 
zahaczyć;  ale  gdyby  nawet,  to  czy  o  wierze  rzymskiej  dadzą  1 
sobie  mówić?  Chyba  gdyby  obrządek  wschodni  zachował  im 
w  całości  to,  do  czego  są  przywiązani  i  przyzwyczajeni... 
chyba  gdyby  Unia,  niegdyś  w  Polsce  wynaleziona,  wprowa- 
dzona, niedość  utrwalona,  a  dziś  przez  Rosyę  tępiona,  tutaj 
puściła  nową  latorośl  na  chwałę  Boga,  zbawienie  dusz,  roz- 
^jzerzenie  Kościoła  i...  zaszachowanie  Rosyi! 

Takie  pytania  Bławaty  w  głowie  Kalinki  i  Zamoyskiego 
podczas  tego  w  Torcyi  pohytn,  a  w  lat  parę  później  pewien 
odłam  bnłgarskiego  ludu  okazał  skłonność  do  połączenia  się 
z  Kościołem.  Tm-cya  nie  miała  nic  przeciw  temu,  poselstwo 
Irancnskie  wzięło  tych  ludzi  w  opiekę  (choć  nieurzędowniel, 
Pius  IS  witał  ich,  jak  niegdyś  Klemens  VIII  Rusinów;  i  zro- 
bił się  ten  początek  Unii  bnłgarskiej,  za  którym  poszły  pa- 
rafie, szkoły,  miesye,  dwa  obrządki  zakonu  Zmartwychwstań- 
ców: około  wiary  i  Kośckiła,  około  prawdziwej  niepodległo- 
ści słowiańskiego  ludu  i  jego  prawdziwej  eywilizacyi  polska  ' 
zasługa,  a  zasługa  podobno  głównie  Kalinki,  przynajmniej 
zasługa  pomysłu  i  inicyatywy.  Dziś  ta  Bnlgarya,  w  malej 
tylko  części  katolicka,  przecież  jest  tamą  na  drodze  Rosyi 
do  panowania  nad  światem.  Kto  wić,  czy  ta  jej  obecna  rola, 
ta  oznaka  przyszłej,  daj  Boże,  samodzielności  Słowian  połud-  i 
niowych,  nie  jest  skutkiem  i  nagrodą  owych  starań,  Bożego 
nad  dobrą  myślą  i  dobrym  zami<irem  błogosławieństwa. 

Po  wojnie  przyszedł  kongres  paryski.  Zdarza  i  powta- 
rza się  to  często,  że  kiedy  z  dwóch  sprzymierzeńców   jeden   i 
nie  chce  w  obronie  wspólnego  interesa  i  celu  iść  tak  daleko, 
działać  tak  stanowczo  jak  drugi,    ten   drugi   pozostały  znie- 
chęca si^   do   niego,   a   nabiera   jakiegoś    pociągu    do   tego,   ' 
który   przed   chwilą   był   nieprzyjacielem.    Kiedy  Cesarz   po- 
miarkowal,  że  Anglia   zabawiwszy    go  obleganiem   Sebasto- 
pola,  chce   jeszcze    bawić    obleganiem  Kronsztadu,  a  o  woj- 
nie prawdziwej  i  skutecznej  nie  myśli,  zaprzestał  wojny,  ale   , 
nie  mogąc  Rosyi  uczynić  nieszkodliwą,  chciał  ją  uczynić  s 
bie  przyjazną,  i  poczęły  się  te  dobre  stosunki ,  które  z  cza-  I 


aem  doszły  we  Francji  do  ostatDiego  zaślepienia,  do  bałwo- 
cliwalatwa  Rosyi.  Zwrot  ten  w  polityce  Cesarza,  i  pokój  pa 
ryski,  byl  oczywiście  lila  polityki  polskiej  bolesną  przegraną, 
klfjską,  i  zapewne  na  długo.  Należało  wszakże  zawód  teo 
znieść,  upokorzenia  i  gniewu  nie  dać  po  sobie  poznać,  i  czekać 
cierpliwie  sposobnycli  okoliczności.  Tak  rozumiała  położenie 
i  swój  obowiązek  jedna  część  emigracyi  —  szkoda,  że  nie 
tak  drnga. 

Nikt  już  dziś  nie  wić  —  prócz  tycb,  co  pamiętają,  bo 
doznali  —  jakie  wrażenie  ówczesny  pokój  zrobił  na  umysły  i 
na  serca  polskie.  Przeszliśmy  od  tego  czasu  o  tyłe  gorsze 
2e  tamto  się  zatarło,  ałe  można  twierdzić,  że  od  kampanii 
rosyjskiej  Napoleona  I,  nie  doświadczyliśmy  takiego  za- 
wodu, jak  ten  rosyjski  pokój  Napoleona  III.  W  nadzieję  naj- 
bliższą, najpewniejszą,  uderzył  gromi  Rosya  zwyciężona  i 
zdawało  się  tak  już  blizka  wymiaru  boskiej  i  ludzkiej  spra- 
wiedliwości, wstawała  znowu  obłudnie  cicba,  ałe  pewna  sie- 
bie i  urągająca,  a  Francya  przed  Polakami  spuszczała  oczy 
ze  wstydu,  ałe  do  tamtych  wyciągała  rękę.  A  więc  i  to  za- 
wiodło !  a  więc  nigdy  nie  będzie  końca  i  nigdy  zwycięstwa, 
które  tym  ra/em  tak  było  blizkie!  Zawód  całej  Polaki,  dla 
emigracyi,  dla  tej  jej  części  do  której  należał  Kalinka,  był 
prawie  rozpaczą  i  wstrząśnieniem  najglębszem,  najbołeśniej- 
szem,  jakiego  ci  ludzie  aż  dotąd  doznali. 

Wszystko  zawiodło!  Cóż  zostaje?  Nic:  na  świecie  nic, 
tylko  własna  miłość  Ojczyzny,  i  Bóg!  i  z  tego  trzeba  wszystko 
stworzyf.  Z  zawodu  i  rozpaczy  wstaje  ta  miłość  i  ślubuje 
wszystko  znieść,  wszystko  zrobić,  wszystko  pokonać  i  po- 
prawić, co  tylko  zdoła;  i  wstaje  myśl,  że  ofiarą  złegn  w  so- 
bie, zwycięstwem  nad  sobą,  trzeba  Boga  przejednai'  i  ubła- 
gać. Dokonywa  się  i  wzmaga  zwrot  religijny,  niemal  mi- 
styczny, dążący  do  poprawienia  i  podniesienia  Polski,  za- 
czynający od  poprawy  i  podniesienia  siebie;  zwrot,  który 
porwał  i  Kalinkę  także,  ale  nie  jego  jednego  tylko. 

Sposobne  okoliczności!  jakie  i  kiedy?  Czekać  cierpli- 
!  Jak  długo?   Nie   hyłoto   łatwo   na   tn   się   rezygnować. 


Ó4 


ale  było  potrzebnie ,  skoro  było  oczywistem ,  że  w  polityce 
zagranicznej  niema  nateraz  nic  do  roboty.  Nie  idzie  zatem, 
żeby  nie  było  do  roboty  nic  zgoła.  Takie  chwile  i  lata  spo- 
kojn  są  właśnie  sposobne  i  doskonałe  na  to,  by  stan  we-^ 
wnętrzny  naprawiać,  podnosić,  pozbywać  się  tego  co  do- 
świadczenie wskazało  jako  złe,  nabywać  sił,  i  w  okoliczno- 
ściach sprzyjających  (kiedy  się  zdarzą)  wystąpić  z  pewną 
mocą. 

Jaki  jest  stan  Polski?  w  różnych*  jej  częściach  i  pod 
różnemi  względami?  Trudności  i  niebezpieczeństwa  pocho- 
dzące od  rządów,  i  te  które  leżą  w  nas  samych  ?  Jak  postę- 
pują z  nami  i  jak  my  przeciw  temu  postępowaniu  działamy? 
czy  mamy  rozum  i  oświatę?  czy  mamy  rozum  polityczny? 
czy  mamy  w  charakterze  statek  dla  siebie,  a  powagę  i  god- 
ność wobec  rządów?  czy  mamy  dbałość  i  gospodarność  w  rze- 
czach ekonomicznych?  jakie  są  nasze  skłonności,  popędy, 
instynkta  i  upodobania  w  życiu  politycznem  jak  prywatnem, 
w  literaturze,  w  sztuce  ?  jakie  nasze  książki  i  dzienniki  ?  czy 
i  o  ile  to  wszystko  jest  u  nas  siłą  albo  słabością?  Gdyby 
te  wszystkie  pytania  roztrząsnąć,  ten  stan  wewnętrzny  Polski 
zbadać  i  jej  pokazać,  moźeby  to  się  przydało  i  wyszło  na 
dobre.  W  każdym  razie  zrobiłby  się  porządny  inwentarz  tego 
co  jest,  porządny  obrachunek,  a  od  tego  zawsze  musi  się 
zacząć  wszelka  poprawa,  w  interesach  czy  w  sumieniu.  Ta* 
kie  rozmowy,  takie  dochodzenia  nad  polską  naturą,  do  któ- 
rych każdy  przynosił  swoje  spostrzeżenia  i  doświadczenia, 
w  tej  myśli  i  nadziei,  żeby  dojść  do  psychologicznej  i  pato* 
logicznej  znajomości  narodu,  toczyły  się  często,  długo,  zawsze^ 
między  towarzyszami  wygnania  i  pracy,  zbliżonymi  do  siebie 
wiekiem,  przekonaniami  i  przyjaźnią,  między  którymi  dwóch 
odznaczało  się  i  górowało  zdolnością:  Julian  Klaczko  i  Ka^ 
linka.  Takie  myśli  i  słowa  stały  się  w  niedługim  czasie  i 
czynem.  Pokój  paryski  odbył  się  w  roku  1856,  w  r.  1867 
zaczęły  wychodzić   Wiadomości  Polskie. 

-i^liie- 


m. 


Przez  cza3  wojuy  Wschodniej  wychodził  mały  dzienoi- 
;,  w  dwuuastce,  służący  interesom  formaeyi  legionów  pol- 
skich, utrzymywany  przez  Zamoyskiego  (nie  bez  subwencyi 
aDgielskiej),  zapełniony  rzeczami  wojskowemi,  a  uzupełniony 
wyciągami  z  dzienników  krajowych;  nosił  nazwę  Wiadomo- 
ści Pohkich.  Wydawał  go  relix  Wrotnowski,  Litwin,  dyrek- 
tor Biblioteki  Polskiej.  Do  Biblioteki,  w  której  on  panowi 
jako  dyrektor,  przychodził  Klaczko,  zajęty  wtedy  zamierzo- 
ną Historyą  Poezyi  polskiej  i  robiący  do  niej  przedwstęp- 
ne przygotowania,  przychodzi!  i  Kalinka,  po  powrocie  ze 
Wschodu,  zabierający  się  także  do  pisania  Hintoryi  Emigracyi, 
Tą  pracą  zajęty  i  zastanawiający  się  coraz  głębiej  nad  naturą 
i  loRcni  narodu,  zaczął  dostrzegać  i  uwagę  Klaczki  zwracać 
na  to,  że  złe,  jakie  oba  widzieli  w  Emig;racyi,  nie  było 
jej  właściwością  i  nie  od  niej  się  zaczęło,  ale  ie  byio 
odziedziczonem  po  długiem  paśmie  pokoleń  i  dziejów.  Z  tych 
rozmów,  z  tych  nawzajem  sobie  udzielanych  spostrzeżeń, 
zrobiło  się  nareszcie  zupełne  między  nimi  zbliżenie,  a  jego 
pierwszym  objawem  i  skutkiem,  był  pomysł  wspólnego  stu- 
dyum  psychologii  narodu  polskiego,  w  różnych  lepszych  i  gor- 
szych, dawnych  i  dzisiejszych  typach,  jego  skłonności  i  na- 
tury. Zi^ętego  literackiemi  kwestyami  Klaczkę,  Kalinka  na- 
mawiał i  wciągał  do  prac  praktycznych,  publicystycznych  i 
politycznych;  przekonywał,  że  i  z  krajem  i  z  zagranicą  jest 
coś  do  zrobienia,  ale  pracować  nad  niemi  trzeba  bezpośrednio 


i  bez  wytchnienia.  Rfi^mowy  talciej  treści  jak  wyżej  wspomoiano  i 
toczyły  się  między  nimi  bez  wytchnienia.  Aż  pewnego  dnia  — 
opowiadamy  to  wszystko  prawie  dosłownie  z  listów  i  słów 
Slaczki  —  Kalinka  sam  zafrasowany,  zafrasował  i  jego 
pytaniem,  co  się  stanie  z  Wrotuowskim  ?  Z  formacyą  ustały 
i  angielskie  subsydya,  z  temi  ustanie  i  Jego  dzienniczek,  a 
wjego  dochodach  będzie  to  ubytek  bardzo  dotkliwy.  Czyby  nie 
można  coś  takiego  wynaleźć,  coby  i  jego  los  zabezpieczyło 
i  ogółowi  się  przydała?  czyby  nie  można  rozwinąć  jego  łWa- 
domości  na  pismo  znaczące  i  pożyteczne?  „Wystawię  Księciu 
„pożytek  takiego  pisma,  mimo  upadku  nadziei  wojennych. 
„Ale  trzeba  to  robić  ostrożnie,  bo  Wrotnowski  nas  nie  lubi, 
„naszych  przekonań  nie  podziela"  (byl  trochę  Towiańezykiem 
i  miał  ukryty  pociąg  do  Towarzystwa  Demokratycznego)  „a 
„podejrzliwy  jest."  Zaprosili  Wrotnowskiego  z  sobą  na  ex- 
knrsyę  do  St,  Germain,  wytlómaczyli  pożytek  takiego  pisma, 
zachęcili  żeby  objął  redakcyę,  pomoc  ciągłą  przyrzekli,  i 
Wrotnowski  dał  się  nakłonić.  Dał  się  nakłonić  (choć  nie  bez 
trudu)  i  Książę,  którego  otoczenie  nie  bardzo  im  sprzy- 
jało, a  nie  było  w  Paryżu  Zamoyskiego,  któryby  wpływem 
swoim  pomagał.  Stanął  wreszcie  układ :  koszta  wydawnictwa, 
o  ile  nie  pokryte  prenumeratą,  miał  ponosić  Książę;  redak- 
cyę obejmował  Wrotnowski,  i  ou  jeden  za  wynagrodzeniem; 
Kalinka  i  Klaczko  pisywali  zadarmo.  CzęMą  materyalną  i 
drukarską  zajmował  się  chętnie  i  gorliwie  Januszkiewicz, 
który  i  do  narad  redakcyjnych,  przez  to  do  dyrekcyi  pisma, 
czynnie  należał.  Zamoyski  zdaleka  zachęcał  i  przyklaskiwał; 
dodawała  odwagi  i  ufności  swojem  współczuciem  szlachetnem 
i  rozumiiem,  swoją  przyjaźnią,  księżna  Marcelina  Czartoryska, 
której  dom  byl  pod  względem  towarzyskim  i  umysłowym  pocie- 
iihą  i  rozrywką,  główną  kwaterą  redakcyi  i  jej  przyjaciół.  „Oto 
„szkielet  pierwszego  zawiązania  się  naszej  spółki,"  mówi 
Klaczko  (List  z  Rzymu  9  uiurca   1887)'). 


')  Oprdcz   Wiadomości,  wydała  fa  Spółka  Relaci/e  Nuncyiiszóie, 
Pamiętniki  Kr^yssiofn  Itu<iziiviłia,   księcia   Adama   Żywot 


Przy  okazyi  wytJaiiia  Wiadovmeci  pod  tytułem  Roczni- 
ków Polskich  w  r.  1867,  /.dając  z  nich  siirawę  w  tymsaniyni 
Przeglądzie  (w  lipcu  1H68),  mówiliśmy  o  uith  to,  co  dziś 
jeezcze  przekonaniu  iiaBneniu  zupełnie  i  Dajścidlej  ndpowiadfi. 
Dlatego  nie  waliamy  sig  powtórzyć  tu  całycli  ustciiów  z  rze- 
czonego artykułu,  tern  bardziej,  że  w  swoim  czasie  liardzo 
mało  a  dziś  wcale  nieznany,  będzie  on  prawie  nowym,  a 
dziś  niemniej  moie  jak  wtedy  poti-zebnym  i  usprawiedli- 
wionym. 

„  Wiadomości  nie  byty  dziennikiem  w  śeislem  słowa 
znaczeniu;  nie  były  nim  nie  dlatego  tylko,  że  nie  co  dnia 
lecz  raz  na  tydzień  wychodziły,  ale  więcej  dlatego,  że  zało- 
żeniem i  treścią  swoją  rńiniły  się  wielce  od  tego,  co  zazwy- 
czaj rozumiemy  pr^ez  dziennik.  Wydawane  w  samem  cen- 
trum współczesnej  polityki  i  historyi,  nie  trudnią  się  prze- 
cież wcale  bie^cą  polityką;  o  wypadkach  nawet  wainych 
nie  wspominają  ani  słowem,  jeżeli  te  wypadki  nie  mają 
wpływu  na  sprawę  polską;  o  wypadkacli  potocznych,  codzien- 
nych, nie  mówią  wcale.  Stoją  one  w  wielkim  prądzie  euro- 
pejskiego życia  i  znać  to  na  każdej  ich  karcie;  ale  na  to 
co  się  wokoło  nich  dzieje,  patrzą  o  tyle  tylko,  o  ile  spodzie- 
I  wają  się  ztąd  lub  obawiają,  dobrego  lub  złego  wpływu  na 
polskę  lub  jej  losy.  Ale  w  Polsce  zato  nie  trafi  się  ani  jedno 


Nienieeiiiicza,  później  zbiorowe  wydanie  Mickiewicza  1861 
itd.  Przedtem  jeszcze,  bo  w  styczniu  rolni  1857,  wydał 
Kalinka  w  Dodatku  do  Ca^asu,  pod  pseudonymeni  Broni- 
sława Kamieńskiego,  artykuł  historyczny  p.  t.  Negocijanje 
ze  S^wecy%  o  pokój  1651 — 1653.  Prsi/<:zynek  do  hisidryi 
Wojen  Siwedikinh.  Rozprawa  ta,  ciągnąca  się  przez  trzy 
zeszyty,  opowiada  dzieje  kongresu  w  T^ubece,  czyli  starania 
królowej  Krystyny  o  przymierze  z  Rzpitą,  udaremnione 
nieszczcaną  ze  etrony  polskiej  niezręcznością,  i  niechęcią 
króla  zrzeczeniu  eię  pretensyi  do  korony  szwedzkiej.  Pi- 
sany na  podstawie  i^ękopisów  Biblioteki  cesarskiej  w  Pa- 
ryżu i  wypisów  przywiezionych  przed  laty  z  Hagi ,  przez 
historyków  bardzo  ceniony,  jest  ten  artykuł  pierwszą  ściśle 
lii  story  czną  pracą  księdza  Kalinki. 


1 

oici  o  niem    ^H 


choćby  obojętne  napozór  zdarzenie,  żeby  Wtadomodei 
nie  wiedziały,  żeby  go  nte  oceniły  w  odnieHieniu  do  sprawy 
nasz-ej,  żeby  nie  Budziły  jego  poiytków  lub  nie  jirzewidzialy 
złych  naiitępstw;  nie  zdarzy  się  ani  jedna  krzywda,  ani  jedno 
prześladowanie  o  któieby  się  one  nie  upomniały,  aui  jeden 
obowiązek  któregoby  nie  wskazały,  ani  jedna  dobra  uposob- 
DOŚĆ  o  którejby  nie  przeslrz-egly,  Jeieli  się  stanie  jakiei 
małe  zboczenie  7.  drogi  obowiązku,  Jakaś  płochość,  jakaS  ■ 
lekkomyślność,   Wiadomoici   zarax   przywołują  do  porządka; 

—  jeżeli  w  dziennikarstwie,  w  literaturze,  w  życiu  społecz- 
nem  lub  nbyrznjnwem,  objawi  się  jaki  kierunek  fałszywy  i 
niebezpieczny,  WiadomoSei  upominają  zaraz  i  grożą  skał- 
kami, które  bystro  przewidzieć  umieji^;  —a  kiedy  im  przyj- 
dzie spotkać  się  z  jakiem  piibliczncm  zgorszeniem,  z  grze- 
chem obrażająeem  polskie  sumienie,  z  działaniem  zgnbnem 
dla  tego  odrodzenia  narodu,  dla  którego  pracują  same  i  in- 
nych do  pracy  chcą  zaaglić,  wtedy  karcą  i  chloszczą  tak, 
ie  napiętnowany  przez  nie  kierunek  lub  człowiek,  obronić  się 
nie  może,  a  podnieść  chyba  tylko  odmianą  i  poprawą. 

„I  tak  przez  lat  cztery  były  Wiadomości  jakżeby  straż- 
nicą polskich  interesów  i  wewnętrznego  życia  Polski ;  z  my- 
ślą wiernie  w  przyszłość  zwróconą,  wlepiły  wzrok  w  teraź- 
niejszość, i  przypatrując  się  jej  pilnie,  bacznie,  niezmordo- 
wanie, przykładały  do  tej  teraźniejszości  miarę  tej  przyszłości 
i  nasze  uczynki  sądziły  podług  tego,  czy  one  dla  przyszłości, 
narodu  były  zle  lub  dobre,  czy  ją  budowały  łub  podkopy- 
wały. Nie  na  jedną  zaś  część  Polski,  ani  na  dwie  zwrócona 
była  uwaga  Wiadomości ,  ale  na  całą  dawną  przestrzeń 
Rzpltej;  o  częściach  mówią  one  dla  całego  narodu  i  z  myślą 
o  całości;  wydają  się  jak  majtek  na  najwyższym  maszcie, 
obejmujący  cały  widnokrąg  morza  dookoła  i  wyglądający  na 
wszystkie  strony,  zkąd  idzie  chmura,  zkąd  bnrza,  zkąd  się 
snnie  podejrzany  korsarz  lub  nieprzyjacielska  flaga  powiewa 

—  wreszcie  zkąd  zerwie  się  ten  wiatr  i  ten  prąd ,  który 
okręt  do  portu  zapędzi. —^  Nie  gazeta  to  więc,  ale  racaej 
wszechstronny  i  zupełny  obraz  życia  Polski  przez  ciąg  waż- 


nych  bai-dzo  lat  czterech ,  obraz  wiei'ny,  i  godzien ,  żeby  na 
niego  popatrzeć. 

„Zaczęły  Wiadomości  wychodzić  w  roku  1857,  w  rok 
po  pokoju  parj-skim;  w  krótki  czas  po  wojnie  wchodniej  i 
po  śmierci  cesarza  Mikołaja,  a  w  chwili,  kiedy  potęga  Fran- 
cyi  jaśniała  najświetniejszym  blaskiem,  kiedy  pod  niesłycha- 
nym w  owej  chwili  urokiem  polityki  Napoleona  III  ludy  i 
rządy  domyślały  się  czegoś  więcej  jak  uroku,  bo  stateczności 
niezłomnej,  zamiarów  oparlych  n.i  zasadzie,  śmiałości  czer- 
panej w  wielkich  i  szlachetnych  zamysłach,  i  prawdy.  Czul 
wtedy  każdy  człowiek  i  każdy  naród,  jak  i  dziś  cznje,  że 
Europa  przyśpieszonym  ruchem  pędzi  kii  przeobrażeniu;  fyłko 
wówczas  każdy  sądził,  że  przeobrażenie  to  odbędzie  się  ra- 
mieniem Franeyi,  tej  Francyi  chrześciańskiej ,  cywilizowanej 
i  cywilizacyjnej,  pod  kierunkiem  człowieka  rozumiejącego 
potrzeby  wiekn,  a  wiedzącego,  że  świat  wtedy  tylko  dojdzie 
do  porządku  i  pokoju,  kiedy  nie  siła  przed  prawem,  lecz 
prawo  będzie  przed  silą.  Tak  pojmowano  w  Europie  Napo- 
leona III:  dlatego  obawiało  się  go  niejedno  mocarstwo  w  En- 
ropie,  dlatego  niejeden  naród  czekał  od  niego  hasła  i  spo- 
sołmości,  jeśli  nie  mocy  do  oswobodzenia; —  a  dziś  jeszcze 
nie  mo^,na  zaprzeczyć,  i,e  trafnym  był  ten  instynkt,  który 
przeczuwając  konieczność  zmiany  międzynarodowych  stosun- 
ków w  Europie,  pragnął,  żeby  ta  zmiana  dokonała  się  pod 
natchaieniem  i  kierunkiem  Franeyi,  a  wyglądał  jej  od  mo- 
narchy, który  nie  mająo  nic  wspólnego  z  dawnym  porząd- 
kiem rzeczy,  do  nowego  musiał  zmierzać,  żeby  na  nim  oprzeó 
panowanie  swoje  i  swoich  następców. 

„Cóż  w  takich  stosunkach  miała  robić  Polska,  której  na 
przetworzeniu  karty  Europy  zależało  i  zależy  najwięcej?  jak 
się  miała  zachować?  czy  stan  jej  wewnętrzny  uprawniał  ją 
do  nadziei,  że  w  danym  razie  potrafi  wpłynąć  korzystnie  na 
swoje  losy?  a  jeżeli  nie,  to  jaką  drogą,  jakiemi  sposoby  dojść 
może  do  tego  stanu,  który  pozwala  narodom  objawić  swoją 
wolę  i  prze  prowadzić  ją?  pytania  te  nasuwały  się  same  nmy- 
Błom  myślącym  i  patryotyeznym,  i  oneto  daty  początek  wy- 


ilawnictwu  o  którem  mówimy.  Znać  Polskę  i  dać  jej  posna6 
siebie  samą^  aieby  mogła  doktadaie  obliczyć  swoje  duchowe 
i  materj'aine  eily,  aby  się  przekonała  wiele  i  czego  jej  nie 
dostuje  do  warunków  odrodzenia,  to  byl  środek  —  upominad 
ją  o  poprawę  i  postęp,  to  byl  cel  pisma.  W  kraju  przedsię- 
wzięcie takie  udać  się  nie  mogło,  uietylko  ze  względów  cen- 
zurowych i  policyjnych,  ale  i  dlatego,  chociażby  tamte  nie 
były  istniały,  że  pismo  krajowe  wychodząc  w  jednej  części 
Polski,  nie  może  tak  dobrze  i  w  każdej  chwili  objąć  całości 
—  patrzy  przeilewszystkiem  na  stosunki  i  potrzeby  tej  pro- 
wincyi  w  której  wychodzi,  nie  może  zarówno  strtedz  inte- 
resów wszystkich.  Pismo  emigracyjne  jest  pod  tym  wzglę- 
dem w  położeniu  daleko  korzystniejszem ;  nie  należąc  do 
żadnej  wyłącznie  prowincyi,  łatwiej  może  zachować  równo- 
wagę pomiędzy  wszystkiemi  i  miejscowe  ich  sprawy  odno- 
sić zawsze  do  szerokiej  sprawy  ogółu;  jakkolwiek  odda- 
lone od  kraju,  może  ono  przecież  swobodniej  się  znosić 
z  każdą  jego  częścią,  uiż  części  te  pomiędzy  sobą;  stoją 
zai  w  samym  środku  europejskiego  życia,  musi  korzystać 
wiele  z  tego  potężnego  mcliu  umysłowego,  literackiego  i  po- 
litycznego, jwśród  którego  żyje,  a  o  kaidorazowym  stosunku 
sprawy  polskiej  do  ogólnej  europejskiej  polityki,  sądzić  może 
trafniej  i  %  większą  znajomością  rzeczy,  jak  organa  opinii 
krajowej.  To  też  w  chwili,  kiedy  zdawało  się,  że  wszystkie 
wielkie  bezprawia  tego  świata  wejdą  prędzej  lub  później 
w  bezpośrednią  styczność  z  tą  polityką,  pismo  takie,  obej- 
mujące ogól  ziem  polskich,  wytykające  słabe  strony  każdej 
7,  nich,  i  obliczające  jak  każda  o  B|)rawie  ogóhiej  pamięla  i 
o  ile  ją  naprzód  posuwa,  mogło  zdawać  się  potężnym  i  sku- 
tecznym środkiem  działania,  a  zatem  pracą  obowiązkową. 

„Podjęło  ją  to  grono  ludzi,  ktróre  wyszedłszy  na  ttila- 
«two  po  roku  1831,  w  miarę  sił  ubywających  nowemi  zasi- 
lane, zawiedzione  sto  razy  w  nadziejach,  pojone  sto  razy  go- 
ryczą, wśród  Kawodów  i  porażek,  wśród  szyderstw  i  potwarzy, 
nigdy  na  chwilę  nie  ustało  w  pracy,  ale  przez  lat  trzydzieści 
bez  wytchnienia  pracowało  ile  mogło,  „szukając  nieprzyjaciół 


nieprzyjacielowi  awemn"  —  szukając  ich  w  królewskicb  pa- 
łacach i  w  chacie  półdzikiego  Bułgara,  w  żołnierskich  szere- 
gach i  w  wielkich  dziennikach  francnskich  tub  angielskich, 
w  klasztornych  celach  i  w  parlamentach,  nad  Bosforem  i  nad 
Sundem,  wszędzie,  ^zie  ich  się  domyślać  kazał  ich  interes 
lub  zacne  uczucie. 

„Nie  możemy  zapuszczać  się  w  obszerne  i  szczegółowe 
sprawozdanie.  Cztery  tomy  rozpraw  najrozmaitszej  treści,  a 
po  większej  części  krótkich,  wymykają  się,  jak  kaidy  łatwo 
pojmie,  z  pod  azezegótowego  rozbioru ;  iść  za  redakcyą  krok 
w  krok  i  każde  jej  alowo  z  osobna  ważyć  i  sądzić,  moinaby 
jedynie  w  czterech  Łomach  równej  niemal  objętości;  komen- 
tarza takiego  niktby  nie  chciał  czytać,  skoro  za  tensam  czas 
mógłby  z  prawdziwym  pożytkiem  i  przyjemnością  obeznat^ 
się  z  dziełem  samem.  Musimy  zatem  mówić  o  Wiadomościach 
ogólnie,  dzieląc  co  najwięcej  traktowane  w  nich  przedmioty 
na  pewne  kategorye  i  pomijając  {z  żalem)  wiele  pięknych 
i  doskonałych  prac,  ogólny  mieć  tylko  na  uwadze  kierunek. 

„Rzeczą  jest  znaną  i  uznaną  powszechnie,  że  pismo  pe- 
ryodyczne,  choć  z  natury  swojej  najdalsze  od  tych  utworów 
Indzklego  ducha,  które  zowiemy  dziełami  sztoki,  może  prze- 
cież i  powinno  mieć  swoją  harmonię,  swoją  organiczną,  i 
jeżeli  wolno  powiedzieć,  artystyczną  całość.  Im  więcej  tej 
bamionii,  tern  lepszem  będzie  pismo.  Nie  polega  ona  oczy- 
wiście w  zewnętrznych  zaletach ,  ani  nawet  w  wewnętrznej 
budowie  i  dobrej  proporcyi  pojedynczych  części  lub  oddzia- 
łów tego  pisma,  ale  w  tern  raczej,  żeby  wszystko  co  pismo 
to  podaje,  z  jednej  płynęło  myśli  i  jednym  duchem  natchnione, 
do  jednego  zmierzało  celu.  Cel  praktyczny,  tendeneya,  jest 
istotą  każdego  dziennika  i  racyą  jego  bytn;  wszysiko,  eo 
z  niego  wychodzi  i  przez  niego  się  rozchodzi,  powinno  słu- 
żyć jednej  zasadzie,  dążyć  w  tynisamym  kierunku,  krzewić 
tesame  przekonania.  Jak  w  wojnie  żołnierz  pieszy  i  ułan, 
artylerzysta  i  inżynier,  każdy  inną  bronią  za  lęsamą  wałczy 
sprawę  i  jak  jeden  drugiego  wspiera,  tak  w  piśmie,  którego 
idakcya  nie  jest  przypadkowym   zbiorem   Inźnjeh   indywi- 


^nów,  ale  gronem  Indzi  przejętych  jedną  my6Ią,  połączonych 
jedną  miłością  i  jedną  zaB&dą,  artyknłr  polityczne,  literackie, 
obyczajowe,  ekonomiczne,  choć  różne  przedmiotem,  zukresem 
i  sjKiBohem  dzi^ania,  działać  przecież  będą  razem  i  każdy 
pozna  po  nieb,  że  z  jednego  stanonigka  pisane,  na  jeden  i 
tensam  obrachowane  eą  skutek ,  że  sobie  wzajemnie  poma- 
cają, a  wszystkie  razem  jedną  popierają  dążność  i  zasadę. 
„Takiej  harmonii,  takiej  zgodności  i  jednolitości  iny&li, 
przy  wielkiej  rozmaitości  przedmiotów,  są  Wiadomości  naj- 
świetniejszym jaki  znaray  przykładem  w  dziennikarstwie, 
nietylko  polakiem,  ale  enropejskieni.  Zaleta  to  dla  publicy- 
stów jwlskiełt  (mówimy  o  znakomitycli)  łatwiejsza  do  osiąg- 
nięcia, niżeli  illa  innych:  bo  im  cel  większy,  a  im  dalszy 
także,  im  większe  potrzeby,  a  im  zadośćuczynienie  trudniej- 
sze, im  gwałtowniejsze  zte  a  im  rzadsze  i  słabsze  stwsołty 
ratunku,  tern  teudencya  owa  występować  musi  energiczniej, 
tem  częściej.  lem  natjirczywiej.  Dzienniki  zagraniczne  niogą 
czasem  wypocząć  w  otn-onie  i  dać  spocząć  czytelnikom;  a 
nas  jest  pericnlum  in  mora,  u  nas  czego  się  dziś  nie  obroni, 
z  tem  fntro  trzeba  pożegnać  się  nazawsze;  a  do  tego  nie  o 
tryumf  stronnictw  i  doktryn  u  nas  idzie ,  ale  o  esystencyę, 
o  przyszłość,  o  życie.  W  takich  stosunkach  to  zbliżenie  i  ta 
solidarność  u  piszących,  ta  jednolitość  i  zgodność  w  ich  pracach 
staje  się  pod  naciskiem  okoliczności  łatwiejszą,  niżby  była 
w  szczęśliwsżem  i>ołożeniu.  Nie  dziwujemy  jej  się  też  wcale, 
ale  tylko  konstatujemy,  że  w  całych  tych  czterech  tomach 
niema  jednego,  choćby  najdrobniejszego  artykułu,  któryby 
się  wyłamywał  z  pod  tej  ogólnej  harmonii,  ktdryby  w  swoim 
zakresie  nie  slnżyl  do  tegosamego  celu,  któryby  nie  był  na- 
tchniony tąsanią  patryotyczną  myślą;  a  czy  oddają  cześ<S 
rzeszowskiemu  włościaninowi  Maciągowi  i  jego  szlachetnym 
zapisom  dla  młodzieży,  czy  piętnują  ofiarę  hr.  Tyszkiewicza 
dla  cara,  czy  mówią  o  zabawach  czy  o  korespoudeneyach 
dzienników,  o  stosunkach  kościelnych  czy  ekonomicznych,  o 
ulotnych  pisemkach  czy  o  najpoważniejszych  dziełach,  zawsze 
do  wszystkiego  i  wszystkich  przykładają   Wiadomości  jedne 


[  tęsamą  miarę  uiiytecznośei  dla  sprawy,  a  to  jedno  mając 
criterivm,  podług  i]ieg:o  bezstronnie,  sine  acceptione  perso- 
narum,  ehwiilą,  ganią  i  sądzą,  i  tego  criterium  trzymają  się 
wiernie  przez  lat  eztery,  nie  zbaczając  od  niego  aui  na 
«Iiwilę,  ani  na  jeduc  linię,  tak,  że  istotnie  zdawaćby  się 
mogło  że  wszystko  co  one  zawierają  wyszło  z  jednego 
umysłu,  7.  jednego  serca,  z  pod  jednej  ręki;  i  nie  wahamy 
się  powiedzieć,  że  niema  w  tycli  czterecłi  tomacb  ani  jednego 
artykułu,  choćby  się  w  kilkunastu  wierszach  r-amykał,  któ- 
ryby nie  niial  takiej  patryotycznej  teudencyi  i  takiej  patryo- 
tycznej  wartości. 

„A  teran  wielkiemn  i  rzadkiemu  uczuciu  obowiązku, 
które  nigdy  nie  usypia  i  nie  słabnie,  towarzyszy  równie 
cenna  i  może  równie  rzadka  znajomość  Polski  w  najszerszem 
tego  słowa  znaczeniu,  to  jest,  znajomość  jej  wewnętrznego 
i  zewnętrznego  stanu  i  jej  interesu.  Z  pierwszej  płyną  wszystkie 
rady,  wszystkie  nauki,  upomnienia  i  nagany;  z  drugiej  pew- 
ne axiomata  polityki  polskiej,  litórych  się  Wiadoiności  trzy- 
mają i  które  chcą  wprowadzić  w  świadomość   całego   kraju. 

„Z  rokiem  1859  zmienia  się  stan  rzeczy  w  Polsce,  Owe 
przeczucia  o  polityce  napoleońskiej ,  o  których  mówiliśmy 
wyiej,  znajdują  faktyczne  potwierdzenie  w  wojnie  włoskiej. 
Wojna  o  niepodległość  jednego  narodu,  wojna  dla  idei,  krok 
to  zdawał  się  ogromny  ku  owemu  przeobrażeniu  Europy,  ku 
odrodzeniu  jej  w  duchu  sprawiedliwości.  Musiała  wojna  ta 
znaleść  odgłos  i  w  polskich  sercach,  musiała  wydać  się  zwy- 
cięstwem w  zasadzie  sprawy  polskiej.  Tak  też  pojmują  ją 
Wiadomoici,  „Placem  boju"  mówią  one  w  prześlicznym  ar- 
tykule o  Wojnie  Włoskiej,  Jakkolwiek  ciasne  granice  chciano 
„i  nmianolty  tej  wojnie  nadawać,  placem  boju  będisie  zawsze 
„wielki  świat  cbrześciański,  i  jeśli  nie  o  ziemię,  to  o  duszę 
„Polaki  zawsze  ta  wojna  potrąci.  Bo  duszą  Polski  jest  spra- 
„wiedliwość  i  prawo;  gdziekolwiek  one  stają  do  boju,  duch 
„Polski  jest  7.  nimi,  i  o  nas  choó  bez  nas  głosi  wszelka 
„myśl  szlachetna,  wszelkie  słowo  twórcze,  w  paktach  Europy 
„objawione," 


fi 


G4 


„Ale  obok  tych  korzyści  jest  i  niebezpieczeństwo.  Postęp 
tak  zoakomity,  może  umysłom  lekkim  a  gorącym  wydać  się 
zwycięstwem  samem;   gotowe  one  wziąć   kwiat  za  dojrzały 
b  owoc  i  sięgnąć  poń  ręką  nierozważną  i  pośpieszną,  i  zerwać 

przed  czasem  to,  co  jest  dopiero  nadzieją,  zawiązkiem  owocu. 
Fakta  dowiodły,  że  niebezpieczeństwo  to  urojonem  nie  było, 
a  wpływ  wojny  włoskiej  na  spieszny  rozwój  wypadków 
w  Królestwie  Polskiem  był  niezaprzeczony  i  każdemu  z  nas 
znany  z  doświadczenia.  Przed  tem  więc  niebezpieczeństwem, 
przed  tem  złudzeniem,  przed  tym  pośpiechem  przestrzegają 
Wiadomości  od  tej  chwili  aż  do  końca  swojego  istnienia, 
który  przypada  na  koniec  roku  1860.  Wojna  z  Rosyą  będzie 
dopiero  koroną  dzieła,  nagrodą  trudu  i  wytrwałości;  rachu- 
nek z  sobą,  trzeźwe  ocenienie  własnych  sił,  przygotowanie 
nie  powstanie,  myśl  o  sile,  nie  o  wojnie,  i  wyrabianie  tej  siły 
cierpliwością,  rozumem,  spokojem^  to  obowiązek  Polski.  „Pa- 
„miętajmy,  że  jeżeli  Piemont  teraz  cały  świat  zajmuje,  to  dla- 
„tego,  że  przez  dziesięć  lat  sobą  się  tylko  zajmował,  kiedy 
„świat  zdawał  się  o  nim  zapominać,  i  że  dopiero  wskutek 
„pielęgnowanej  wewnątrz  siły  przyszła  mu  pomoc  z  zewnątrz." 
W  tym  duchu  przemawiają  Wiadomości  stale  i  niezmiennie, 
a  tem  silniej,  tem  wymowniej,  im  groźniejszem  stawało  się 
położenie,  które  zrazu  przewidywane  tylko  nie  wymagało  nic 
prócz  przestrogi,  a  które  później  wyraźne  i  rzeczywiste,  po- 
trzebować zaczęło  gróźb,  próśb,  zaklęć,  dowodów,  łez  i  gro- 
mów. Coraz  widoczniej  bowiem  rozchodzić  się  zaczęło  dzia- 
łanie Pdaków  w  dwa  przeciwne  kierunki.  Jedni,  licząc  się 
ściśle  i  trzeźwo  z  siłami,  radzili  czekać,  czekać  choćby  naj- 
dłużej, ażby  Polska  wzmogła  się  w  sobie,  a  Rosya  w  skutku 
sprawy  wschodniej  (lub  innej)  stanąć  musiała  do  boju  z  całą 
Europą;  —  drudzy,  którzy  rączy  do  czynu  a  pochopni  do 
władzy,  wmawiali  w  siebie,  że  z  dwudziestomiliouowego  ludu 
łatwo  wyciągną  milionową  armię,  i  upojeni  odurzającem  farcb 
da  86,  które  u  Włochów  nawet  było  tylko  przechwałką  nie 
godną  wielkiego  narodu,  przez  konspiracye  i  organizacye 
doprowadzili  prosto  do   roku   1863   i  jego   skutków.   Pierw- 


sego  kierunku  uikt  w  całej  Polsce  nie  broni!  dKielniej   ani 
Tłdważniej,  jak   Wiadomości. 

„Wierzą  one,  że  odrodzenie  Polski  prayjśii  moie  tylko 
przez  wpływ  i  ponioe  cywilizowanej  Europy,  na  jej  równie 
jak  na  naszą  korzyść;  ałe  widzą  i  uczą  zarazem,  że  atau  się 
ono  musi  nie  przez  zewnęti^zne  tylko  działania,  ale  przez  na- 
Bzą  własną  pracę.  Wlasnenii  silami  żaden  naród  podbity  uie 
Btoezy  nigdy  pomyślnej  wojny  z  nieprzyjacielem,  mającym  na 
rozkazy  wszystkie  środki  uorganizowanego  państwa ;  ale  żaden 
też  nie  dźwignie  się  bez  użycia  sil  wlasnyeli,  a  użyć  ich  może 
wtedy  dopiero,  jeżeli  je  naprzód  pomnoży  i  dobrze  wyćwiczy. 
Z  tego  stanowiska  wychodząc,  w  interesie  zmartwychwstania 
Polski,  uie  przypuszczają  Wiadomości  powstań;  bo  wiedzą, 
że  gdzie  niema  armii  ani  skarbu,  tam  wojny  zwycięskiej  być 
nie  może ;  wiedza ,  że  koospiracye  i  organizacye  dostar- 
czają wielu  wprawdzie  jenerałów,  ale  nic  dostarczają  ani 
jednego  żołnierza,  i  że  rewolucyjna  propaganda  może  wy- 
wołać rozmaite  ruchy,  ale  nie  ruchy  powstańcze  i  narodowe. 
Walczą  więc  z  teoryą  własnych  sił  naprzód,  a  nastęjmic; 
z  konspiracyą.  ■Ziazti  walka  ta  jest  zaledwie  przestrogą  przed 
złem  nieprawdopodobnem,  a  w  najgorszym  razie  dalekiem; 
zaczynają  artykuł  z  roku  1857  pod  napisem:  „Nasze  zada- 
nia i  uchybienia";  ale  niebawem  zle  się  przybliża,  niebez- 
pieczeństwo przybiera  kształty  wyraźniejsze  i  rzeczywiatsze 
rok  IHb^  i  wojna  włoska  jak  z  jednej  strony  działa  dobro- 
czynnie Ul  niród  i  posielni  na  spnwę  tak  z  drugiej  |irzy- 
nosi  niel  e?!  lecznc  zlul/en  a  i  zgub  e  ubilowania.  l'omiędzy 
krajem  a  z igrinica  zaczynają  się  coia/  częstsze  stosunki, 
przejazh  polrozt,  i  tak  znaiL.  nissje  z  różnych  emigra- 
cyjnych uftcyn  włcholzi  i  miiczkieni  lozchodzą  się  po  kraju 
różne  peryodyczne  i  uieperyodyczne  pisemka,  pełne  odezw, 
obietnic,  nadziei  i  planów;  młodzież  tak  zwana  gorąca,  coraz 
gęściej  pielgrzymuje  do  Paryża  i  Londynu,  coraz  nabożniej 
słucha  apostołów  ruchu,  proroków  polskiego  farA  da  se; 
symptomy  coraz  częstsze  i  coraz  groźniejsze;  zachcianki  po- 
wstania, a  raczej  prowadzenia  tego  powstania,  coraz  widocz- 


iiiejsze.  Więc  miałaiby  Polska  w  chwili  właśnie,  gdy  atai 
Eurojiy  coraz  bardziej  zbliża  się  do  wielkiej  katastrofy,  w  któ 
rej  ona  odegrać  nioie  tak  wielką  i  stanowczą  rolę,  w  ebwili, 
kiedy  coraz  bliżej  do  wielkiej  wojny  europejskiej,  i  do  zba^ 
wienia,  —  powstaniem  nieprzygotowanem,  głąbem,  tlluzyjnen] 
Hama  cofnąć  i  popsnć  swoją  sprawę?  miałażby  nie  nauczona 
(loświadezeniem  z  roku  1831,  1846  i  1848  nie  wiedzieć,  żt 
chwilę  swoją  upatrywać  powinna,  i  zrzec  się  dobrowolnie 
tych  warnuków  zwycięstwa,  które  jej  owa  chwila,  niedaleka, 
z  pewnością  przyniesie?  mialażby  narazić  się  na  to,  że  kied; 
z  czasem  owa  chwila  nadejdzie,  otia  z  niej  skorzystać  nit 
'/.dola?  Mieliżby  jcj  synowie  Jesneze  nie  wiedzieć,  że  nie  go 
dzi  się  Polski  na  niepewne  narażać,  i  że  każde  powstanie 
nieudane,  Jest  nowym  szczeblem  nie  z  grobu,  ale  do  grobu 
że  ducha  nie  budid,  ale  itabija;  że  siły  marnuje,  nie  pomno' 
?,a?  Widząc  sprawę  na  takiej  pochyłości,  rzucają  się  Wia 
domoici  do  ratunku.  Jakiej  tylko  broni  nżyć  może  pisarz 
taka  tam  jest  użytą,  ażeby  bałamucących  i  obałamnconycl 
zmusić  do  czekania.  Rozumowanie  i  nczacie,  zapał  i  arga 
mentacya,  prośba  i  dowcip,  przykłady  obcych  i  własne  do- 
świadczenie, ironia  i  zaklęcie,  miłość  i  zgroza,  wszystko  tan 
mówi:  „czekać,"  a  mówi  tak  wymownie,  tak  serdecznie,  tab 
rzewnie,  tak  strasznie,  że  dziś  jeszcze,  zwłaszcza  dziś,  sercf 
się  krwawi  czytając. 

„Jako  ważny  objaw  ^yciaiducba  publicznego  w  kraju 
zajmuje  dziennikarstwo  polskie  obszerne  miejsce  w  Wia 
domościach.  Stanowisko  Jego,  pośrednie  niejako  pomięds} 
polityką  czynną  a  literaturą,  działanie  jego  nieustanne  po 
tlobne  do  działania  kropli  wody  na  kamień,  nadaje  mu  w  ka2 
dym  razie  wielkie  znaczenie  i  wpływ,  wedle  ducha  w  jakim 
działa,  dobry  lub  szkodliwy.  Tak  jak  dziennikarstwo  sn 
mienne,  rozumne  i  patryotyczne,  może  w  rozmaitych  kieruii' 
kach  służyć  sprawie  publicznej;  jak  się  mote  przyczynić  dc 
wyrobienia  i  rozszerzenia  zasad  prawdziwej  polityki  narodo 
wej;  Jak  może  utrzymywać,  krzepić  i  krzewić  zdrową  opinię 
jak  może  swoim  sposobem  naprawiać  uiejedno  złe  społecziu 


lub  niejedne  towarzyskie  Darowy  i  przywary;  jak  i 
pośrednio  wprawdzie  ale  nie  bezskutecznie,  popierać  mote 
rozwój  dobrego  sadu  i  dobrego  smaku  w  raeozacL  literatury 
lub  sztuki;  tak  znowu  dziennikarstwo  lekkomyślne  i  płoche, 
albo  pooblebiąiące ,  albo  spekulacyjne,  albo  zawistne,  może 
wykrzywić  pojęcia  polityczne,  bałamucić  opinię,  tumanić  su- 
mienia, literaturę  fałszywym  sądem  prowadzić  na  fałszywa 
drogi,  słowem,  przynosić  narodowi  nieobliczone  i  wielorakie 
szkody.  Daje  też  pismo  emigracyjne  pilną  baczność  na  kra- 
jowych BwoicL  kolegów,  a  ilekroć  zdarzy  się  któremu  zbo- 
czyć w  jakimkolwiek  kierunku,  przeoczyć  jaki  obowiązek, 
poUażać  lub  sprzyjać  jakimkolwiek  złym  nałogom  publicz- 
ności, natychmiast,  w  imię  dobra  publicznego,  przywołanym 
zostaje  do  porządku.  Niema  w  tem  żadnej  polemiki,  a  zby- 
tecznie byłoby  mówić,  że  niema  współzawodnictwa  z  dzien- 
nikami; są  tylko  sprawozdania,  a  gdzie  potrzeba  krytyka 
ich  kiemaku,  przy  zupełnem  i  sprawiedliwem  uwzglęitnienin 
tych  trudności,  z  któremi  łamać  się  muszą  pisma  wyciiodzące 
pod  surową  i  nieprzyjazną  cenaurą. 

„Jeżeli  w  polityce  jeden  głównie  zarzut,  w  owym  czasie 
słuszny,  robią  Wiadomo^  dziennikom  krajowym,  zarzut 
nieoględności,  łatwowierności  względem  Rosyi,  a  niewytlóma- 
czouej  i  nieroztropnej  jakiejś  niechęci  do  Zachodu,  z  którym 
związek,  jak  zawsze,  jest  warunkiem  utrzymania  eywilizacyi 
i  tradyeyi  narodowej,  tak  w  przyszłości  musi  być  warunkiem 
i  środkiem  narodowego  odrodzenia;  to  pod  względem  lite- 
rackim, artystycznym,  obyczajowym,  zarzuty  są  o  wiele  licz- 
niejsze. Spadają  one  na  tych  korespondentów  zagrauicznycłi, 
którzy  albo  bawią  publiczność  polską  brukowemi  plotkami, 
albo  wyrokują  dogmatycznie  o  wielkiej  polityce,  którą  znają 
z  kawiarni;  —  na  korespondentów  krajowych,  którzy  zamiast 
<j  moralnym,  umysłowym,  materyalnym  stanie  swojego  po- 
wiatu, zamiast  o  przebiegu  sprawy  włościańskiej,  zamiast  o 
zasługach  lub  usterkach  obywatelstwa,  donoszą  o  balach  i 
kuligacb;  — ■  na  redakcye  wreszcie  (głównie  ua  redakcye 
dzienników  warszawskich),  że  schlebiają  panującemu  wówczas 


delirium  artigticum  i  same  szczepią  i  ro/,no8Zą  tę  iiiebez 
piecKtią  chorobę.  Na  kieriiuek  tak  fałszywy  obiirzii  się  w  Wia 
liomoiciach  i  polskie  i  artystyczne  uczucie,  i  instynkt  sztiik 
i  instynkt  obowiązku.  „Z  tym  fałszywym  kierunkiem,  niby 
a  naprawdę  antiartyatycznym,  z  tą  krytyką  równie  nieumie 
jętną  jak  pozbawioną  najczęściej  nawet  zdrowego  w  rzeczacl 
sztuki  instynktu,  prowadzą  Wiadomości  systematyczną  kampa 
nię,  w  której  liczne  podjazdowe  ntarczki  grupują  6ię  natnralnii 
około  walnej  i  stanowczej  akcyi,  którą  jest  najwięcej  możi 
znany  i  rozpowszecboiony  artykuł  o  „Sztuce  Polskiej."  ') 

„Krytyka  literacka  Wiadomości  jeai  tego  rodzaju,  ż( 
z  żyjących  naszycb  pisarzy-krytyków,  dwóch  tylko,  p,  Lneyai 
Siemieuski  i  p.  Małecki,  stauąó  może  śmiało  obok  krytykóv 
paryskiego  pisma.  Przyzna  nam  to  kaidy,  kto  przeczyta  roz 
biór  Krewnych  Korzeniowskiego,  Metamorfoz  p.  Kraezew 
skiego  lub  Gladiatorów  Lenartowicza.  Co  tam  za  głęboki 
znajomość  zadań  i  warnnków  powieści  lub  poezyi;  co  za  de 
likatne  ocenienie  natury  i  właściwości  kaidego  z  pisarzy;  ot 
za  uznaniu  zalet  każdego  utworu  obok  zawsze  słusznych 
nigdy  uprzedzonych  zarzutów!  Ze  stanowiska  czysto-literac 
kiego,  jestto  krytyka  poważna,  wysoka  i  uczona;  ale  że  tak 
jak  poe?.ya  i  literatura  w  ogóle  nie  same  tylko  estetyczni 
ma  w  Polsce  zadania,  tak  krytyku  nie  same  tylko  arty 
styczne  wymagania  stawiać  może  i  powinna,  więc  ten  jeszczi 
wzgląd  ważny  podnieść  nam  wypada,  ie  krytyka  Wiado 
mości  umić  spełniać  zarówno  estetyczne  jak  i  patryotyczm 
swoje  obowiązki,  że  ani  jednych,  ani  drugich  z  oka  nie  spnsz 
cza,  że  jednym  jak  drugim  odpowiada  w  zupełności,  i  i.i 
cokolwiek  sądzi,  sądzi  zawsze  z  artystycznego  lub  nauko 
wego,  z  obywatelskiego  i  polskiego  stanowiska." 


^J  Niespodziewany  i  wielki  postęp,  jaki  od  tego  czjtsu  nasta 
u  nas  w  Sztuce,  zaprzecza  tylko  przewidywaniom  autor 
pomionionego  artykułu,  ale  nie  znosi  prawdy  w  jego  poję 
ciach  czy  o  sztuce  jako  takiej,  czy  o  jej  stosunku  do  in 
nych  kierunków  życia:  ani  świetności  artykułu  samego. 


w  streszczanie,  a  choćby  tylko  wymienienie  celniej- 
szycli  artykniów,  wdawać  się  tu  Die  możemy ;  w  przypiskach 
podamy  spis  artykułów  przez  Kalinkę  spisanyc}),  tak  jak  on 
sam  w  jednym  exemp]arzn  Roczników  Polskich  oznaczył. 
Nie  da  się  to  wszakże  zrobić  z  dokładnością  zupełną ,  bo 
artykuły  WiadomoSci  nie  były  podplsywnoe,  a  po  latach  wielu 
pamięć  najwierniejsza  moie  się  w  niejakim  szczególe  pomylić; 
i  sam  świadek  klasyczny  w  tej  sprawie  Kalinka,  nie  mógt  być 
pewnym,  czy  każdy  (drobny  i  mniej  ważny)  artykuł  właści- 
wemu aulorowi  przypisze.  Co  wszakże  pewne,  to,  że  prowa- 
dzenie pisma  spoczywało  w  wielkiej  części  na  Kalince.  On 
nkladał  numera,  on  wskazywał  kwestye  które  powinny  być 
obrobione;  ou  upatrywał  właściwych  do  ka;^dej  kwestyi  lu- 
dzi; ou  każdego  autora  pilnował  żeby  był  gotów  na  czas. 
Wszechstronności  i  żywotności  pisma  peryodycznego  nikt  le- 
piej od  niego  uie  umiał  przestrzegać,  nikt  nie  rozumiał  lepiej 
na  czem  ona  zawisła. 

Co  dziwna,  to  że  on,  później  tak  niezmiernie  czuły  na 
czystość  języka  i  poprawność  stylu,  w  łych  latach  znosił 
jego  potoezność  zbyteczuą,  powszedniość,  prawie  niedbałość, 
które  raziły  wykwintny  zmysł  artystyczny  Klaczki.  Niezwykłą 
swoją  piękność  pod  tym  względem  zawdzięczały  Wiadomości 
temu,  nie  Kalince. 

Z  artykułów  jego  [ńóra  spotykamy  naprzód  w  pierw- 
szym roku  mały,  ładny  i  mądry,  o  Zolach,  Polaków  na  Za- 
chód, bardzo  znaczący  jako  pierwsza  krytyka  polskich  opinij, 
npodobań  i  zwyczajów,  W  emigracyi  wywołał  ou  pewne  zdzi- 
wienie i  wrażenie,  ale  nie  niekorzystne.  Gniewano  się  trochę, 
ale  czytano  i  zastiiuawiann  się  więcej.  Uwaga  była  zwrócona 
na  pismo;  utwierdziła  ją  doskonała,  niebawem  ogłoszona 
druga  praca  Kalinki  Liaty  o  Królestwie.  Po  tych  Listach  na- 
stępuje znowu  Kalinki  mały  artykuł  o  Naszych  zadaniach 
i   uchybieniach   i   dalej   jego    zawsze  Liaty  o  Rusi, 

Rok  pierwszy  wiódł  się  szczęśliwie;  zjednał  pismu  po- 
wagę, a  nawet  pewną  popularność  w  emigracji,  Nie  tyle 
może  skutkiem  artykułów  Kalinki,  ile   skutkiem    świetnych. 


olśniewającyeb  artykulńw  Kluczki,  które  podobały  się  bardjto, 
zwłaszcza  kiedy  uderzały  gwaltowuie,  jak  na  Korzeniow- 
skiego uaprzyklad,  z  powodu  Krewnych.  Ale  ta  wzictość  nie 
trwała  długo;  znikła  ju*  w  drogim  roku.  Ten  drugi  zawiera- 
więcej  artykułów  Kalinki.  Rozpoczyna  go  Rząd  Roayjaki 
(podzielony  na  cztery  rozdziały :  o  Radzie  pańgtwa,  o  władzy 
iniperatorskiej ,  o  powodacli  podniesienia  sprawy  włościań- 
skiej i  o  polityce  zagranicznej),  a  |)rawie  zamyka  drugi :  Po- 
lityka rnsyjaka  w  Polsce,  obejmujący  sprawy  grninne,  pod- 
dai'icze,  kościelne,  i  wreszcie  stosunek  narodu ,  rządu  i  sa- 
mego Alesandra  U  do  Polski.  Między  te  zań  dwa  obszerne 
i  zasadnicze,  historycznego  nawet  znaczenia  i  wagi,  wcliodzi 
liczba  dość  znaczna  artykułów  mniejszycłi  na  rozmiar,  nie 
zawsze  mniej  ważnych.  Ładne  wspomnienie  pośmiertne  Re- 
szyda-Paszy  szlaclietnego  sprzymierzeńca:  Przewodnik  Polski 
w  Paryżu,  który  przyjezdnego  a  ciekawego  clice  uczyć,  że 
powinien  poznać  w  Paryża  nie  to  tylko  co  świetne,  ale  i  to 
co  święte,  żeby  naśladował  jak  do  domu  wróci :  a  więc  różnego 
rodzaju  zakłady  uiifosicrne  francuskie.  I  to  był  ten  pierwszy 
kamień  obrazy,  na  któiym  i)adła  popalarność  Wiadomoici. 
Wiemy  już,  że  redaktorowie  usposobieni  byli  bardzo  religij- 
gijnie,  a  pod  wrażeniem  takiej  przegranej,  jak  pokój  paryski, 
nieledwie  mistycznie.  Kalinka,  coraz  więcej  przywiązany  do 
Kościoła,  wtajemniczony  (przez  Francuzów  takich  jak  ks. 
Lescoeur  i  Horacy  Delaroche)  we  wszystkie  kierunki  i  dzieła 
życia  katolickiego,  zdumiony  i  wzruszony  niemi  do  głębi 
duszy,  napisał  ten  artykuł,  który  dał  hasło  i  początek  do 
wielkiego  krzyku  oburzenia  na  Wiadomości,  jako  na  organ 
niegodziwy  obskurantyzmu  i  jezuityzmu,  dla  ducha  narodowego 
wielce  niebezjiieczny.  Zbawiennem  antidotum  dla  tego  ducha, 
którego  pod  złym  wpływem  nie  godziło  się  zostawiać,  miał 
być  postępowy  Przegląd  Rzeczy  Polskich,  pod  redakcyą  Se- 
weryna El ża newskiego.  A  kiedy  w  rokii  następnym  Klaczko 
ogłosił  Katechizm  Nierycerski,  Wiadomoici  zostały  już  ZU- 
|ieinie  wyklęte  przez  postępową  i  gorącą  opinię. 


Polska  pod  trzema  oheemi  rządami,  która  otwiera  rocz- 
nik trzeci,  iiależy,  zdaniem  naszem,  do  oelDieJBzycłi  piam 
Kalinki,  tak  celaych,  ie  choć  z  jednego  ustępu,  z  zakoń- 
czenia chcemy  czytelnikowi  dać  poznać  ducha  i  rozum 
Wiadomości,  i  tego  artykułu,  który  dziś-jak  wtedy  powi- 
nien być  programem  wszystkich  i  praktycznym  poradnikiem 
każdego. 

„Do  walki  moralnej  i  duchowej,  trzeba  moraloego  wy- 
robienia i  duchowej  siły,  i  oc/.yBzezenia.  Pierwszym  do  niej 
warunkiem  jest  wzmocnienie  w  nas  wiary  religijnej,  która 
jako  Boska,  uzdalnia  do  wszystkiego  eo  wzninsle  i  zacne,  i 
stanowi  nadto  ceclię  i  moe  narodowości  naszej.  Lecz  dżwig- 
nienie  wiary  bez  gorliwego,  przykładnego  i  oświeconego  du- 
chowieństwa, byłoby  nader  trudnera  zadaniem.  Ku  utworze- 
niu takowego,  wszelkie  krajowe  starania  zwrócić  się  powinny. 
Niech  zacniejsze,  zamożniejsze  w  kraju  rodziny  nie  skąpią 
dla  Kościoła  synów  swoicb,  prawdziwe  objawiających  po- 
wołanie, niecił  z  niem  nie  walczą,  gdy  się  takowe  okazuje; 
niech  im  właściwej  nauki  w  kraju  lub  za  granicą  dostar- 
czają. Niech  stan  duchowny  ujrzy  się  otoczony  uszanowaniem, 
ufnością  jakie  go  w  dawnych  czadach  wspierało,  a  to  po- 
parcie stanie  się  zachętą  do  przystępywania  do  tego4  stanu. 
Poznańskie  odznacza  się  światłem,  gorliwem  duchowieństwem, 
które  od  mieszkańców  doznaje  poważania  i  pomocy.  Niechże 
ten  przykład  z  jednej  części  kraju,  i  w  innych  naśladowanie 
znajdzie. 

„Dokładne  i  zdrowe  pojęcie  obowiązków  szlachty  i  wła- 
ścicieli polskich  w  stosunkach  z  ludem,  jest  dla  sprawy  ogól- 
nej naj ważni ejszem  zadaniem.  Innego  one  są  rodzaju  tam, 
gdzie  lud  już  posiada  ziemię  i  z  zależności  dawnych  panów 
zupełnie  wyszedł;  innego  lam,  gdzie  dzieło  nsamowoliiienia 
w  tym  właśnie  czasie  jest  do  przeprowadzenia.  Wszędzie 
jednak  taźsama  myśl  w  postępowaniu  przewodniczyć  powinna, 
że  tylko  w  związkn  z  Indem  wyi^sze  społeczeńskie  klasy 
stanowią  naród,  lub  utworzyć  go  mogą,  i  że  tylko  tam,  jak 
(  widzimy  w  Anglii,    niepodległość    narodowa  i  prawdziwa 


wolność  nstaliły  się,  gdzie  te  wyższe  klasy,  gdzie  szlachta, 
obiony  ludu  i  opielti  nad  nim  nigdy  się  nie  wyrzekły. 

„Jednem  z  niebezpieczeństw  istotnych,  sprawie  ogólnej 
grożących,  jest  zprowincyonalizowanie  rozerwanych  części 
dawnej  całości.  Jeżeli  w  myśli  naszej  zacierać  się  zacznie 
pojęcie  całej  ojczyzny,  jeżeli  ona  przestanie  stawać  nam 
na  oczy  w  wyraźnej  postaci,  a  przeistoczy  się  tylko  we  wspom- 
nienie, w  marzenie  wieszczów,  w  jakiś  cień  poetyczny:  po- 
zostając jeszcze  Polakami,  już  dla  Polski  pracować  przesta- 
niem i  dźwignąć  jej  nie  zdołanjy.  Skłonność  do  patryotyzmu 
prowincyiinalnego,  do  działania  może  użytecznego,  lecz  oder- 
wanego, zajmowanie  się  wylączue  uiiejscowemi  sprawami,  a 
■  ohojętność  na  potrzeby  bratnich  prowincyj,  dają  się  w  tym 
czasie  spostrzegać.  Ta  dążność  upowszechniająca  się,  jest  na- 
stępstwem wyrobionego  przekonania  o  niemożności  podnie- 
aienia  jego  mocy  wewnętrznej  i  znaczenia,  razem  z  ziemią, 
z  mieszkańcami,  ze  wszystkiemi  żywotnemi  i  twórczemi  sila- 
mi. Jeżeli  odstąpienie  od  dawniejszego  kiernnkn,  który  tyle 
nieszczęść  na  kraj  sprowadził,  jest  wielce  pocieszaj ącem,  za- 
pnszczenie  się  w  drugi,  bez  żadnego  oglądania  się  naokół, 
nie  jest  także  bez  niebezpieczeństwa.  Przestawszy  być  rewo- 
lucyouistami,  nie  dobijajmy  się  o  stanowisko,  jakie  Kurland- 
czyki  i  Finlaudczyki  w  państwie  rosyjskiem  zajmują.  Nie 
myślmy  o  rewolucyi,  myślmy  zawsze  o  Polsce. 

„Jednym  ze  skutków  tego  zatopienia  się  w  patryotyzmie 
prowincyonalnym,  jest  błędne  pnjęcie  sprawy  ogólnej,  a  więc 
mylenie  się  we  wskazaniu  najniebezpieczniejszego  z  jej 
nieprzyjaciół.  Kto  utrzymał  silne  i  czyste  sumienie  polskie, 
tego  instynkt  zachowawczy  ostrzega,  że  największe  niebez- 
pieczeństwo zawsze  nam  z  północy  zagraża.  W  narodowej 
politycznej  wierze,  panslawizm  jako  herezyą  na  potępienie 
skazać  należy.  Nie  godzi  się  go  nżywać  nawet  jako  środka 
do  oddalonych  a  niepewnych  celów.  Kto  się  grzechem  po- 
sługuje, prędzej  czy  później  sługą  grzechu  zostaje. 

„Jeżeli  nas  zg^nbily  an:ircliia,  lenistwo,  dworskość,  jeżeli 
póiniej  chorobliwe  rozmarzenie    utrzymało   nas  w  niemocy  i 


wyznio  z  hartn  duszy,  tylko  przeciwne  tym  wadom  przy- 
mioty dźwignąć  naród  mogą.  Serca  nasze  nie  ostygły  jeszcze, 
lecz  w  uczuciach  naszych  naleiy  pewny  lad  i  sfornośii  za- 
prowadzić. Ezuciws/.y  okiem  na  to,  en  się  dzieje  w  Europie, 
widzimy  nie  w  jednym  jej  zakątku  pewną  dojrzałość  poli- 
tyczną, wiodącą  do  zhawiennej  jedności.  Dali  jej  nam  świeży 
przykład  dawni  holdownicy  nasi,  powołani  przen  Europę  do 
objawienia  swych  potrzeb  i  życzeń.  Czyż  Poldjia  nie  byłaby 
zdolna  takiej  cnoty,  na  jaką  się  MuHnny  i  Woloszczyzua 
zdobyły?  Jednakże  żąd;inie  jednomyślności  w  dnisiejszym 
Btanie  narodu,  byłoby  tylko  niepodobnem  do  umęczy wietnie- 
nia  marzeniem.  Do  porozumienia  się  i  zgody  trwalej,  zwykle 
dochodzi  się  po  walce;  zwycięstwo  tej  etronte  zapewnione, 
która  większą  działalność  rozwinie,  silniejszą  organiitacyę 
zaprowadzi,  do  więlcszej  odwagi  i  wytrwałości  zdolną  będzie. 
Do  prowadzenia  tej  wałki,  pozl)ycie  się  lenistwa,  zachowanie 
niepodległości,  żadnemi  podrzędnenii  wpływami  nie  zachwia- 
nej, jest  koniecznym  warunkiem. 

„Pracy  w  żadnym  zawodzie  nie  zaniedbujmy.  Starania 
około  podniesienia  bytu  materyalnego  kraju  i  pojedynczego 
mienia  pochwalajmy,  wspierajmy  i  naśladujmy;  lecz  uważa- 
żając  poszukiwaną  zamożność  nie  jako  cel,  lecz  jako  środek, 
środek  zapewniający  niezależność  osobistą  i  ułatwiający  moż- 
ność łożenia  ofiar.  Zbrójmy  się  w  odwagę  świadczenia  prawdy 
użytecznej  zawsze  i  wszędzie,  a  więc  w  to  rzadkie  u  nas 
męstwo  objanienia  pi^zekonań  przeciwnych  hałaśliwym  i  łatwy 
obieg  zyskującym  wyobrażeniom.  Jeżeli  jaką  naukę  za  zgubną 
uważamy,  walczmy  z  nią  bez  złożenia  broni. 

„Nad  miodem  pokoleniem  rozciągajmy  straż  pilną,  wa- 
lajmy na  nie,  zaklinajmy,  aby  w  kraju  uzdalniało  się  do 
służby  w  sprawie  narodowej;  za  krajem,  aby  miodem  po- 
chlebstwa zaprawn3'cli  łakoci,  często  dziwnie  ckliwych,  do 
ust  nie  przyjmowało  i  ponętę  zdradnych  nauk  odpychało  ze 
wstrętem.  Niech  w  kraju,  w  którym  żyć  jest  pi'zeznaczoua, 
zamiast  oddawać  się  próżnowaniu  lub  wyłącznie  zatrudnieniom 
rolnym,  młodzież  garnie  się  do  slnżliy  publicznej,  zachowując 


zawsze  i  cz}'8tość  wiary  politycznej  i  godność  inoialną.  Niech 
poprzednio  nabywszy  grantownego  polekiegu  wykształcenia, 
tiaposabia  się  na  zdolnycli  sług  kiajowycli,  dla  korzyści  i 
pomocy  ziomków  w  obecnym  czasie,  a  ua  przyszłość  dla 
użytku  wspólnej  nam  wszystkim  ojczyzny.  W  stosunkach 
z  rządami  kniju  zachowujmy  godność,  zacność,  bez  nieuży- 
tecznego ich  drażnienia,  ale  też  bez  godzenia  się  i  bratania 
z  nimi.  Niech  wiedzą,  że  ani  uprzejmością  jałową,  ani  do- 
godnościami  wyrządzauemi,  aui  laskami  osobom  pojedynczym 
ćwiadczonemi,  zjednać  nas  sobie  nie  potrafią. 

„Tak  wyrabiając  się  i  kształcąc,  taką  drogę  postępowa- 
nia obrawszy,  iizdulnim  się  na  rycerzy  do  owego  wielkiego 
ducLowego  bojn,  który  nam  jedynie  teraz  dozwolony.  A  tak 
bój  ciągle,  wylrwale  prowadząc,  zmusimy  uawet  nieprzyja- 
ciół naszych  do  pami^>ci  o  nas,  i  w  dogodnej  porze  podania 
nam  dłoni,  a  co  najpewniejsza,  chućl>y  dla  opuszczonych  od 
świata,  wyblagamy  sobie  zacnemi  czynami  zmiłowanie  Boże." 

Kalinka  snm  cenił  ten  artykuł,  nawet  lubił  kiedy  ma 
go  było  wspominać;  kiedy  znown  Wyznanie  Jereja  —  stresz- 
czenie jakiejś  rosyjskiej,  bardzo  zajmującej  książki  o  schiz- 
matyckiem  dnchowieństwie,  podobało  mti  się  może  z  tych  włas- 
nych mniejszych  prac  najwięcej;  ostatni  ustęp  tego  artyknla 
pisany  był  był  przez  Klaczkę.  Klaczki  także  jest  Sprawa  wio- 
ska i  Opinia  europejska  i  Konspiracifa  i  jawne  działanie, 
ale  krótki  a  tak  dowcijmy  artykuł:  Sofiści  i  młodzież  za  cza- 
sów Sokratesa,  i  Pian  konspiracyi  i  kadrów  powstańczych, 
są  Kalinki. 

W  czwartym  (ostatnim)  rokn  życia  Wiadomości  (1860) 
wikłały  się  sprawy  tak,  ie  wybór  był  coraz  trudniejszy, 
a  czDJność  coraz  potrzebniejsza  nad  snmienianii  i  nad  kro- 
kami polskiemi.  Wslad  za  wojną  nioską  poszła  sprawa  wła- 
dzy świeckiej  Fapieia,  i  razem  działanie  coraz  śmielsze  kon- 
spiracyi  polskiej.  Porozumienie  Francyi  z  Rosyą  trwało:  ale 
(w  jesieni)  odbywał  się  zjazd  trzech  monarchów  w  Warsza- 
wie. Położenie  Galieyi  zmieniało  się  przez  dyplom  cesarski 
z  październiku.  Trzeba  było  wszystko  mieć  na  oku,  o  wszyet- 


;  kiem  wiedzieć,  wszystkioli   przestrzegać.   Oto  jak  to  ostatnie 
I  traktowane  jest  w    Wiadomościach*): 

„W  powolanin  zwiększonej  Rady  państwa  (w  lecie  1860) 
widzą  one  krok  do  zmian  korzystnych;  dyplom  piiżdzierniko- 
wy  wreszcie  witają  jako  wielki  zwrot  polityczny,  mogący  zmie- 
nić stanowczo  politykę  a  nawet  naturę  Austryi  i  losy  Galieyi. 
Następuje  potem  dymisya  hr.  Gulucliowskiego;  do  władzy  przy- 
cbodzi  pan  Schmerlinfj  i  przynosi  z  sobą  patent  lutowy,  ten 
zar<)d  sześcioletnich  zatargów  z  Węgrami  i  niezadowolenia 
wszystkich  nieniemieekich  krajów  Austryi,  powód  ciężkiej  nie- 
■;mooy  państwa.  Zwrot  ten  oceniają  Wiadomości  ^aMa  dlaAustryi 
■aamej  szkodliwy  i  niebezpieczny  dla  jej  przyszłości,  jako  zly 
idla  Galieyi,  ale  niemniej  zły  dla  monarchii  ealej.  W  ogóle  Wia- 
hmoeci,  ehoć  nie  oszczędzają  dawnych  austryackieh  rządów 
surowo  sądzą  politykę  którą  się  one  WKgiędem  Galieyi 
powodowały,  przecież,  w  owym  nawet  czasie  ziiehowują  wi- 
doczną i  wielką  różnicę  pomiędzy  Rosyą  lab  Prusami  a  Au- 
Stryą.  Nieprzyjaiń  icb  względem  Austryi  pochodzi  z  dawnych 
krzywd  Galieyi.  ale  nie  jest  zasadniczą  aui  nieubłaganą ;  przed- 
miotem jej  są  rządy,  systemy,  polityka,  nie  państwo  samo. 
W  całych  czterech  tomach,  obok  wielu  gorikich  skarg  na  Au- 
Btryę,  niema  ani  jednego  życzenia  jej  upadku  lub  osłabienia, 
ft  WiadomoSei  snąć  wiedziały,  że  ze  wszystkich  państw  roz- 
pbiorowych  Austrya  pierwsza  będzie  musiała  wystąpić  ze  świę- 
tego przymierza,  i  że  Polacy  w  tejsamej  eliwili  przestaną 
widzieć  w  niej  nieprzyjaciela.  Polityka  więc  tego  pisma  wzglę- 
dem Austryi  jest  bardzo  oględną,  liardzo  umiarkowaną,  rze- 
klibyśmy nicledwie  życzliwą.  Wyrzntów,  skarg,  nagan  wiele, 
ale  nienawiści  i  zlej  woli  niema.  Dyplom  październikowy 
przyjmują  Wiadomoaci  ze  szczerą  radością,  widzą  w  nim 
tryumf  wolności  i  zapowiedź  sprawiedliwości;  patent  lutowy 
budzi  w  nich  niepokój  i  niedowierzanie,  ale  nie  wpływa  to 
na  tę  względność  i  umiarkowanie,  które  wzięły  jakoby  za 
;:ulc  sądów  swoich  o  Austryi  i  austryackieh  stosunkach,  a 


')   „Roczniki  Fnlskie,"    Przegląd  Polski   1868. 


która  wztnag'a  &ię  i  rodnie  z  każdym  rokiem ,  w  miarę  jak 
wypadki  podkopywały  absolutyzm  w  Anstryi,  i  jak  slabn^ 
stopniowo  dawny  związek  pomiędzy  nią  a  Prasami  i  Roayą. 
A  jak  na  politykę  rządu,  tak  też  baczue  zwracają  oko  Wia- 
domoiei  na  zachowanie  kraju,  któremn  świeże  zmiany  dawały 
lub  przynajmniej  zapowiadały  większą  swobodę  działania. 
Z  radością  witają  kai',dy  objaw  przebudzoneg^o  dacba,  a  śle- 
dzić w  nieb  można  z  zajęciem,  jak  inicyatywa  kraju  nieśmiała, 
zrazu  niepewna,  ograniczona  do  małej  liczby  ladr.i,  wzmaga 
się  coraz  burdziej  i  na  coraz  donośuiejsze  zdobywa  się  kroki. 
Zrazu  jak  żeby  na  próbę  czy  istotnie  opadły  wody  policyj- 
nego potopu,  wychodzi  skromna  prośba  uczuiów  akademii 
krakowskiej  o  zaprowadzenie  języka  polskiego,  i  wraca 
z  mniej  dobrą  wieścią  jak  gołąb  do  arki  Xoego  (jesień  18ó!ł). 
W  kilka  miesięcy  później,  zwołanie  zwiększonej  Rady  pań- 
stwa, daje  już  powód  do  inanitcstacyi  szerszej  i  ogólniejszej; 
adres  do  powołanych  przez  Cesarza  trzech  radcóiv  z  Gałlcyi, 
oceniają  Wladomoici  jaku  mądry  i  znaczący  krok  polityczny, 
Wreszcie  w  jesieni  1860  r.  nadaje  Cesarz  konstytucyę;  z  koń- 
cem tegoż  roku  zbiera  się  cały  kraj  nie  wcrfany  przez  nikogo, 
i  w  akcie  wielkiej  stanowczości  i  powagi  stawia  program 
swoich  potrzeb  i  żądań,  a  w  pierwszych  dniach  stycznia  1861 
składa  ten  swój  program  u  tronu  i  wypowiada  w  nim  śmiało, 
eo  uważa  za  swoje  prawo  w  monarchii.  Adres  ten  hyl  wy- 
mownem  zaprzeczeniem  tego  twierdzenia,  więcej  rozpowszech- 
nionego jak  uzasadnionego,  jakoby  w  Gahcyi  duch  polski 
słal>ł  i  obumierał.  Pokazało  się,  ze  skoro  tyłko  znalazł  moż- 
ność po  temu,  umiał  się  i  silnie  i  roztropnie  objawić.  Pismo 
paryskie  oceniając  ten  adres,  mówi,  że  „może  to  jest  na- 
„grodą  daną  Gałicyi  za  wszystko,  co  przed  niedawnemi  czasy 
„ucierpiała,  że  mogła  teraz  wystąpić  z  aktem  tak  poważnym, 
„jakiemu  podobnego  oddawna  nie  wydala  Połska  w  niewoli; 
„z  jednym  z  tych  rzadkich  aktów,  co  zwracając  na  nas 
„uwagę  zagranicy,  nie  był  zarazem  gońcem  nowego  dla  nas 
„śmiertelnego  ciosu."  Adres  ten  jest  zarazem  ostatnim  fak- 
tem, jaki    Wiadomości  n  Galicyi    zapisują  —  początkom  na- 


szego  iiycia  sejmowego,  walkom  parlamentarny  ni  naszych 
posłów  w  Reiellsracie  już  one  nie  lowarityszą;  przed  otwar- 
ciem pierwszego  sejmu  lwowskiego,  w  oliwili  właśnie,  kiedy 
prowincya  nasza  zaezęla  grać  rolę  ważniejszą  i  ciekawszą, 
i  kiedy  sąd  Wiadomości  mógł  jej  byii  najpożyteczniejszym, 
pismo  to  zakanaueni  zostało  w  Prusiech ,  a  straciwszy  przez 
to  wstęp  do  jednego  kąta  polskiej  ziemi  który  mu  stał  otwo- 
rem, przestało  wychodził;." 

W  sprawie  władzy  świeckiej  —  będzie  to  może  dziwne 
dla  wielu,  co  je  o  moderantyzm  oskarżają,  oświadczają  się 
Wiadomości  stanowczo  za  władzą  świecką;  artykuł  Papiei 
i  Polska  pisany  był  przez  Kalinkę.  Wreszcie,  Polska  w  roku 
1860,  zamknięcie  roku,  jego  polityczny  obrachunek,  a  zara- 
zem zamknięcie  rocznika  i  pisma,  jest  wspólną  pracą  Klaczki 
i  Kalinki. 

Czytelnicy  Wiadomości  znali  nierównie  więcej  Klaczkę, 
niż  Kalinkę.  Na  artykuły  tamtego  rzucali  się  k  największym 
zapałem,  tego  czytali  tylko  z  zajęoiem  i  uszanowaniem.  Nic 
dziwnego:  Klaczko  swoim  talentem  olśniewał  i  porywał,  cza- 
rował i  wstrząsjił,  działał  nu  uczucie,  na  fantazyę,  na  zmysł 
artystyczny,  nawet  na  zmysł  sliiclin.  Kalinka  spokojniejszy, 
cichszy,  nigdy  nerwowy,  zawsze  sobie  równy,  zawsze  dosko- 
nale poprawny,  wielkim  stylistą  i  wielkim  artystą  okazał  się 
dopioro  w  swoich  dziełach  historycznych.  Tam  aic  dopiero 
pokazało  .  że  to  łalent  i  pisarz  inny,  ale  nie  mniejszy  od 
Klaczki  —  i  pisarz,  na  którego  doskonałości  nie  tak  bijącej 
w  oczy  nie  każdy  i  nie  tak  łatwo  się  pozna.  W  Wiadomo- 
ściach niezrównana  świetność  Katechizmu  Nie-Ri/cerskiego, 
Krewnych,  Gladiatorów,  Sztuki  Polskiej  i  podobnych,  ćmiła 
niezaprzeczoną  wartość  i  doskonałość  Polski  pod  trzema  rzą- 
dami. Ale  pomimo  większej  świetności,  Wiadomości  bardziej 
stały  Kalinką  niż  Klaczką.  Oba  byli  konieczni,  oha  (dosko- 
nale z  sobą  zgodni)  byli  Wiadomościami;  oba  razem  byli 
tym  wybornym  rozumem  i  politycznym  kierunkiem,  tym  traf- 
nym zmysłem  polskiego  interesu  i  świętym  instynktem  pol- 
.  skiego  honorn,  który  w  ich  piśmie  świeci  najezystszem,  uaj- 


jaśniejszem  i^wiatlem.  Ale  Klaczko  zajmował  się  Wiadomo- 
ściami ogólnie,  w  Wiadovioaciach  teiii,  co  do  uiego  bezpo- 
średnio należało;  Kalinka  wszygtkiein.  Wyjątkową  świetność 
wielu  artykułów  zawdzięczało  pismo  Klaczce;  swoją  wyjąt- 
kową dziennikarską  i  ]iatryotyezną  doskonałość,  swoją  wszech- 
stronność, zawdzięczało  Kalince. 

Na  zakończenie  mała  (smutna)  anegdota.  Kiedy  Revne 
des  deux  mondes  miała  pierwszy  raz  ogłosić  pracę  Klaczki 
(Póhte  Anonyme.  Styczeń  1862),  stary  Buloz  zdumiony  pięk- 
uością  tego  co  przeczytał,  pytał  autora,  czy  był  już  w  jakiem 
piśmie.  Tak:  wydawał  jedno  pismo  polskie.  Et  comhien  aviez 
voits  d'abonnis? 

—  Cent. 

—  Cent  milM  diable! 

—  Non;  Cent. 

Że,  prócz  w  Wielkopiilsce,  wszędiiie  były  zakazane,  to 
prawda;  to  tei  gdy  i  tam  zakazał  je  rząd  praski,  musiały  przestać 
wychodzić.  Ale  że  clioć  zakazane  w  Królestwie  i  w  Galicyi, 
miały  zawsze  abonentów  zamalo,  to  pewna,  pomimo  wszystkich 
zakaz4^w  zamało:  i  w  Wielkopolsce,  gdzie  miały  wstęp  wolny, 
i  u  nas,  gdzie  przecież  zakazane  rzeczy  przekradać  umiano. 
Jak  dalece  były  niezuane,  jaka  była  obojętność  na  rzeczy 
literackie  i  dla  znakomitych  w  narodzie  ludzi,  można  powziąć 
ztąd,  że  kiedy  Klaczko  jako  poseł,  zabrał  głos  na  sejmie  we 
Lwowie  (w  r.  1870),  zdarzało  się  słyszeć  wykrzykniki  naiw- 
nego ale  gorszącego  zdziwienia,  że  on  mówi  tak  rozumnie 
i  tak  piękną  polszczyzną! 

Były  Wiadomości  (w  swoich  małych  rozmiarach)  pis- 
mem pod  względem  politycznym  i  literackim  tak  doskonałem, 
jak  przed  niemi  czy  po  nich  nie  widzimy,  które  z  pism  pol- 
skich byłoby  im  równe,  Ale  były  one  i  wielką  w  naszem 
życiu  nowością,  wielkim  nabytkiem  i  zwrotem.  Znajomość  i 
czujną  kontrolę  siebie  samych,  one  pierwsze  tak  wyraźnie, 
tak  silnie  afflrmowaty  jako  postulat  teraźniejszości  i  waru- 
nek przyszłości :  z  Mickiewicza  i  Krasińskiego  wzięły  wznio- 
sły, ohrześciański  ideał  Polski  i  Europy,  a  odrzuciły  ideałi- 


79 


zowanie  siebie  samych;  w  polityce,  jak  w  literaturze ,  dąże- 
nie do  ideału  łączyły  ze  znajomością  i  z  sądem  rzeczywi- 
stości; w  jednej,  jak  w  drugiej  mówiły  prawdę.  Że  się  podobać 
nie  mogły,  nic  dziwnego ;  że  na  najmędrsze  rady  ich  rozumu 
i  najgorętsze  zaklęcia  ich  miłości  ojczyzny  zatykano  uszy, 
to  pokazało  się  w  bliskiej  po  nich  przyszłości.  Nie  przydały 
się;  miały  garstkę  wiernych  i  przywiązanych,  co  rozumieli 
i  słuchali,  ogół  dzielił  się  na  takich  co  nie  znali,  takich  co 
nie  dbali,  i  takich  co  się  oburzali  naiwnie  lub  szkalowali 
przewrotnie.  Już  w  tem  dość  dla  redaktorów  smutku,  a  to 
tylko  jeden  z  wielu.  Czy  domyślają  się  ci  —  bezmyślni  albo 
przewrotni  —  którzy  na  nich  gromy  swoje  rzucali^  czy  zdolni 
byli  pojąć,  jaką  przebywa  mękę  człowiek  z  sercem  jak  być 
powinno,  kiedy  się  spostrzega,  że  jego  naród,  który  on 
chciałby  mieć  najlepszym  na  świecie  i  uajpierwszym,  nie  jest 
nietylko  doskonałym,  ale  nawet  tak  szlachetnym,  jak  on  so- 
bie dotąd  wyobrażał?  że  jego  ojczyzna,  którą  kocha  nad 
wszystko  w  świecie,  w  przeszłości  miała  w  sobie  samej  mnó- 
stwo przyczyn  swego  upadku,  dziś  ma  ich  w  sobie  mnóstwo, 
które  jej  dźwignąć  się  nie  dają?  Czy  kto  wić,  jak  się  zmie- 
nia świat,  jak  się  dusza  rozdziera,  w  chwili  takiego  odkry- 
cia? Odradza  się  ona  zapewne  i  hartuje,  ale  co  przebywa, 
co  musi  wytrzymać?  a  potem  ten  obowiązek  powiedzenia 
prawdy  surowej,  gorzkiej,  bolesnej!  kto  był  zmuszony  dru- 
giemu oznajmić  nieszczęście,  zadać  mu  cios  w  samo  serce, 
ten  niech  spróbuje  wyobrazić  sobie,  ileto  kosztuje  powie- 
dzieć swemu  narodowi:  nie  jesteś  tam  gdzieś  myślał,  ale 
dalej,  bo  nie  jesteś  taki,  jak  o  sobie  myślisz!  Prześlado- 
wanie, jakie  się  za  tę  otwartość  znosi,  jest  niczem  w  porów- 
naniu z  tamtą  boleścią,  ale  boli  przecie  i  ono.  A  dopiero 
strach  o  przyszłość,  a  zawód  w  najdroższych  i  pewnych  pra- 
wie nadziejach,  jak  pokój  paryski trudno  jest  zliczyć, 

trudno  dziś  odgadnąć,  co  przez  te  lat  cztery  wytrzymali  wy- 
dawcy  Wiadomości. 

Bo  i  dodatkowych  przykrości  nie  brakło.  Nieprzyjaciele 
udaremniali  robotę,  szkalowali  robotników ;  swoi,  nawet  bliscy, 


nie  bronili  i  nie  pomagali.  W  niewielkiej  licnhie  abouetitów 
wielkopiilskich,  gorliwych  przyjaciół  miały  Wiadomości  jesaoze 
mniej.  Z  liczby  najwierniej  szych  był  Kajetan  Morawski  i  Ta- 
deusz Clilapowski.  W  Paiyiu  samym,  u  najbliższych  chłodna 
obojętnośti  albo  otwarte  wyrzekanie  się  Wiadomości  i  wszel- 
kich spraw  icb.  Kaiąię  Adam  je  cenił,  chwalił  w  nich  po- 
prawność i  czystość  języka,  ale  goi-ącego  poparcia  nie  dawał 
pismu,  choć  na  nie  ło:iyl.  Jego  najbliiisse  otoczenie  trzymało 
się  jeszcze  dalej ;  serdecznym ,  gorącym  stronnikiem  i  przy- 
jacielem Wiadomości  był  w  tern  gronie  ludzi  jenerał  Za- 
moyski jeden,  i  druga  jeszcze  osoba,  księ^ua  Marcelina  Czar- 
toryska, która  dzieliła  wszy.stkie  troski  i  dążenia  redakcyi, 
a  nieraz  opieką  i  przyjaźnią  swoją  umiała  przynieść  ulgę 
w  trudach  i  zmartwieniach. 

Nie  brakło  krzyżów  i  cierni  na  tej  drodze,  a  co  po- 
mogło znosić  je  tak  wytrwale?  właśnie  to  dziwne  podnie- 
sieaie  serc,  to  idealne  pojęcie  slnżby,  obowiązku,  patryotyzmii, 
które  pod  wpływem  ostalnich  zawodów  (foszlo  u  nich  do 
swego  szczytu.  Wszysiko  zle  jakie  mogło  być  w  Polsce, 
dawnej  czy  dzisiejszej,  trzeba  wyplewić  z  niej  jak  chwast 
—  ale  najpierwej  z  siebie  samych,  bo  inaczej  nie  można 
drugich  uczyć,  ani  od  uicb  żądać.  A  więc  zmusić  się  do 
cierpliwości,  ho  Polska  była  pojiędiiwa;  do  wytrwałości,  bo 
była  niestała;  do  pokory,  bo  była  zuchwała;  do  wyzucia  się 
z  osobistości,  bo  ona  miłością  własną  i  obra^liwośeią  nieraz 
się  gubiła. 

„Słowo  tylkn,  to  niai-na  połowa 

„Arcydzieł  iycia.  Modlitwa  jedyna, 

,Co  godna  Stwórcy,  od  Lymnu  się  wszczyna, 

„Lecz  nie  zn.a  nozuć  i  czyniSw  rozdziału. 

„Co  w  duszy  nosi,  to  wciela  pomaln 

„W  kształt  dotykalny,"    • 

a  co  w  drugich  chce  poprawiać,  to  poprawia  naprzód  w  so- 
bie! Ofiara  z  miłości  własnej,   bezosobistość,   to  było  hasło, 


przykazanie,  które  Wiadomości  stawiały  naprzód  sobie.  Do 
jakiego  stopnia  ona  docbodzila,  niech  da  miarę  naslępnjący 
szczegół,  choć  należący  do  lat  cokolwiek  późniejszych.  Klaczko 
napisi^  pierwszą  swoją  pracę  po  franciiskn,  h  Poetę  Anonyme, 
rewelacyę  gieniuszu  i  poezyi  Krasińskiego  przed  cudzoziem- 
cami; przeznaczał  ją  do  Rerue  des  deux  viondes.  Kalinka 
wtedy  przyszedł  do  niego  i  powiedział,  że  z  tej  pracy  można 
zrobić  użytek  daleko  lepszy.  On,  Klaczko,  pisarzem  francus- 
kim i  tak  nie  będzie;  cóż  mu  na  tym  artykule  i  na  sławie 
u  obeych  zależy!  Ale  gdyby  tę  pracę  ustąpił  któremu  z  Fran- 
cuzów piszących  o  Polsce  i  za  Polską,  to  ten  Francuz  od- 
razu  miałby  zrobione  stanowisko  i  sławę,  i  wtedy  byłby  nam 
nierównie  pożyteczniejszy.  Klaczko  przystał.  Żal  mn  było 
wyrzec  się  najpiękniejszej  rzeczy  jaką  był  dotąd  napisał, 
najpiękniejszej  jaka  była  i  jest  o  Krasiiiskim;  ałe  miłością 
własną  gubiła  się  Polska,  oSara  z  miłości  własnej  będzie 
poprawą,  exj)iacyą  —  a  więc  dobrze,  zgodził  się.  Na  szcze- 
ńcie dowiedział  się  o  tym  zamiarze  Zygmunt  Jordan;  wpadi 
w  wielki  gniew  na  te  przesady,  na  te  niepotrzebne  mistyczne 
ofiary,  i  kiedy  sam  nie  zdołał  tamtych  przekonać,  wytoczył 
sprawę  przed  Zamoyskiego.  Ten  zmiarkował  i  wytłóraaczył 
im,  że  ofiara  zbyteczna,  bo  aiepotrzeboa;  niezdrowa,  bo  szko- 
dliwa; że  sława,  jaką  tem  pismem  zrobi  sobie  u  cudzoziem- 
ców Klaczko ,  jest  także  korzyścią ,  i  większą  niżby  przy- 
niosła sława  wielkodusznie  darowana  Francuzowi,  Tej  inter- 
wencyi  Jordana  i  Zamoyskiego  zawdzięczamy,  że  jedna 
z  najpiękniejszych  rzeczy  jakie  kto  kiedy  o  poezyi  polskiej 
napisał,  została  własnością  Polaka,  i  przez  to,  choć  po  fran- 
cusku pisana,  polskiej  literatury.  Ale  teu  fakt  daje  poznać 
ten  stan  duszy,  wzniosły  a  cokolwiek  mistyczny,  w  jakim 
oni  żyli;  daje  też  i  miarę  tej  wysokości,  do  jakiej  drugich 
sa  sobą  ciągnęli.  Wiadomości  były  doskonalem  pismem,  ale 
były  fenomenem  i  wyjątkiem  zupełnym  pod  względem  po- 
jęcia, z  jakiem  redaktorowie  przystępowali  do  dzieła.  To  była 
służba  Boża,  to  było  powołanie  obowiązujące  do  wyższej  do- 
skonalszej cnoty,    prawie  jak   powołanie   zakonne;   kto   tym 

6 


82 


sposobem  myśl  Bożą,  prawo  Boże,  sprawę  Bożą,  podejmował 
się  krzewić  i  w  życie  wprowadzać^  ten  sam  z  siebie  wszelki 
stary  kwas  musiał  wyrzueić.  Kto  dla  swego  dzieła  chciał 
I^żej  pomocy^  ten  musiał  na  nią  zasłożyć;  kto  chciał  pismem 
robić  dobrze  a  nie  szkodzić,  ten  musiał  prosić  o  światło ,  o 
łaskę,  o  natchnienie. . .  kiedy  w  ważnej  jakiej  kwestyi  ważny 
artykuł  miał  być  napisany,  redaktorowie  nie  zaczynali  go 
pisać  inaczej,  jak  po  spowiedzi  i  komunii  —  Było  i  jest  wiele 
pism  sławniejszych  od  skromnych  nieznanych  Wiadomościy 
ale  wznioślejszego  pojęcia  publicystycznego  zawodu  i  ot)o- 
wiązku,  enotliwszego  jego  pełnienia,  nie  było  nigdy  i  niema. 


•j— 7^4 — ** 


IV. 


Wojna  Krymska  i  pokój  Paryski  nie  przyniosły  żaduej 
Łorzyści,  sposobność  oczekiwana  od  ćwierć  wieka  przeszła 
bez  skntku !  W  gorżkiera  rozczarowaniu  Polski ,  a  przede- 
wBzystkiem  emigraeyi,  górowała  nad  innem!  myśl,  że  powo- 
dem tego  złego  obrotu  spraw,  była  nieznajomość  i  niezrozu- 
mienie rzeczy  w  gabinetach  i  w  opinii  Zachodu.  G-dyby  rząd 
francuski  wiedział  lepiej,  ile  pokojowi  świata  zalety  na  tern, 
żeity  Rosyę  odgi'odzić  od  niego  czemś  coby  ją  trzymało  na 
wodzy;  gdyby  francuski  naród  wiedział  lepiej,  jaka  jest  na- 
tura i  jakie  działanie  Rosyi,  a  jaki  ucisk  tam  gdzie  ona 
panuje;  gdyby  ta  opinia  zrozumiała,  ie  ideału  prawa  i  po- 
koju, wolności  i  sprawiedliwości,  do  którego  wtedy  była 
przywiązana,  nie  osiągnie  bez  złamania  i  upokorzenia  tycłi 
potęg,  które  się  na  bezprawiu  i  przemocy  opierają;  gdyby 
ta  opinia  sama  należycie  dawała  swemu  przekonaniu  i  żą- 
daniu wyraz  energiczny,  rząd  francuski  nie  byłby  mógł  (jak 
teraz  świeżo  na  paryskim  kongresie)  na  pierwsze  słowo  am- 
basadora rosyjskiego  udać,  że  zamyka  oczy  i  ma  za  dobre 
to  co  się  dzieje,  a  za  prawdę  t»  co  mu  mówią.  Z  tej  niezna- 
jomości i  tego  niezrozumienia  wynika,  że  jak  niegdyś  za  ks. 
Talleyranda  la  question  polonaise  śtant  de  ło«tei  la  plus 
eminemment  enropńenne ,  tak  dziś  za  Napoleona  IH  1'inłeret 
de  la  Frapce  itant  partout  oH  il'y  a  une  cawse  juaU  st  civi- 
lisatTice  —  trzeba  pozwolić  Rosyi  robić  z  Polską,  co  jej  się 
podoba ! 

G* 


A  kiedy  nie  wiedzą  lab  wiedzą  nie  dosyć,  ie  to  jest 
une  cause  jvste.  civilisatrice  i  eminemment  enropeenne,  więc 
trzeba  icb  o  tern  przekonać  i  to  im  przypominać,  trzeba 
działać  na  tę  opinię,  żeby  nie  powtórzyło  aię  raz  jeszcze  to, 
co  Bię  już  nieraz  i  jeazcze  teraz  stało. 

Działać  na  opinit;  Zachodu?  Jak?  przez  dzienniki  i 
pisma  codzień,  przez  parlamenty  czasem.  Tak  robią  wszyscy. 
Rosya  jedne  dzienniki  sama  utrzymuje,  a  drugim  się  opłaca; 
Włocby  taksamo.  Najgłośniejsze  i  najineskazitelniejsze  organa 
opinii  stoją  na  żołdzie  CaToara,  a  co  najmniej  przyjmują  od 
niego  subwencyę ;  i  wszyscy  tym  sposobem  (ale  tylko  tym) 
dochodzą  do  pozyskania  sobie  opinii  francuskiej,  do  wpływu 
oa  postanowienia  francuskiego  rządu.  Jeżeli  sprawa  polska 
ze  swojemi  zażaleniami  i  żądaniami ,  ma  znaleźć  posłuch  i 
narzucić  się  opinii  Zacbodu,  to  musi  wszystkim  większym 
dziennikom  dostarczać  primo  częstych,  ciągłych  o  sobie  wia- 
domości, aecundo  pieniędzy.  W  tej  mierze  co  Rosya  albo 
Wiochy,  oczywiście  dawać  ich  nie  może:  ale  ile  może  dawać 
musi,  jeżeli  chce  stanąć  i  utrzymać  się  na  porządku  dziennym. 

Z  takiego  rozumowania  wynikła  praca,  którą  nazywano 
podówczas  krótko  Biurem.  Bylato  pewna  liczba  ludzi  z  róż- 
nych części  Polski,  którzy  rozumiejąc  poftj^ższą  potrzebę, 
podejmowali  się  dostarczać  wiadomości  i  korespondencyj,  i 
także  dostarczać  pieniędzy.  Nie  byloto  bynajnmiej  organiza- 
cyą:  żadnych  przyrzeczeń,  tem  mniej  przysiąg,  żadnych  roz- 
kazów ani  posłuszeństwa;  żadnej  propagandy  ani  werbowa- 
nia. Stosunek  paryskiego  Biura  do  jego  przyjaciół  i  pomoc- 
ników w  Polsce,  stosunek  tych  do  osób  dających  pieniądze, 
opierał  i  ograniczał  się  jedynie  na  znajomości,  ufności  i  do- 
brej woli.  Żadnego  ukrywania  czy  nazwisk,  czy  robót,  żad- 
nego nawet  zobowiązania  co  do  cyfr.  Każdy  przysyłał  tyle  pie- 
niędzy, ile  ich  zebrać  potrafił,  mniej  czy  więcej,  nikt  go  o  to 
nie  pytał.  Nie  byloto  tembardziej  konspiracyą.  Wiadomości 
dowodzą  dostatecznie,  że  w  tera  gronie  ludzi  nie  było  nigdy 
myśli  ani  zamiaru  ruchawki,  owszem  był  stanowczy  przeciw 
takiej  polityce  opór,  tak  silny,  jak  go  nigdy  przedtem  nikt 


i 


^5 


w  Polsce  nie  widział.  Jak  wojna  bez  objekta  do  którego 
zmierza,  tak  konspiracja  nie  może  być  bez  jakiegoś  faktu, 
który  chce  wywołać.  Tataj  nie  było  ani  tego,  ani  innych 
nieodłącznych  znamion,  tajemnicy,  organizacyi,  posłuszeństwa 
przynajmniej,  jeżeli  nie  przysięgi  i  propagandy.  Prawda,  że 
tak  pojęta  i  założona  rzecz,  musiała  być  ograniczoną  na  małą 
stosunkowo  liczbę  ludzi  połączonych  wzajemnem  zaufaniem, 
wspólnem  przekonaniem,  dobrą  wolą  i  uczuciem  obowiązku; 
przy  małej  zaś  liczbie  ludzi,  nie  mogła  liczyć  na  wielkie 
środki  działania.  To  też  prawda :  nie  były  one  potężne.  A  jednak 
wystarczały  na  to,  żeby  przez  trzy  lata  opędzać  bardzo 
znaczne  wydatki,  i  zdołały  przez  trzy  lata  sprawy  polskie 
narzucić  opinii  i  uwadze  świata  i  utrzymać  je  na  porządku 
dziennym,  aż  do  chwili,  kiedy  je  zepchnął  i  w  zapomnieniu 
pogrążył  nieszczęśliwy  spraw  tych  obrót,  któremu  już  nie  ci 
ludzie  byli  winni. 

Biuro  miało  bieżące  codzienne  czynności  i  ważniejsze 
ogólne  sprawy.  Te  ostatnie  załatwiały  się  na  tygodniowych 
fiesyach  (w  środy)  pod  prezydencyą  samego  księcia  Adama, 
a  po  jego  śmierci  księcia  Władysława.  W  tych  uczestniczyli 
ludzie,  którzy  swoją  powagą  i  wpływem  mieli  wstęp  zawsze 
otwarty  do  sfer  rządowych,  parlamentarnych,  literackich  czy 
dziennikarskich.  Oprócz  Księcia,  jego  synów  i  jenerała  Za- 
moyskiego, oprócz  znakomitszych  ludzi  z  kraju,  o  ile  byli 
w  Paryżu,  widziało  się  tam  zawsze  Teodora  Morawskiego  i 
Barzykowskiego,  Andrzeja  Kożmiana,  Ludwika  Wołowskiego, 
który  jako  Francuz,  deputowany,  członek  Instytutu,  pisarz, 
miał  stosunki  bardzo  rozległe  we  wszystkich  sferach  (nie 
wyjmując  nawet  rządowych,  choć  należał  do  opozycyi).  Ka- 
linka i  Klaczko  liczyli  się  do  młodszych  w  tem  gronie,  a  kto 
od  nich  był  młodszy,  ten  się  już  nigdy  prawie  nie  śmiał 
odezwać.  Francuzi,  Delaroche  albo  Rayelet,  zabierali  głos 
częściej,  bo  i  śmielsi  byli,  i  jako  Francuzi  miewali  prawie 
zawsze  jakieś  do  Francuzów  polecenia,  z  których  musieli 
zdawać  sprawę;  młodzież  polska  przysłuchiwała  się  cicho  a 
odzywała  się  chyba  z  konieczności  albo  zapytana.  Przedmie- 


tern  takiej  Besyi  bywały  wiadomości  i  korę  spondeDcye,  jakie 
nadesEly  w  ciągu  tygodnia  z  krają  lub  z  różnych  fltron 
świata  (najczęściej  ze  Stambułu  i  Bulgaryi);  w  razie  po- 
trzeby kroki,  jakie  w  ich  skutku  należało  przedsięwziąć,  ia- 
formacye,  jakie  należało  podać  do  wiadomości  rządu:  wywo- 
łanie w  Ciele  prawodawczem  fraucusktem  i  w  parlamencie 
angielskim  czy  to  interpellacyi,  czy  (gdyłiy  się  dało)  wzmianki 
o  Polsce  w  adresie,  i  w  dalsi^eni  następstwie  dyskusyi.  Często 
jakieś  żądanie,  zapytanie,  objaśnienie  do  ministrów  albo  do 
samego  Cesarza:  co  ma  być  zrobionem,  przez  kogo,  w  jakiej 
formie?  Równie  często  lub  częściej  dyskusya  nad  tem,  co 
odpowiedzieć  na  jakieś  przychodzące  z  krajti  zapytanie  Inb 
żądanie;  czy  się  da  wykonać  albo  nie?  czy  (jeżeli  żądano 
rady)  doradzać  to  lub  owo  jiostanowienie  i  postępowanie, 
jak  w  skutku  niespodziewanych  jakich  zmian  i  zajść  zmie- 
nić sposób  postępowania...  Po  tygodniu  każdy  zdawał  spra- 
wę z  tego  co  miał  zrobić,  a  kaidy  tydzień  przynosił  ro- 
boty nowe. 

Kiedy  zaś  na  takiej  sesyi  uchwalono  ogólny  kierunek, 
w  jakim  wobec  danych  faktów  należało  wpływać  na  dzien- 
niki, to  zastosowanie  praktyczne  i  szczegółowe  tego  kierunkn 
stawało  się  bieżącą  codzienną  czynnością  dość  licznych  po- 
mocników, Francuzów  i  Polaków,  częścią  płatnych,  częśei% 
ochotników,  pod  dozorem  Kalinki. 

W  Bibliotece  Polskiej  —  (na  drugiem  piętrze  w  domu 
jenerała  Zamoyskiego,  na  wyspie  Św.  Ludwika,  quai  d'Or- 
Ićans,  numer  6)  —  traeba  było  być  codzień  rano,  mniejwię- 
cej  o  lOtej.  Dostawało  się  do  roboty  albo  listy  do  pisania, 
których  treść  zawsze  była  wskazana,  albo  do  czytania  listy 
świeżo  nadeszłe,  z  których  należało  wyciągnąć  treść,  a  w  waż- 
niejszych razach  robić  wyciągi,  albo  wreszcie  wszystkie  dzien- 
niki polskie  do  przejrzenia.  Wszystko  co  one  ciekawszego 
i  ważniejszego  przynosiły,  przesyłało  się  w  krótkiem  fran- 
cnskiem  streszczeniu  redakcyoni  zaprzyjaźnionych  dzienni- 
ków. Najczęściej  trzeba  było  dla  objaśnienia  dodać  mały  ko- 
mentarz do  taktu  lub  stosunku ,   którego  inaczej  nie   byłyby 


d 


zroznmiały.  Jeżeli  zaś  chodziło  o  umieszczę  nie  dłuższego  i 
ważniejszego  artykułu,  natenczas  inspirowało  się  Francuza, 
który  go  miał  pisać,  obszernym,  wyczerpującym  wykładem 
kwestyi.  Pisarze  takiego  znaczenia,  jak  8t.  Marc  Girardin, 
Prśpost-Paradol,  Forcade,  sławny  kronikarz  Revue  des  deux 
mondes,  albo  młody  podówczas  ałe  juź  głodny  Mazade,  od- 
bierali takie  inspiracye  jak  inni,  z  tą  różnicą,  że  nie  przy- 
cliodzili  po  nie  do  Binra,  tylko  chodziło  się  do  nich  (naj- 
częściej Klaczko).  Kiedy  kwestya  była  ważna  i  zawiła,  wtedy 
wykład  taki  podejmował  Klaczko  albo  Kalinka;  lżejsze  i  ła- 
twe zdawano  na  młodszych.  Praca  nie  była  małą.  Każdego 
dnia  przeciągała  się  lekko  do  drugiej  lub  trzeciej  po  połud- 
niu, a  w  czasach  gorętszych,  kiedy  wiadomości  goniły  jedne 
za  drugiemi,  trwała  często  od  rana  do  nocy.  Przykr^yla  się 
niekiedy;  byłoby  się  wolało  zbijać  bruki  i  przypatrywać  się 
Paryżowi,  jak  ślęczeć  w  dalekiej  i  nieświetnej  części  miasta 
nad  zadanem  p&nsym:  ale  przykrzyły  się  ehwiłe  tylko,  a  ca- 
łość teg"  życia  była  dziwnie  szczęśliwa,  a  co  dziwniejsza, 
była  powabna ;  tęskniło  się  za  tem  życiem  będąc  daleko:  bę- 
dąc na  miejscu  używało  się  na  nicm  z  przyjemnością,  z  ra- 
dością, z  obawą  żeby  nie  uciekło;  a  w  dalekiej  przeszłości, 
po  długich  latach  jeszcze  się  je  rzewnie  i  wdzięcznie  wepo- 

Wiele-bo  rzeczy  składało  się  na  ten  urok,  Francya  na- 
przód, ta  Francya  zwycięska,  i  jak  się  zdawało  niezwycię- 
żona, która  swoją  sprawę  widziała  wszędzie,  „gdzie  Jeat 
sprawa  słaszaa  i  cywilizacyjna."  Była  jakaś  nad  światem 
niebieska  jasność  nadziei,  w  której  świetle  wszystko  wyda- 
wało się  wielkiem  i  uroczem.  Francya  bohaterską  i  apostol- 
ską, żołnierską,  świętą,  i  czarującą  —  Cesarz  jakimś  milczą- 
cym księciem  Oranii,  któryby  w  awojem  milczeniu  roztropnie 
a  napewno  przygotowywał  Kepubiikę  chrzęści  a  ńską  Henryka 
IV;  każdy  Francuz  bratem,  a  francuski  żołnierz  najpiękniej- 
szem  boskiem  stworzeniem,  przeznaczonem  na  zwyciężenie 
złego  na  świecie.  W  tera  świetle  nadziei  ukazywały  się  także 
wszystkie  podejmowane  prace,  do  których  człowiek  przywią- 


I 


sywai  się  gorąco,  bo  myślał  ie  się  i  one  na  cod  zdadzą 
ie  coś  z  nich  zostanie,  a  sam  się  czuł  szczęśliwym  że  cłiot! 
w  najmniejszej,  naj ostatniej szej  części,  przecież  aię  do  tego 
przyczynia;  cznl  się  wprowadzonym  między  lycli,  „w  których 
ionie"  —  jak  mówi  Aligier  Krasińskiego  —  „przyszłość  się 
wypracowuje."  Wreszcie  doznawało  się  tam  tego  szczęścia, 
które  Giithe  nazywał  najwyższem  na  ziemi,  „otoczenie  szla- 
„ehetnych  umysłów."  Wrażenie  wyższości  umysłowej  i  mo- 
ralnej, jakie  robiło  to  grono  ludzi,  było  olśniewające,  a  za- 
razem przywiązujące  i  budujące.  Każdego  z  nich  e  osobna 
widziało  się  nieskończenie  od  siebie  niędrszym ;  rozum  wro- 
dzony niepospolity  widziało  się  bogatym  w  naukę  i  doświad- 
czenie, panującym  zarówno  nad  polityczneiiii  jak  naukowemi 
kwestyami;  znajomość  Polaki  historyczną  i  psychologiczną, 
znajdowało  sig  taką,  że  każda  prawie  rozmowa  otwierała  nowe 
widoki  i  zostawiała  coś  w  głowie  nazawsze.  Te  zaś  inteligeu- 
cye  tak  wysokie,  tak  wykształcone,  podnosiły  się  dopiero  do 
wysokości  imponującej  przez  niemniejszą  godność  charakterów, 
przez  zapał  i  poświęcenie  dla  swojej  sprawy,  preez  ulióstwo 
znoszone  odważnie,  chętnie,  poprostu  i  wesoło.  W  każdym  co- 
dzieó  odkrywało  się  coś  nowego  i  zdumiewającego,  nieznane 
świetnoSci  umysłu  lub  nieznane  cnoty,  a  wszyscy  razem  stano- 
wili taki  zbiór  światła  i  przykładów,  wobec  którego  człowiek 
czul  się  naprzód  nieskończenie  małym,  a  potem  obowiązanym 
z  takich  wzorów  korzystać.  Jedyny  kłopot,  to  kiedy  między 
nimi  zdarzały  się  różnice  zdań.  Który  ma  słuszność?  a  raczej 
który  może  jej  nie  mieć,  kiedy  wszyscy  tacy  mądrzy?  A 
różnice  takie  oczywiście  zdarzać  się  musiały.  Kie  trzeba  so- 
bie wyobrażać  sielanki,  bynajmniej.  Natury  bardzo  rozmaite, 
a  wszystkie  wybitne  i  silne,  niektóre  nerwowe  i  drażliwe 
z  urodzenia,  drugie  rozdrażnione  wszystkiemi  kolejami  życia, 
łączyły  się  w  miłości  swojej  sprawy,  w  zrozumieniu  jej  po- 
trzeb i  w  szacunku  wzajemnym,  ale  się  nieraz  wzajemnie 
niecierpliwiły,  nawet  odpychały.  Stosunki  codzienne  były 
z  tego  powodu  każdemu  z  nich  nieraz  trudne;  każdy  musiał 
zadawać  sobie  przymus,   trzymać   się  na  wodzy;   tern   pięk- 


89 


niejszy  przez  to  był  ten  stosunek  ufności,  jedności;  przyjaźni 
zasadzonej  na  wyższych  względach  i  potrzebach.  Dziwnie 
też  wszyscy  kazali  się  szanować  i  podziwiać.  Że  na  księcia 
Adama  patrzało  się  z  najgłębszą  czcią,  to  prosta  rzecz :  był 
w  nim  cały  wiek  historyi  polskiej,  wiek,  którego  wszystkie 
bóle  były  w  tej  duszy  i  zostawiły  w  niej  ślad,  a  ta  summa 
przebytych  w  życiu  tak  długiem  kolei  i  zdobytych  zasług 
nadawała  mu  majestat,  jakiemu  równego  w  naszym  wieku 
nie  miał  żaden  z  Polaków.  A  do  tego  z  całą  żywością  umy- 
słu i  gorącością  uczuć  pomimo  lat  dziewięćdziesięciu ,  miał 
urok  dobroci  i  uprzejmości  wielkiej ,  obejście  pełne  życzli- 
wości, łaskawe  i  ośmielające  każdego.  Jenerał  Zamoyski 
przez  swoją  intelligencyę  wyjątkowo  świetną,  przez  swoją 
wspaniałą  postać  Łazarza,  wiecznie  cierpiący  jak  na  mękach, 
a  wiecznie  czynny  bez  wytchnienia,  miał  inny  rodzaj  uroku, 
ale  urok  nie.  mniejszy.  Klaczko,  autor  tych  wszystkich  pism, 
które  się  na  pamięć  prawie  umiało  a  chowało  w  sercu  jak 
katechizm  —  rycerski  i  polityczny,  kiedy  czasem  wpadł 
w  zapał  lub  w  dobry  humor  i  zaczął  mówić...  ale  nie  mówmy 
o  tych  co  żyją,  kiedy  na  ich  pochwały,  dzięki  Bogu,  jeszcze 
nie  czas.  Dlatego  też  nie  zatrzymujemy  się  nad  Leonem  Zby- 
szewskim,  który  przybył  później,  a  jednem  swojem  pismem 
(La  Pologne  et  la  cause  de  Vordre  1863J  kazał  się  uważać 
za  pisarski  i  polityczny  talent  tej  prawie  siły,  co  Klaczko. 
Niezwykłą,  a  pomimo  despotycznego  i  szorstkiego  tempera- 
mentu, sympatyczną  naturą  był  Zygmunt  Jordan,  którego 
publiczne  nieszczęścia  i  własne  niepowodzenia  w  roku  1863 
rychło  potem  wpędziły  do  grobu.  Oficer  świetny  i  tęgi,  z  wielką 
podobno  wojskową  zdolnością,  bardzo  bystry  i  z  dyploma- 
tycznym nawet  obrotnym  rozumem,  pełen  honoru  i  godności, 
zbyt  dumny  niekiedy,  drażliwy  często,  usposobieniem  swo- 
jem czasem  drugich  gniewał,  ale  wartością  swoją  kazał  się 
zawsze  wysoko  cenić  i  szanować.  Później  także  przybył,  ale 
znaczył  między  nimi  bardzo  wiele  Bronisław  Zaleski,  i  Hen- 
ryk Wyziński,  profesor  uniwersytetu  moskiewskiego.  Umysł 
miał  bardzo  niepospolity,   serce  bardzo   szlachetne,  a  koniec 


L 


bardzo  smutoy,  w  melancbolii ,  która  się  stała  prawie  obłą- 
kaDiem  i  śmierci  jego  powodem.  Najbardziej  idealną  duszą 
młodzieńca  i  takąż  intelligencyą ,  byf  Horacy  Deiaroclie  '). 
Jedao  tylko  było  w  uim  zle,  to  taki  zbytek  dobrego,  taka  do 
wszystkiego  zdolność,  że  jednej  górującej  uie  było,  zdolnej 
utwierdzić  go  w  jeduem  powolaoiu.  Była  taką  wprawdzie 
zdolnośu  polityczna,  stworzony  byt  na  posła  i  mowiic:  ale 
przekotianianii  złączony  z  generacyą  roku  1830,  osobistemi 
stosunkami  przywiązany  do  rodziny  Orleańskiej,  nieprzyja- 
ciel zacięty  wszelkiełi  eezaryzmów,  jak  wszelkich  głosowań 
powszecbnycb,  za  cesarstwa  do  żadnej  służby  nie  byłby  wstą- 
pił, nawet  gdyby  zdrowie  zawsze  złe  było  mu  na  to  pozwo- 
liło. Zamiłowanie  i  znajomość  sztuki  niial  we  krwi,  jako  syn 
swego  ojca  a  wnnk  i  prawnuk  wszystkicb  Yeriietów,  a  wy- 
robił je  do  najdoskonalszego  zuawstwa  i  smaku.  Nikt  nie 
był  wrażliwszym  na  piękność,  nikt  zdolniejszym  wskazać  ją 
i  określić.  Ale  pociąg  i  zapal  był  prawie  większy  do  nauk, 
filozoficznych  i  lekarakicb  mianowicie.  Do  tego  uzdolnienia 
dodać  jeszcze  trzeba  wiarę,  pobożność  i  stałość  religijnych 
przekonań,  jakich  się  u  młodych  w  tym  stopniu  nie  spotyka, 
miłosierdzie  najcichsze  a  najczynniejsze  względem  ubogich, 
chorych,  opuszczonych,  nieszczęśliwych,  i  wielki  wdzięk  roz- 
mowy i  obejścia:  a  złoży  się  z  tego  istota  ludzka  rzadko 
wyjątkowo  piękna.  A  ten  prawie  ideał  stawał  się  dopiero 
ideałem  przez  to,  że  był  prawie  tyle  Polakiem  co  Francu- 
zem; że  nie  było  nigdy  cudzoziemca  coby  Polskę  lepiej  i 
wyżej  pojmował,  bardziej  do  niej  przylgnął,  głętiiej  rozumiał 
ezem  ona  może  być  dla  drugich,  i  jakimi  drudzy  mieliby  być 
względem  niej.  Z  mnóstwem  znajomości  i  stosunków,  z  do- 
skonałą znajomością  paryskiego  gruntu,  ze  zmysłem  prak- 
tycznym większym  niżby  się  zdawało,  Delarocbe  był  w  tych 
robotach  nieoceniony  radą,  pomocą,  rozimiem  i  darem  przy- 
ciągania drugich.  On  uczył  mlodycJi  Francuzów  co  to  Polska, 

')  Bliższa  o  jiim  wiadomość  w  Pr;eglii<ł2ie  Pulsi-im.  C/.erwiec 
1879. 


J 


on  ich  zupalał,  z  jego  szkoły  wyszli  tacy,  którzy  zostali 
wiernymi  do  śmierci.  Taki  byl  naprzykład  miody  adwoka,t 
Armand  Ravelet  (zmarły  Jako  redaktor  Mondea),  podówczas 
najgorliwszy  i  naj zdolnie j sny  z  młodych  autorów  artykułów 
i  brosznr  o  sprawach  polskich.  Inny,  obiecujący  jako  pisarz, 
dnin  talentu,  dużo  zapału,  liyl  Henryk  Lasserre;  ale  natura 
południowa,  wrażliwa  i  namiętna,  zapała  była  zdolniejsza 
jak  statku,  i  do  przesady  w  zapale  jak  w  oborzenin  skłonna. 
Jednak  wytrwał  i  teu  do  r.  1863,  i  na  wdzięczne  wspomnie- 
nie zasłużył,  bo  czasu  ani  trudu  nie  żałował,  szczerze  cłiciał 
pomagać  i  służyć,  i  niejeden  raz  l)ardzo  dobrze  coś  napisał. 
Ci  byli  katolicy  gorliwi,  i  z  kilkoma  innymi  związali  się 
w  bractwo  pobożne,  które  się  nazywało  Oewre  de  St.  6'fi- 
nidas,  a  Ka  cel  miało  chwalić  Pana  Boga,  dobrze  czyniąo 
Polsce.  Ale  byli  i  nie  kalolicy  wcale,  jak  stary  p.  Letelłier, 
niegdyś  bardzo  głośny  nawet  dziennikarz,  albo  i  podówczas 
głośny  i  znaczący  Elias  Regnault,  którzy  chętnie  le  informa- 
cye  i  inapiracye  przyjmowali  i  wedle  nich  pisywali.  Kiedy 
zresztą  o  Francuzach  mowa,  to  byłaby  niedokładność  i  nie- 
wdzięczność największa,  gdyby  się  opuściło  księd/.a  Lescoenr, 
autora  dzieł  tak  znakomitych,  że  pisane  w  doraźnym  prak- 
tycznym celu,  zostały  jako  żródla  i  podstawy  do  całego 
okresu  historyi  l^ościoła  w  Polsce,  Ale  ksiądz  Lescoeur  nie 
był  jeden.  Wpływ  Moniaitmberta  pierwszy  zdaje  się  usposo- 
bi! po  polsku  Oratoryanów,  utwierdził  zaś  ten  wpływ  Za- 
moyski, poczęśei  Dełaroebe  i . . .  Kalinka.  Ksiądz  Gratry, 
dwóch  braci  Perraud  —  (jeden  zmarły,  drugi  obecnie  Biskup 
w  Aiituu)  —  to  były  sprężyny  tej  akcyi,  która  nawet  w  lite- 
raturze francuskiej  i  w  kaznodziejstwie  zostawiła  piękne  pom- 
niki, pomniki  zarazem  tej  wspólności  i  łączności  francuskiego  i 
polskiego  ducha,  w  któnj  wtedy  wierzono,  za  którą  kiedyś 
oby  nie  płakano,  jak  za  dobruwołnie  utraconem  dobrem. 

Sekretarzem  biura  i  utrzymującym  jego  papiery  był  Ignacy 
Plichta,  syn  sekretarza  Rządu  Narodowego  w  r.  1830,  a  przedtem 
więźnia  w  Petropawłowskiej  cytadelli,  przyjaciel,  a  wiat  parę 
,niej  szwagier  Horacego  Delarorbe.   Jak  ojciec   był   jedną 


z  wielkich  powag  emigraoyi,  mtitka  (Emilia  z  Pilcfaowskicb) 
jedną  l  DaJBwiątobliwszych  a  zarazem  najmilszych  starych 
niewiast,  tak,  te,  każdy  ją  czcił  i  lg:nął  do  niej  z  jakiemś 
synowskiem  ncziiciem,  tak  syn  w  swoich  mlodycli  latach  i 
w  ewoim  rodzaju  byl  także  doskonałością.  Byl  l)ardzo  cichy 
i  skromoy,  a  bardzo  rozumny  i  przenikliwy:  zupełnie  bez 
żółci,  nie  ben  attyckiej  soli  w  dowcipie;  pewny  jak  skala, 
pracowity  i  pilny,  jak  rzadko  bywa  chtopiee  z  intellicencyą 
i  wyobraźnią  żywą;  w  przyjaźni  serdeczny  i  wierny,  w  przy- 
wiązaniu oddany  całą  duszą;  o  swojej  wartości  nie  wiedzący 
wcale,  a  o  sobie  tak  nie  myślący,  jak  żeby  go  wcale  nie 
było  na  świecie;  więcej  jak  szlachetny,  bo  w  każdein  nczn- 
ciu  i  położeniu  aż  nadto  prawie  delikatny,  pr/ytem  pełen 
życia  i  młodzieńczej  wrażliwości,  choć  napozór  bardzo  spo- 
kojny, był  z  urodzenia  i  z  natury  cnotliwy  a  przytem  bardzo 
miły,  i  im  lepiej  poznany,  tem  milszy.  Zbyt  często  taki  mło- 
dzieniec doskonały  nic  dochodzi  lat  męskich ;  i  on  umarł 
młodo  (w  roku  1866)  z  gwałtownej  jakiejś  anginy,  która 
zrazu  zdawała  się  nieznaezącym  bólem  gardła.  Przywołany 
(dla  ostrożności  tylko  jak  sądzono)  lekarit,  zbtadl  i  powie- 
dział, że  r^ecz  skończona,  niema  ratunku,  do  24  godzin 
musi  nmrzeć.  Kie  należą  te  szczegóły  do  naszego  przedmiotu, 
jednak  niceh  się  godzi  zapisać  jeden,  który  rzuca  niejakie 
światło  na  te  wybrane  dusze  i  na  te  charaktery.  Po  takim 
wyroku  doktora  trzeba  było  przygotować  rodziców,  oicnajmić 
im,  eo  na  nich  w  przeciągu  tej  doby  spaść  miało.  Oboje  my- 
śleli, że  syn  jest  tylko  Irochg  słaby.  Ojca  jakoś  uwiadomili 
w  kilku  razem:  ale  jak  powiedzieć  matce!  Wtedy  skazany 
na  śmierć  syn  oświadczył,  że  z  jego  ust  ta  prawda  będzie 
jej  jeszcze  najitnośniejszą  i  że  on  lepiej  niż  ktokolwiek  po- 
trafi ją  uspokoić.  Zostawiono  ich  samych,  a  po  godzinie  za- 
stano rozmawiających  o  jego  śmierci  z  takim  spokojem  i  re- 
zygnacyą,  jak  żeby  chodziło  o  zwykłe  rozstanie.  Świadkowie 
mówili,  że  to  było  coś  tak  wzniosłego  i  świętego,  że  zda- 
wało się  widzieć  śvv.  Augustyna  z  matką  po  tej  ostatniej 
rozmowie  opowiedzianej  w  Konfessyach  — z  tą   różnicą,   że 


I 


nie  matka   syna,,   ale   syn   matkę    przygotowywał   na   swoją 
śmierć  i  pocieszał. 

A  eói  wśród  nich  Kalinka?  Na  pierwszy  rzot  oka  nąj- 
nmiej  ze  wszystkich  zwracał  uwagi.  Nie  rohil  efiektti,  wy- 
dawał się  takim  jak  wszyscy  ludzie,  a  nawet  może  raczej 
odpychał  niż  pociągał.  Mały,  w  ruełiach  nie  /byt  zgrabny, 
później  w  sutannie  miał  i  postawę  lepszą  i  więcej  fizyogno 
mii.  Na  księdza  ta  głowa  i  postać  miała  duJio  charakteru 
nawet  harmonię;  jako  świecki,  w  świeckiem  ubraniu,  z  wą- 
sami i  bródką,  wyglądał  na  niezupełnego  księdza.  Może 
wodu  ruchów  i  układu,  może  przestając  wiele  z  pobożnymi 
Francuzami,  niechcący  przejął  od  nich  ten  układ  który  mię- 
dzy nimi  zdarza  się  nierzadko,  ale  dość,  że  gdyby  nie  szpi- 
czasta bródka,  moinaby  go  było  wziąć  za  zakrystyana.  Spo- 
sób mówienia  powolny  i  aż  nadto  dobitny,  z  mimowoJnemi 
ale  zbytecznenii  przyciskami  na  niektórych  syllabach  łub 
słowach,  dla  uieprzyzwyczajonyeli  był  nieprzyjemny,  a  mło- 
dych i  pustych  kusił  do  łatwego  udawania.  Do  tego,  każdego 
świeżo  przybyłego,  a  zwłaszcza  młodego,  bral  zaraz  na  exa- 
min:  cbeiał  przeniknąć  jaki  on  jest  i  czy  może  z  niego  co 
być,  a  ten  exauiiD  tern  mniej  się  podobał,  że  bywał  zwykłe 
nieszczególnie  zdany.  Dopóki  eliodztlo  o  rzeczy  ogólne,  du- 
cha prowincyi  iub  niegodziwości  rządn,  odpowiedzi  szły 
gładko,  a  młodociana  swada  znajdowała  pole  do  popisu.  Ale 
gdy  pytania  sięgały  głębiej,  do  rzeczywistej  znajomości  stanu 
kraju,  do  różnych  szczegółów  (podatkowych,  szkolnych,  ko- 
ścielnych itd.),  pokazywało  się,  że  esanilnator  znal  przed- 
miot daleko  lepiej  niż  examiuowany,  i  następowało  pewne 
upokorzenie  nie  bardzo  przyjemne.  Prócz  tego  jeszcze  badał 
delikatnie  i  dyskretnie,  ale  dość  stanowczo,  religijne  człowieka 
usposobienie  i  przekonania,  i  bardzo  prędko  przenikał  jego 
słabości  i  wady;  a  tern  wszystkiem  obrażona  osobista  god- 
ność młodzieńcza,  zżymała  się  i  pytała  in  pełto,  ,,co  jemu  du 
tego"?  Dość,  że  zrazu  Kalinka  wydawał  się  ze  wszystkich 
najmniej  uderzającym  i  najmniej  sympatycznym.  Ale  kto  po- 
nżej  i  bliżej  się   rzeczom   przypatrzył,    u  tego  to  wra- 


żeuie  zoiieniało  się  nieznacznie,  z  każdym  dniem  więcej,  aż 
po  niedlng;ieni  doświndcneniu  i  zastanowieniu,  zamieniało  się 
w  przekonanie,  że  właściwie  wszystkie  te  roboty  są  na  gło- 
wie Kalinki,  w  jego  ręku  się  skupiają  i  nu  nim  się  opierają 
jak  na  filarze  trzymającym  cale  sklepienie.  W  pewnym  szeze- 
góJnym  przymiocie  czy  darze,  każdy  z  towarzyszy  mógł  być 
świetniejszyrn  od  niego :  ale  iaden  nie  miał  tyln  przymiotów 
naraz,  i  żaden  lego  daru  żeby  o  wszystkiem  wiedzieć, 
wszystko  prowadzić,  nic  nigdy  z  oka  nie  spuśeić.  To,  eo 
miał  do  prowadzenia,  nie  było  to  ministeryum,  ale  w  mniej- 
szym zakresie  było  do  tego  podobne;  a  tym  spiritus  mo- 
vens,  który  wszystko  poruszał,  sprawy  rozpoczęte  posuwał, 
bral  inieyatywę  w  tych  które  podjąć  się  dały,  a  wszystkie 
do  ryclilego  i  porządnego  wykonania  doprowadzał ,  był  Ka- 
linka. Z  ludźmi  bardzo  uprzejmy  i  delikatny,  nie  przełożony 
nad  nimi  i  bez  podwładnych,  bez  piawa  rozkazywania,  skoro 
wszystko  było  służbą  ochotniczą  z  dobrej  woli,  umiał  przecie 
wszystkich  tak  krótko  trzymać,  że  go  słuchali,  tak  doglądać 
i  pilnować,  te  zawsze  mnsieli  zrobić  i  na  czas,  to  czego  się 
podjęli.  Miał  zaś  ten  dar  szczęśliwy,  że  zawsze  odgadł,  kto 
do  czego  może  być  właściwie  i  pożytecznie  użytym.  Ijudzie 
są  najrozmaitsi,  a  niebrak  między  nimi  ograniczonych,  tę- 
pych, niezdatnych.  Otóż  dla  Kalinki,  nikt  nie  był  niezdat^ 
nym;  w  głębi  swego  przekonania  musiał  wieln  uważać  za 
tępych  i  ograniczonych,  ałe  nawet  zupełnie  głupiego  nigdy 
nie  lekceważył,  ho  i  najgluiiszy  w  i)ewnym  razie  do  pew- 
nego rodzaju  roboty  właściwie  nżyty,  może  oddać  Jakieś,  cza- 
sem niepoślednie  usługi.  Do  tego  umiał.  Jak  nikt  drugi,  ludzi 
do  roboty  zaprzęgać.  Jak  on  to  robił?  Bez  kazań  i  morałów, 
ale  działał  na  nczucie  obowiązku,  na  patryotyzm,  na  wstyd, 
działa)  na  każdego  inaczej,  stosownie  do  Jego  usposobienia, 
ale  na  każdego  temi  środkami  i  na  każdego  swoim  przykła- 
dem. Fo  krótkiej  znajomości,  po  kilka  rozmowach  rozszerzał 
się  zakres  widzenia,  ukazywało  się  wyraźniej  i  liczniej 
wszystko  co  zrohionem  być  musi,  jeżeli  Polska  ma  się  dźwi- 
gać; mierzyło  się  i  liczyło  się  wszystkie   stopnie   upadku,  a 


im  niiej  się  stało,  tern  się  goręcej  pragnęło  i  stateczniej  Ślu- 
bowało uie  spocząć,  iiie  stanąć,  p6ki  się  wszystkich  sil  nie 
wyczerpie,  ieby  się  choć  trocLę  wyżej  wydobyć.  Nikt  nie 
umiał  jak  on  wziąć  człowieka  za  łeb  (żeby  się  rubasznie 
wyrazić)  i  wy(iol)yć  z  niego  wszystko,  co  ten  człowiek  przy 
swoich  zasobach  rozumu  i  zdolności  zrobić  był  zdolny.  Umysł 
połityczny  przede  wszy  stkiem  i  do  spraw  politycznych  głów- 
nie wówczas  zwrócony,  obejmował  równie  dobrze  i  równie 
żywo  bral  do  serca  wszystkie  sprawy,  pożytki  i  postępy  nauk, 
literatury,  języka,  nawet  sztuki  (choć  w  tej  jednej  jego  zmysł 
nie  był  tak  bystry  i  trafny,  jak  w  innych  gałęziach  cywili- 
zacyi), 

Nadewszystko  zaś  sprawy  kościelne.  Jakiemi  drogami 
i  stopniami  to  postępowało,  nie  wiemy,  ałe  to  pewna,  że 
w  tych  latach  (1860)  Kalinka  byl  nietylko  najściślej  prawo- 
wierny i  gorąco  pobożny,  ale  liyl  tak  przywiązany  (I(»  Ko- 
ścioła, jak  świecki  człowiek  jest  rzadko,  a  świecki  Polak 
jeszcze  rzadziej.  Powołanie  duchowne ,  sądzę,  że  jeszcze 
wtedy  wyraźnie  w  jego  sumieniu  się  nie  stawiało,  ale  mu- 
sialy  już  wtedy  zjawiać  się  czasami  pytania,  czy  nie  byłoby 
najlepiej  zostać  księdzem.  Przyjaciół  miał  i  kocliat  wielu  mię- 
dzy świeckimi,  ale  zwierzał  się  i  wywnętrzał,  o  sobie  samym 
mówił  tylko  księżom,  u  nich  szukał  rady  w  wątpliwościach 
sumienia  lub  walkach  zewnętrznego  życia.  Z  ks.  Kajsiewiczem 
łączył  go  JQŻ  wtedy  stosunek  bardzo  ścisły  wzajemnej  przyjażui 
i  ufności,  ale  i  pewnej  uległości.  Znakomitych  duchownych  fran- 
cuskich szukał,  znał,  nie  opuszczał  ich  kazań  i  konferencyj. 
Do  sakramentów  uczęszczał  pilnie  —  kto  wić,  czy  nie  jut 
wtedy  codziennie;  przynajmniej  w  pńżniejszem  życiu  zdarzało 
mu  się  mówić:  „kto  eodzieó  łjywa  n  komunii  Św.  i  odpra- 
„wia  godzinę  medytacyj,  ten  musi  skończyć  na  klasztorze." 
Duszą  jego  prac,  jak  początkiem  i  końcem  jego  rozmów,  był 
Bóg  i  Jego  służba,  Kościół  i  jego  miłość  —  służba  ojczyzny 
była  foi-mą  służenia  Bogu,  jej  miłość  częścią  i  stopniem  Jego 
miłości,  częścią  konieczną,  która  miała  w  sobie  swój  ceł,  ale 
nie  była  skończoną  i  z  tym  celem  czemuś  wyższemu  służyła, 


i  o  tyle  była  żywotna,  niezwyciężona  i  nieśmiertelna,  o  ili 
miłością  Boga  przejęta  i  prowadzona,  z  niej  czerpiąca  sil; 
na  wszystko,  w  niej  miała  pewną  igłę  njagnesową,  pizy  ktil 
rej  zbłądzić  nie  mogła.  W  tern  gronie  ludzi,  do  którego  na 
leżał,  był  Kalinka  i  jenerał  Zamoyski  skrajną  prawicą  ka 
tolicką,  jeżeli  się  tak  można  wyrazić.  Nie  było  tam  an 
jedDCgo,  któryby  przeciw  wierze  czy  Kościołowi  byi  w  czen 
wykroczył,  i  kiedy  w  Rzymie,  ogółem  wziąwszy,  byli  ni 
zbyt  dobrze  widziani  i  uważani  za  cblodnyeh  niepewnycl 
katolików,  i)ylato  niesprawiedliwość  pocbodząca  z  nieświado 
mości,  poniekąd  może  z  tego  zbyt  częstego  ii  cudzoziemcóv 
mniemania,  że  wszelkie  działanie  polskie  musi  być  konspiraejj 
nem  i  rewolucyjnem.  Na  dworze  rzymskim  zaś  bywali  zawszi 
ludzie,  starannie  w  tym  błędzie  utrzymywani  przez  intereso 
wanych,  i  łatwowiernie  poddający  się  temu  błędowi;  w  owyr 
czasie  liył  kardynał  Antonelli.  Co  być  mogło,  to,  że  jedei 
uważał  Index  za  niepotrzebny,  a  drugi  rząd  papieski  za  nie 
doskonały,  lub  podobnie;  takie  odstąpienia  od  rzymskici 
przekonań  być  mogły,  ważniejszyeb  nie  było.  Nawet  w  spra 
wie  władzy  świeckiej  —  a  ta  przecież  artykułem  wiary  ni' 
jest  —  WiadomoSci  Stały  szczerze  i  zupełnie  na  stanowiski 
rzymskiem.  Jakkolwiek  bądź,  ufność  prawdziwą  miał  Rzys 
tylko  do  Zamoyskiego,  i  do  Kalinki,  o  którym  (zapewn 
przez  księży  polskicłi)  już  był  coś  wiedział. 

Ustalony  i  rozpłomieniony  w  życiu  duehownem,  Kalinki 
byt  i  w  niem  energiczny  i  wielorako  czynny,  wstępnie  dzia 
łający  i  organizujący,  jak  wszędzie.  Cłiciat  należeć  do  wazyst 
kiego  co  należy  do  życia  clirześciańskiego ,  i  chciał,  żeb; 
wszystko  co  do  tego  życia  należy,  znajdowało  się  w  życii 
polskiem.  Z  lego  popędu  wyszła  ta  organizacya  miłosierdzi: 
i  zaszczepienie  jego  praktyki  wśród  młodzieży  polskiej,  uczą 
cej  się  lub  bawiącej  w  Paryżu,  polska  kouferencya  św.  Win 
eentego  a  Paulo.  Cbrześeiański,  ale  i  cywilizacyjny  ceł  i  po 
żytek  tego  Towarzystwa  zbyt  jest  znany;  w  Polsce  prawi 
go  wtedy  nie  było,  prócz  w  Poznaniu.  Zmusić  młodycb  Po 
laków    do    odwiedzania    cborycb    i   pocieszania    nieszczęśli 


■wycL;  przerwać  tyra  widokiem  oieustanDą  admiracyę  przepy- 
chów Paryża;  zbliżyć  ich  do  różnych  rodzajów  materyalnego 
i  moralnego  upudkii  i  skłonii:  iuh  do  dźwigania  upadłych,  co 
za  anlidottim  naprzód  przeciw  różnym  niebezpieczeństwom 
Paryża,  co  za  możliwy  dla  ohn  stron  pożytek  i  co  za  po- 
mnożenie zasobu  polskich  zasług,  jeieli  się  ta  praktyka  mi- 
łosierdzia rozejdzie,  rozkrzewi  po  Polsce.  I  nie  zawiódł  się 
Kalinka.  W  Paryżu  wiele  nieszczęśliwych  rodzin  polskich 
znalazło  pomoc,  a  nieraz  odzyskało  i  cześć  staraniem  tej 
konferencyi  która  do  dziśdnia  działać  nie  przestaje,  a  wielu 
jej  członków  po  powrocie  zakładało  nowe  po  miastach  pol- 
skich. Zakładał  je  i  sam  Kalinka,  i  jest  niezawodnie  jednym 
z  tych  co  do  rozszerzenia  Towarzystwa  Św.  Wincentego  u 
nas  przyczynili  się  najwięcej. 

Człowiek  przyzwyczajony  do  bardzo  czujnej  kontroli 
własnego  sumienia,  hamujący  wszelkie  poruszenie  uczucia 
gorszego,  czy  gniewn,  czy  złośliwości,  czy  miłości  własnej, 
dochodzi  do  takiej  władzy  nad  swoją  natnrą,  że  ją  z  cza- 
sem przemienia,  a  przynajmniej  przełamuje.  Tak  zaś  trzyma 
ją  na  wodzy,  że  ona  występuje  mało  i  mało  daje  się  poznać. 
Dlatego  psychologiczny  wizerunek  Kalinki  jest  do  zrobienia 
bardzo  trndny.  Dwadzieścia  kilka  lat  znajomości  i  przyjaźni, 
mogły  nie  wystarczyć  na  to,  by  dać  poznać  jakie  były  jego 
wady,  a  choćby  jego  słabości;  chyba  żeby  za  wadg  i  słabość 
chcieć  liczyć  to,  że  lubił  partyę  wista  z  mężczyznami,  a  wie- 
czorem przy  herbacie  rozmowę  z  paniami,  którą  on  miał  za 
światową,  a  która  zawsze  do  tego  zmierzała,  nieraz  się  i  na 
tern  kończyła,  że  te  panie  miały  coś  przedsięwziąć,  coś  zro- 
bić, coś  sobie  przyrzec...  To  pewna,  że  w  tych  latach 
z  gwałtownych  uniesień  i  oburzeń  Kalinki  młodego,  z  na- 
miętności i  zarozumiałości  Pęclawskiego  nie  zostało  nic.  Był 
spokojny,  łagodny  i  cierpliwy.  Namiętność  jeżeli  się  odzy- 
wała, to  w  oburzeniu  na  rzeczy  złe  lub  podłe,  ale  i  wtedy 
gniew  ledwo  wybuchnął,  zaraz  się  musiał  miarkować  i  wra- 
cać pod  posłuszeństwo.  Z  wrodzonych  ludzkich  skłonności, 
najtrudniejszą    do   pzezwyciężenia    musiała   być    dla    niego 

7 


duma.  Zkąd  ten  domysi?  Ztąd,  że  zmusaanie  się,  przełamy- 
wanie się  do  pokory  było  ustawiczne  i  było  czasem  aż  wi- 
doczne. W  tem  znak,  że  ze  wszystkieb  cnót  ta  muBiata  być 
najtrudniejsza,  że  ciągle  nam  siebie  pod  tym  względem  ob- 
serwował, ćwiczył,  cbciał  przez  zwyczaj  dojść  do  pialityki, 
przez  praktykę  przejąć  się  tą  cnotą.  Urazy  i  krzywdy  —  a 
zdarzały  mu  się  ciężkie  i  bolesne  —  zawsze  darował,  a  od 
pierwszej  chwili  znosił  cierpliwie,  nie  dawał  nic  po  sobie 
poznać.  Ale  żal,  gniew,  oburzenie,  odzywały  się  kiedy  zo- 
stawał sam,  i  szarpały  go  —  wiemy  to  napewue  —  tak,  że 
wałki  z  sobą  samym  bywały  bardzo  ciężkie,  a  uspokojenie 
się  i  przebaczenie  bardzo  trndnem  uad  sobą  zwycięstwem. 
Później,  jnż  w  kapłańskim  stanie,  musiał  się  pod  tym  wzglę- 
dem znacznie  zmienić  i  uspokoić. 

Stosunków  szukał  tylko  z  ludźmi  o  których  przypusz- 
czał, że  mogą  się  na  coś  przydać,  a  przyjaźnił  się  tylko 
z  tymi,  którzy  tej  nadziei  nie  zawiedli.  Z  tego  wynikało,  że 
ciioć  całą  emigraeyę  znal,  a  przynajmniej  mógł  znać  i  wi- 
dział, to  odwiedzał  tylko  takich  pożytecznych ,  o  innych  nie 
pytał.  Figury  i  domy  emigracyjne,  nieraz  bardzo  nawet  znane 
i  poszukiwane,  dla  niego  były  obce.  Tylko  w  pojęciu  tej  po- 
żyteczności był  bardzo  szeroki ,  i  gdzie  jakiś  pierwiastek 
dobrej  woli  zobaczył  (miał  zaś  na  to  wzrok  bardzo  liystry), 
łam  starał  się  zaraz  i  najczęściej  potralit  za  ten  jeden  włos 
człowieka  uchwycić,  do  roboty  go  wciągnąć,  a  w  górę  go 
ciągnąć.  Co  w  nim  było  zdumiewające  dla  tego  kto  się  już 
znać  na  nim  nauczył,  to  znajomość  natury  polskiej  we 
wszystkich  stopniach  złego  czy  dobrego,  i  na  wszystkich  sta- 
nowiskach. Z  wrodzonej  jakiejś  intuicyi,  z  tej  władzy  odga- 
dywania i  przeczuwania,  jaką  miewa  czasem  miłość  (i  miłość 
ojczyzny  także),  on  zawsze  każdy  postępek  zbiorowy  czy  oso- 
bisty, w  przeszłości  czy  teraźniejszości,  umiał  psychologicznemi 
powodami  objaśnić;  w  przyszłości  nmiał  prawie  zawsze  traf- 
nie odgadnąć,  jaki  postępek  będzie  skutkiem  danych  i  wi- 
docznych psychologicznych  powodów.  Ten  dar,  fa  znajomość, 
to  jedna  z  wielkich  sil  Kalinki  jako  historyka.  Jedna  z  na- 


czelnych  zalet  jego  bistoryi.  Jeżeli  znajomoSć  historyi  ma 
być  politycznie  skuteczną  i  pomocną,  to  musi  Lislorya  być 
zarazem  i  psycłiologią  narodu.  Takich  psychologów  Polski, 
jak  Kalinka,  mieliśmy  bardzo  niewieln,  I  wreszcie  jedna 
jeszcze  własność  którą  się  w  nim  odkrywało  prędko,  to  in- 
stynkt i  znajomość  polskiego  interesu.  On  ]irzecznwal  w  enem 
ten  interes  i  gdzie  le^y  tak,  jak  niektórzy  Indzie  cznją,  gdzie 
pod  ziemią  kryje  się  zdrój  wody ;  on  znal  wszystkie  jego 
szkopuły  i  niebezpieezefistwa ;  w  każdym  stosunku  i  położe- 
niu wiedział  jak,  którym  prądem,  którym  przesmykieni  tę 
biedną  lódż  puszczać,  żeby  się  nie  rozbiła,  żeby  w  jakiejś 
przystani  spoczęła ,  żeby  znalazła  to  co  jej  do  dalszej ,  do 
szczęśliwszej  żeglugi  potrzebno.  Ten  zmyel  polskiego  inte- 
resu, który  się  dal  poznać  w  Wiadomoiciach,  później  w  dzie- 
łach liistorycKnycli  i  wielokrotnie  w  galicyjskich  sprawach 
(choć  ksiądz  Kalinka  do  tych  czynnie  się  nie  mieszał),  tensam 
dawał  się  widzieć  i  w  praktycznem  d/.ialanin  na  emigracyi: 
aż  do  ostatka,  do  roku  1863.  Nie  przekonał  ani  pokonał 
strony  przeciwnej,  nie  udaremnił  jej  polityki,  nieszci^ęścia  nie 
odwrócił,  ale  był. 

7,  końcem  lutego  1861  zaczęły  się  czasy  najgorętszej 
czynności  Biura,  jego  usiłowań  podwojonych  w  kierunkn 
opinii  francuskiej  i  w  kierunku  opinii  polskiej,  którą  wypadło 
ostrzegać,  upominać,  oświecać,  nczyć,  zaklinać  wreszcie.  Za- 
częła się  walkii,  którą  ta  strona  emigracyi  prowadziła  z  dmgą 
energicznie  i  sumiennie,  i  w  której  przegrała. 

Doniesienia  o  pierwszych  (lutowych)  wypadkach  w  War- 
szawie, zastały  ją  nieprzygotowaną,  zaskoczyły,  wydały  się 
istotnie  czemś  przypadkowem ,  nie  obmyślanem,  może  szczę- 
sliweni  zrządzeniem.  Te  wypadki  miały  charakter  tak  wznio- 
sły a  pozór  tak  pomyślny,  żs  za  pierwszem  zdziwieniem 
przyszło  jakieś  uniesienie,  jakiś  niby  początek  nadziei. 
W  pierwszej  chwili  zdawało  się  naprawdę ,  że  moc  cofa 
się  przed  dobrą  sprawą  i  prawem ;  zakłopotanie  i  bezradność 
ks.  Gorczakowa,  który  rządy  Warszawy  zdawał  na  obywa- 
teli, a  pytał  czego  chcą  od  cesarza ;  zachowanie  się  ludności 


^ 


:  powabne  i  zręczue  razem,  zdawało  się  znakiem  zmiłowania 
.  Kiedy  stary  książę  Adam  ze  Izami  radości  powta- 
rzał: le  retsort  est  brise  —  wierzyło  się,  że  oq,  co 
znał  tak  doskonałe,  mógł  tloatrzegać  trafnie,  że  coś  się  w  niej 
złamało:  a  kiedy  wierzył  że  nadchodzi  łepsza  przyszłość  i 
rozjaśniał  się  nadzieją,  myślało  się,  że  za  wiek  cały  cierpień 
i  zasług,  Bóg  przetl  śmiercią  mo^e  nin  dał  tę  pociechę  do- 
brego przeczucia.  Naprawdę,  z  tem  rozrzewnieniem  i  rozra- 
dowaniem (które  tak  się  pięknie  odzywa  w  jego  ostatniej 
mowie  w  Towarzystwie  Historycznem  jj  maja  1861),  wyglą- 
dał trochę  na  Symeona  odchodzącego  w  pokoju,  bo  się  do- 
czekał Zbawienia  świata.  O  tem  nie  pomyślało  się  pod  pierw- 
szeni  wrażeniem,  że  nikt  (a  Polak  może  najtrudniej)  długo 
w  usposobieniu  wyjątkowo  wzniosłem  utrzymać  się  nie  może, 
a  ie  Roeya  nadługo  nie  może  być  dobrą.  Rychło  też  zaczęły 
się  rzeczy  wikłać  i  krzywić:  jedni  zbaczali  z  drogi  jasnej  i 
prostej,  na  której  stać  się  zdawali:  drudzy  pokazali,  że  sprę- 
żyna się  nie  złamała  tylko  ugięta,  ale  się  zaraz  (choć  zrazu 
ostrożnie)  podniosła. 

W  tych  wypadkach,  jakie  było  stanowisko  i  dKialunie 
Biura? 

Pierwszem  staraniem  musiało  być  oczywiście  to,  żeby 
w  sporze  między  PoJsltą  a  Rosyą,  opinia  francnska,  a  pod 
jej  działaniem  rząd,  stanął  po  stronie  Polski,  nie  Rosyi.  To 
jest  jasne,  i  z  tego  powodu  nikt  zarzutu  nie  robił.  Nie  było 
to  latweui,  bo  cesarz  miał  i  chciał  koniecznie  utrzymać  do- 
bre stosunki  z  Rosyą;  przecież  staranie  było  o  tyle  skutecz- 
nem,  ie  oświadczyć  się  za  Rosyą,  a  Polski  się  wyprzeć,  rząd 
francuski  nie  mógł,  było  niepodobieństwo  moralne.  Ileto  ko- 
sztowało zachodów,  trudów  i  czasu,  i  jakie  nastały  gorące 
czasy  pracy  dla  Biura,  to,  równie  jak  przebieg  jego  starań  i 
stanowisko  jego  w  każdej  chwili  tych  wypadków  aż  do  końca, 
pokazałoby  się  z  jego  papierów,  których  obecnie  niemamy  pod 
ręką.  Jedno  tylko  wspomnieć  musimy,  jako  należący  koniecz- 
nie do  życia  Kalinki  szczegół.  Mowa  księcia  Adama  na  po- 
siedzeniu Towarzystwa   Historycznego  3go  maja  1861  r.,  ta 


I 


ostataia  mowa  Księcia,  prawdziwie  jak  żeby  jego  pożegnanie 
z  Polską  i  dane  jej  ostatnie  błogosławieństwo,  a  zarazem 
doskonalą  dla  niej  nauka  i  rada,  byia  w  części  redagowana 
przez  Kalinkę.  Książę  sam  napisał  cały  jej  szkic,  a  niektóre 
wstępy  sam  wypracował,  naprzyklad  wspaniale  zakończenie. 
Ale  go  to  pisanie  męczyło  i  dlatego  wyręczał  się  Kalinką 
■w  tej  mierze,  ie  ten  ustępy  Środkowe  na  podstawie  szkica 
Księcia  i  pod  jego  dozorem  wykończył.  W  dwa  miesiące 
p<)żniej  książę  Adam  jnż  dogorywał.  Ostatni  list,  jaki  w  życin 
napisał  (drżącą  ręką  i  bardzo  krótki)  byl  do  tego  zaufanego, 
wypróbowanego  pomocnika  i  gorącego  wielbiciela.  Jego  także 
pomocy  użył  przy  pisaniu  swojej  ostatniej  woli,  tego  testa- 
stamentu,  który  był  ostatnim  jego  politycznym  aktem,  a  miał 
być  programem  i  regułą  postępowania  dla  politycznych  przy- 
jaciół i  stronników,  ubezpieczeniem  ich  kierunku  i  działania 
na  przyszłość.  Książę  częścią  dyktował  ten  testament,  czę- 
ścią mówił  co  w  nim  stać  miało,  a  napisane  uslępy  kazał 
sobie  czytać.  Własnoręcznie  mógł  go  już  tylko  podpisać. 

Sniierć  księcia  była  dla  ICalinki  ciosem  bardzo  bolesnym. 
Nie  przerwała  ona  przecież  i  nie  zmieniła  nic  w  czynnościach 
Biura  i  w  jego  polityce. 

Ale  czy  to  wszystko  było  potrzebne  i  czy  było  rozum- 
ne? Tak  ludzie  nieraz  i  pośród  nas  nawet  pytają.  Jedni 
przypisują  tym  emigracyjnym  zabiegom  winę  wypadków  18ti3, 
i  zwalają  na  tycli  ludzi  odpowiedzialność  za  ich  następstwa; 
drudzy  wątpią,  czy  było  już  nie  mądrze,  ale  poprostn  słusz- 
nie narzucać  się  państwom  zacliodnim  na  nauczyciela  i  upor- 
czywie ukazywać  im  ich  interes  tam,  gdzie  go  same  nie  wi- 
działy. A  przecież  one  tylko  mogły  i  miały  prawo  być  sę- 
dzią swojego  interesu;  przecież  one  muszą  rozumieć  go  le- 
piej niż  my?  i  jeżeli  one  mówią  (Franeya  naprzyklad),  że 
Polska  nic  ich  nie  obchodzi,  a  Rosya  nic  im  nie  szkodzi, 
owszem  wielce  im  jest  potrzebna  i  miła,  to  darmo,  możemy 
łego  żałować  ale  nie  możemy  zmienić;  a  ttczyć  ich  że  inaczej 
być  powinno,  to  jest  i  zarozumiałość  i  brak  praktycznego 
I"  zmysłu  i  nawet  brak  godności. 


Oilpowiedamy  na  to  pokrótce. 

Co  do  wypadków  roku  1863  naprzód,  ta  część  emigra- 
cji nietylko  ich  iiie  pragnęła  ani  przygotowywała,  ale  im 
się  od  początku  do  koiica  opierała;  dużo  wcześniej  niż  się 
na  nie  zanosić  poczęło,  już  ona  przestrzegała  przed  znaną 
teoryą  „utrzymywania  diiclia"  za  pomocą  rueliów  nie  prowa- 
dząeycłi  do  celu.  Błąd  więc  jeżeli  hyl,  to  mógł  byii  w  dwócli 
tylko  razaeii :  przed  wyl)ncłieni  w  nie  dość  energicznym  i  nie 
dośt;  praktycznym  oporze;  po  wybuchu  w  przyznaniu  się  do 
powstania  i  w  jego  popieraniu.  Caiy  i  o  ile  można  było  po- 
stąpić inaczej,  a  przynajmniej  dlaczego  tak  postąpiono,  o  tern 
niżej'.  Co  zaś  do  owej  zaroKumiałości  niby  i  naiwności,  która 
pojąć  nie  uiogla,  żeby  świat  bez  Polski  mógł  się  obchodzie, 
choć  mogła  się  przekonać  że  się  bez  niej  doskonale  obcho- 
dził? Niektórzy  z  nas  tak  zmądrzeli  nii)y  i  tak  spraktycz- 
uieli,  że  się  z  tych  emigracyjnych  niedorzeczności  dowcipnie 
śmieją,  i  uwierzyli  sami,  że  nic  naturalniejszego  jak  przy- 
jaźń Zaciiodu,  a  zwłaszcza  Francyi  z  Kosyą,  a  obojętność 
całego  świata  na  to,  co  się  dzieje  w  Polsce  i  z  Polską.  Nie 
można  im  się  dziwić  nawet,  bo  przekonała  ich  Francya  sama; 
jak  nie  można  także  dziwie  się  i  Francyi,  że  z  głębokiego 
żalu  do  Połski  za  to,  że  była  powodem  nieporozumienia 
z  Kosyą  w  roku  1863,  przeszła  do  otwartej  a  nawet  do  nie- 
szlachetnej antypatyi,  a  przez  Prusy  zdeptana,  raz  istotnie 
przez  Rosyę  od  powlóruej  napaści  zasłonięta,  przewidująca, 
że  te  dwie  potęgi  sąsiednie  kiedyś  zderzyć  się  z  sobą  będą 
musiały,  wmawia  w  siebie  i  w  Rosyę  tę  wrodzoną  niby  przyjaźń, 
sznka  w  tern  zładzeniii  pociechy  na  dziś  a  nadziei  na  jutro, 
i  z  łatwowiernością  nieszczęśliwych  rnzkochuje  się  we  wszyst- 
kiem  co  rosyjskie.  Kto  sam  wiele  razy  się  mylił,  ten  się  nie 
dziwi  pomyłkom  drugich,  i  psychologiczne  ieb  powody  zga- 
duje łatwo  a  widzi  jasno.  Przecież  nie  dziwiąc  się  temu  co 
jest  dziś,  a  rozumiejąc  doskonałe,  że  ćwierć  wieku  temu  Na- 
poleon in  z  Eosyą  zrywać  nie  chciał  i  ze  swego  stanowiska 
nie  był  powinien,  trzeba  wbrew  wszystkim  jiowiedzieć,  że 
owa  emigracyjna  polityka  miała  słuszność,   że   slan   Enropy 


miała  lepiej,  te  widziahi  dalej,  a,  przewidywała  trafniej, 
tai  \v8zy8tkie  gabinety  i   rządy. 

„Dane  hywa  Polakom"  —  nniwi  ksiądz  Kalinka  w  za- 
Łończeniu  drngiego  tomu  Sejmu  —  „chwytać  z  góry  rze- 
„czy  nie  codzienne,  nieraz  dziwne  i  niepojęte  dla  obeycli, 
„wKnieść  się  nad  pojęcia  ogóŁu,  przeczuć  jakoby  myśl  Bożą, 
„i  tę  myśl  bez  wyrachowania  i  korabinacyi  jedao  silą  dii' 
„cha  i  laski  nieba  w  życie  wprowadzać,  a  przynajmniej 
„stawił,  j  iko  program  do  wykonania  na  czasy  dalsze." 
Polityka  emigracyjna,  ta  niedorzeczna  niby  utopia  i  diiie- 
Ljoinne  zlndzeuie,  była  takim  programem  (na  dalsze  nieszczę- 
ni)  nie  na  dzisiejsze  czasy;  streścić  ją  można  w  krót- 
Łiei  toiniule  „Prawo  narodów  nie  będzie  prawdą,  dopóki 
Lsię  nie  oprze  ua  narodowem  prawie  własności."  Czy  było 
[zarozmniałością  głosić  tę  naukę?  Zarozumiałością  wydaje  się 
Łażda  wyższość,  dopóki  nie  zwyciężyła:  utopią  It^nżda  prawda, 
uopóki  własna  szkoda  nie  nauczyła  ludzi,  że  ona  jest  i  praw- 
E^ziwą  i  prostą.  W  tym  razie  była  ona  do  zrozumienia  tem 
łatwiejszą,  że  świat  europejski  z  własnego  długiego  doświad- 
jeżenia  mógł  się  już  dowiedzieć,  że  zbyteczny  wzrost  i  prze- 
Ewaga  jednego,  musi  się  obracać  na  szkodę  wszystkich;  że 
'nigdy  bezkarnie  nie  da  się  zniszczyć  to,  co  Bóg  stworzył  a 
wytworzył ;  i  że  elemeritarua  znajomość  spraw  uczy 
między  dwóch  stałycłi  i  silnych  sprzymierzeńców  wsuwać 
takiego,  ktoby  icii  przegradzał,  a  państwom  zaborczej  natury 
»borów  nie  ułatwiać,  ale  je  utrudniać  i  przyrodzonych  lub 
jhistorycznyeb  granic  nie  dać  im  praekraezać.  Do  tego  do- 
idaje  sumienie  i  honor  jeszcze  jedno  prawidło,  o  kłórcm  dziś 
mróżno  mówić,  ale  które  jest  prawidłem  w  zdrowej  i  daleko 
latrzącej  polityce:  rozróżniać  między  bezprawiem  a  prawem, 
a  faktn  dlatego  że  dokonany,  nie  uznawać  jeszcze  za  prawny. 
Wszystkie  te  nauki  historyi  i  polityki  stare  jak  Europa  a 
jasne  jak  słońce,  poszły  w  zapomnienie^  1  w  poniewierkę. 
'  z  korzyścią  dla  świata,  to  inne  pytanie.  Instynkt  potsk 
■az  miał  słuszność  i  okazał  się  trafnym,  a  gdyby  inni 
ichać  go  byli  chcieli,  byliby  na  tem  sami  wyszli  najlepiej. 


Nie  byłyby  Prnsy  tak  śmiało  darły  się  naprzód  w  samo 
serce  Francji ,  gdyby  nie  były  bezpiecznie  plecami  oparte  o 
Rosyę.  Nie  byłby  dawny  Elelctor  Brandeburski  dawnego  Ce- 
sarza Niemiec  z  Rzeszy  wyrzucił,  gdyby  od  Szlązka  do  Po- 
morza był  musiał  swoich  granic  pilnować  od  moiliwego  sprzy- 
mierzeńca Cesama.  Nie  —  poiityka  polska  nie  była  ani  nie- 
dorzeczna, ani  utopijna.  Jedno  było  w  tej  nadziei  złe,  to  że 
trałiia  sama  w  sobie  nie  umiała  być  taką  w  zastósowanin, 
w  wyborze  chwili:  „bez  wyracliowania  i  kombinacji,"  jak 
mówi  Kalinka.  Instynkt  bjl  wszystkim  wspólny,  do  kombi- 
nacji wszyscy  zdolnymi  być  nie  mogą.  A  w  emigracyi  wła- 
śnie ci  co  mieli  instynkta  tylko,  nie  chcieli  nigdy  tym  wie- 
rzyć i  iść  za  tymi,  co  rozumować,  rachować,  i  czekać  nmieli. 
I  ci  swoim  brakiem  myślenia  popchnęli  Polskę  do  kroku, 
którj  ją  zgubił,  i  Francji  przyniósł  szkody  nieobliczone,  i 
w  ramiona  Kosyi  ją  popchnął. 

Ze  to  grono  ludzi  do  powstania  pchało,  to  mogli  my- 
śleć i  mówić  tylko  tacy,  którzy  o  tych  ludziach,  ich  prze- 
konaniach, ich  politjee,  nie  mieli  najmniejszego  pojęcia  i  żad- 
nej zgoła  znajomości,  cboćbj  tyle,  ile  jej  powziąć  można 
z  prostego  przeczytania  Wiadomości  Polskich.  Ta  polityka 
emigracyjna  taksamo  powstania  nie  chciała,  jak  go  nie  cbciaia 
tak  zwana  Biała  Dyrekcya  w  Warszawie,  jak  Leon  Sapieha 
we  Lwowie,  jak  Adam  Potocki  lub  Mann  w  Krakowie  (ci 
ostatni  nie  mieli  żadnych  z  Biurem  stosunków  i  bjli  mn  ra- 
czej niechętni).  Wszjstkie  korespondeocye  {jeieli  będą  kiedy 
ogłoszone),  dowiodą,  że  Biuro  stanowczo  i  najusilmej  od  po- 
czątku do  końca  przestrzegało  przed  wszelką  organizacyą, 
i  od  ludzi  na  których  wpływać  mogło),  żądało  najenergicz- 
niej  żeby  do  żadnej  nie  dopuszczali,  każdej  opierali  się  ca- 
łemi  siłami. 

Ten  zarzut  jest  zupełnie  niesłuszny.  Zostają  dwa  inne: 
czemu  ci  ludzie  nie  oświadczyli  się  głośno,  jawnie  i  śmiało 
przy  margrabi  Wielopolskim;  i  czemu,  kiedy  powstanie  już 
wybuchło,  nie  oświadczjli  się  przeciw  niemu,  ale  dali  się 
w  nie  wciągnąć?  W  jednym  jak  w  drugim  razie   postępując 


■'inaczej,  byliby  moie  zdołali  wiele  złego  odwrócić ;  a  wpływ 
ł  mieli :  Andrzej  Zamoyski  i  jego  stronnicy  na  ieb  glos  byliby 
I  pewno  zważali. 

Obu  tym  pj  taiiiom  służy  najiritód  jedna  od|iowie(lż 
I  'Wspólna ; 

Zarzucano  emigracyi  zawsze,  że  chce  krajem  rządziło, 
Lnie  znając  jego  położenia,  kiedy  ))owinna  jego  natcliuień 
1  fiinebać  i  do  jego  potrzeb  swoje  działanie  stosować.  Emigra- 
[  cya  wiedząc  o  tern,  strzegła  się  piłnie  wszystkiego,  coby 
\  mogło  wyglądać  na  kierunek  przez  nią  krajowi  narzucony. 
rRoznrniała  i  wierzyła  że  nie  powinna  rządzić,  ale  trzymając 
I  się  tego  co  kraj  chce  i  robi,  dla  jego  zamiarów  opinię  za- 
L £Taiii<^2ii^  zjednywać.  Kobila  uwagi  i  dawała  rady,  ale  nie 
[lOna  wytykała  kierunek.  Nie  oświadczyła  się  za  Margrabią, 
•  bo  nie  oświadczył  się  za  nim  kraj ;  nie  oświadczyła  się  prze- 
|.ciw  pierwszym  powstańcom,  bo  nie  zrobił  tego  kraj.  Wjed- 
I  nym  i  drugim  razie  inicyatywa,  przykłady,  nie  do  niej  nale- 
I  iały  i  nie  od  niej  skutecznie  wyjSć  mogły. 

Co  zaś  do  margrabi  Wielopolskiego,  łatwo  jest   dziś 
-mówić  i  ganić,  ałe  słusznie  jest  pamiętać,    te   wtedy   ludzie 
I  nie  mogli  tak  czuć  i  myśleć,  jak  dziś.  Kiedy  zasada  wolnycłi 
I  narodowości  wydawała  sie  fimdamentem  przyszłego  urządze- 
[  Ilia  Europy,  ideałem,   w  którego  urzeczj wistnienie  wierzyli 
I  wszyscy;  ~~  kongres  wiedeński  zaś  wydawał  się  (jak  rzeczy- 
[  wiście   był)    zdartym    i   nikogo    nie    obowiązującym;  system 
[  Margrabiego  mógł  się  zdawać    wygodnym  i  korzystnym  sta- 
.  nem  przejściowym,   ale  stanem  na  stale  złym,  którego   nikt 
I  życzyć  sobie  nie  mógł.  Zaś  przyjmując  go,  oświadczając  się 
[  za  nim,  trzeba  było  zrobić  to  uczciwie  i  rzetelnie,  przyjąć  i 
dotrzymać  warunków.  Nie  mówiąc  o  tem,  że  prędzej  lub  póź- 
niej, ale  spodziewano  się  wyjścia  lepszego   niż  to,    było  do- 
świadczenie,   była  pamięć    Aleksandra  I,   która   mówiła,    że 
takim  zgodom  dowierzać  nie  można.  We  wszystkiem,  co  z  Pary- 
ża do  Warszawy  pisano,  powtarzało  się  zawsze,  żeby  broń  Boże 
Margrabi  nie  przeszkadzać,  owszem  pomagać,  żeby  do  wszel- 
kiej pod  nim  służby   wstępować.  Najgorętsi  i  najniesprawie- 


dliwsi  oskarżyciele  tych  ludzi,  ci,  kU\ny  żadną  miarą  nie  chcą 
czy  nie  mngą  rozróżnić  między  eniigracyą  spiskującą  i  rewolu- 
cyjną, a  tą,  która  taką  nie  była,  nawet  ci  przyznają,  że  Wła- 
dysław Zamoyski  swoim  wpływem  pomagał  Wielopolskiema 
w  Anglii  ').  Niechęci  do  Margrabi  nie  było,  jak  on  jej  nie  mii^ 
do  tycfi  hulzi,  z  którymi  owszem  parę  razy  szukał  stosunków, 
czego  ślady  może  się  tlotąd  w  paryskich  papierach  znajdają. 
Ostatni   raz,    hyio   to    w   jesieni    rokn    1S60,  przed  zjazdem 
trzech  monarchów  w  Warszawie.  Biuro  sądziło,  że  sumienie 
jak    polityka    nakazują   Polsce    zabrać    głos   w   tej   cliwili; 
chciało  jednobrzmiącego   memoryalu  z  Królestwa,  z  Wielko- J 
polski  i  z  Galicyi.  Memoryal  byl  ułożony,  opierał  się  na  wa- ' 
runkach   i  przyrzeczeniach  kongresu  wiedeńskiego.   Chodziło   . 
o  lodzi,  którzyijy  go  podali;  rzecz  była  tak  drażliwa,  że  wy- 
mawiali się  jedni  po  drugich.  Margrabia  łiyl  właśnie   w  Pa-- 
ryżu,  i  on  wydal   się  Zamoyskiemu  właściwym  człowiekiem. 
Odwagi  nie  zabraknie  mu  z  pewnością,   a  do  jego  politycz- 
nego zmysłu  myśl  ta  trafi.  Udał  się  więc  Zamoyski  do  Mar- 
grabi, który  w  zasadzie  pomysł  pochwalił,  memoryal  wziął 
do  przeczytania  i  w  parę  dni  |)óżmej  obiecał  dać  stanowczą 
odpowiedź.  Jakoż  przyszedł  do  Zamoyskiego,  i  miała  się  za- 
cząć dyskusya  w  obecności   Klaczki  i  Kalinki.  Nieszozęśli- 
wym  przypadkiem  i  nieostrożnością  Zamoyskiego  stfiło  się, 
że  w  tejsamej  chwili  znalazło  się  u  niego  paru  innych,  nie 
wezwanych,  których  Jenerał  pozbyć  się  nie   miał  jakoś   od-   ' 
odwagi.   Margrabia,   który   przed   nimi   otwarcie   mówić   r 
chciał,  a  wyobraził  sobie,    że  byli  i  wezwani  i  nwiadomle 
o  sprawie,  zraził  się  tern  i  mówić  już  nie  chciał.    Ale  adres  j 
przez  niego  ułożony  w  końcu   lutego  r.   1861,    był   w   treści   | 
swojej  z  owym  memoryałem  zgodny.    Jak  zaś  nie  łiylo  nie- 
chęci i  uprzedzeń  przeciw   niemu,   dowód   najlepszy  w  tem, 
że  po  jego  przyjściu  do  władzy  pierwszy  artykuł,  który  pu-   i 
bliczuość  francuską  oświecał  o  tem,  kto  byl  Margrabia,   dla   ' 
niego  w  najwyższym  stopniu  korzystny  i  przychylny,  wyszedł 


')  Lisicki:  Aleksitnder   Wielopolski.  T.  I,  str.  157. 


w  Dubatach  z  inicyatywy  Biura,  a  pisaay  hyl  przez  Klacz- 
kę. Wiary  w  jego  system  dlatego  być  nie  nioglo,  bo  było 
przekonanie,  że  jak  on  aię  dla  Polski  dobrym  okaże,  to  go 
Kosya  odwoła  i  obali.  Zupełnego  zaś  porozumie  nia  z  Mar- 
grabią i  zapału  dla  niego  nie  było  (w  tej  części  emigracyi, 
jak  w  kraju)  dlatego,  że  Margrabia  uchodził  za  autora  Listu 
(io  księcia  Metternicba,  na  który  przekonanie  tych  ludzi  go- 
dzić się  nie  mogło. 

Co  się  zaś  tyczy  roku  1863,  znowu  jeżeli  kto  miał 
oświadczać  się  przeciw  wybuchowi,  to  emigracya  dopiero 
w  drugim  rzędzie,  a  w  pierwszym  kraj.  Jeieli  znaczący  oby- 
watele w  Królestwie,  w  Galieyi,  w  Poznaniu,  nie  wyparli  się 
powstania  i  nie  powiedzieli  że  go  nie  chcą,  to  emigracya  za 
nich  zrobić  tego  nie  mogła ,  i  jej  rolą  było  tylko  starać  się, 
żeby  z  danych  wypadków  Jakąś  kor/yśó  wyciągnąć.  Dlaczego 
zaś  w  kraju  nikt  śmiało  i  otwarcie  nie  wystąpi!  przeciw 
temu  eo  się  gotowało?  Nie  żeby  potrzeby  nie  rozumiano: 
takiego  zrozumienia  i  to  w  najrozmaitszych  sferach  dowodzi 
choćby  korespondencya  i  ówczesne  pisma  osoby  znaczącej, 
a  z  tą  częścią  emigracyi  b>na|nmiej  nie  złączonej,  jak  panna 
Żmicliowska.  Ale  dlaczego  podobujch  nie  było  więcej,  dla- 
czego nie  były  głośniejsze  i  skuteczniejsze?  czy  j.  braku  od- 
wagi? W  pewuej  części  zapewne:  ale  więcej  dlatego,  że 
trudnem  było  przed  doświadczeniem  i  szkodą  to,  co  po  nich 
wydaje  się  koniecznem  i  obowiązkowem.  Dziś  rozumiemy, 
że  sniiiieiiie  i  miłość  ojczyzny  uakaznją  wystąpić  otwarcie 
przeciw  wszystkiemu  co  naraża  jej  byt,  choćby  miało  naj- 
ponętniejsze  i  najwznioślejsze  ideały  i  miana;  wtedy  zda- 
wało się,  Że  można  powstanie  odradzać  dopóki  go  jeszcze 
niema,  ale  od  chwili  jak  się  stało,  patryotyzm  i  lionor  nie 
pozwalają  głośno  powiedzieć  że  ono  złe,  choć  się  to  w  skry- 
tości  serca  wić  i  czuje.  Oto  jest  najistotniejszy  powód,  dla 
którego  po  22  stycznia  roku  18G3  nikt  przeciw  powstaniu 
nie  wystąpi!  w  kraju,  a  w  skutku  tego  nikt  w  tej  części 
emigracyi,  o  której  tu  jest  mowa.  Żel)y  ona  była  spiskowała, 
to  jest  zupełna  i  absolutna  nieprawdn:  jak  Jest  znowu  rze- 


czą  oczywistą,  ie  na  tę  dragą  spiskującą  i  ^or^aaizającą" 
część  eniigracyi  wpływać  i  działać  nie  mogła,  ani  jej  oczów 
otworzyć,  ani  na  zgubnej  drodze  powstrzymać, 

Kiedy  te  wypadki  wybuchły.  Kalinka  nie  był  w  Pa- 
ryżu, W  listopadzie  roku  1862  zaszło  pewne  między  nim  a 
kolegami  nieporozumienie.  Powód  był  następujący.  Potrzeba 
było  człowieka  pewnego  do  pilnowania  spraw  polskich  w  Rzy- 
mie. Kalince  wydtił  się  dn  tego  doskonałym  pewien  Francuz, 
z  którym  leż  zaczął  mówić  i  posunął  się  dość  daleko  w  ukła- 
dach, nie  przypuszczając,  żeby  inni  członkowie  Biura  mieli 
o  tym  człowieku  nie  takie  jali  on  wyobrażenie.  Pewien  apro- 
baty, gdy  zdał  sprawę  ze  swoicJi  rozmów  z  Francuzem,  po- 
kazało się,  że  inni  uie  mieli  do  niego  zaufania.  Ztąd  żal 
jednycii  do  Kalinki,  że  uię  nieostrożuie  posunął:  i  żal  jego, 
że  po  wszystkich  swoich  usługach  i  zasługach,  musiał  się 
wycofać  z  układów,  które  był  uważał  prawie  za  skończone. 
Wina  w  tym  wypadku,  wina  nieostrożnotici,  była  po  jego 
Btronie,  czego  na  razie  jednak  nie  widział  i  nie  czuł.  To 
pewna,  że  zajście  to  było  mu  bardzo  ł)olesnem,  tak,  że  wo- 
lał wyjechać  z  Paryża,  Udał  się  do  Rzymu.  Czy  uie  z  myślą 
wstąpienia  do  zakonu?  Być  może:  myśl  ta  z  pewnością  na- 
suwała mu  się  nieraz,  a  w  chwili  kiedy  był  zmartwiony  i 
dotknięty,  kiedy  sądził,  że  do  ulubionych  zajęć  paryskich 
nie  wróci  już  nigdy  —  (istotnie  nie  wrócił)  —  w  takiej  chwili 
on  musiał  koniecznie  wahać  się  i  sam  z  sobą  pasować,  ozy 
ma  pójść  na  księdza  lub  nie.  Bez  pewności  i  na  domysł,  ale 
sądzę,  że  cały  ten  czas  pobytu  w  Rzymie  był  tylko  długim 
namysłem,  przygotowaniem  do  postanowienia.  Głównym  jego 
powiernikiem  i  pośrednikiem  w  tej  sprawie  sumienia  i  po- 
wołania, był  ksiądz  Kajsiewicz,  z  którym  bardzo  wiele  (naj- 
więcej) przestawał.  Że  się  coś  między  nimi  ważyło,  to  było 
widoczne  po  obndwóch ;  obadwa  szukali  drogi  dla  Kalinki, 
cłicieli  dojść;  jaką  mu  przeznacza  ta  Wola  Hoża,  której  oba 
chcieli  być  sługami  i  narzędziami,  Wskazówką  i  dowodem 
tego  może  liyć  choćby  tylko  szczegół  następny.  Daleko  za 
murami,  na  drodze  Appijskiej,  jest  mały,  ubogi  i  opuszczony, 


zawsze  zamknięty  kościółek  Domim  quo  vadia.  Podanie  mówi, 
że  Św.  Piotr  widnąc  się  w  niebezpieczeństwie,  chciał  umknąć 
przed  prześladowaniem ,  i  tą  drogą  wychodził  i  Kzymu. 
O  parę  staj  od  miasta  zaszedł  mu  drogę  Pan  Jezus.  Sw.  Piotr 
zdziwiony,  zapytał:  „Domine  quo  vadis?"  —  Idę  do  Rzymu 
—  była  odpowiedź  —  „dać  się  ukrzyżować  zamiast  Ciebie, 
„kiedy  ty  nie  chcesz  być  ukrzyżowanym  za  mnie." 

Św.  Piotr  wróeil  do  miasta,  a  na  miejscu  tego  spotka- 
nia stoi  kościółek. 

Czyja  była  myśl,  nie  wiem,  ałe  do  tego  kościółka  wy- 
brali się  prosić  o  natchnienie,  co  mają  robić,  gdzie  pój^ć 
a,lbo  zostać,  żeby  przyjąć  ten  los,  teu  krzyż,  jaki  każdemu 
Bóg  przeznaczał.  Ksiądz  Kajsiewicz  miał  mszę;  słuchał  jej 
ksiądz  Kaczanowski  na  samem  wyjezdnem  do  bułgarskiej 
misyi,  już  z  brodą  zapuszczoną,  już  po  przyjęciu  wschodniego 
obrządku,  a  Kalinka,  także  na  rozstajnych  drogach,  przystę- 
pował do  Komunii  Św. 

Natchnienie  było  dobre  i  może  sprowadzone  przeczu- 
ciem, że  trzeba  im  nowego  pokrzepienia  i  nowych  sił,  żeby 
dźwigać  te  krzyże,  które  na  nich  i  na  naród  spaść  miały. 

Kalinka,  który  pomagać  i  służyć  chciał,  ale  nie  chciał 
przyjąć  odpowiedzialności  za  żadne  postanowienie,  za  kieru- 
'  nek  spraw,  wrócił  do  Paryża  ale  na  krótko.  Prosił,  żeby  go 
wysłano  na  jakieś  miejsce,  gdzieby  miał  tylko  polecenia  od- 
bierać i  wykonywać.  Wspólna  akeya  dyplomatyczna  trzech 
mocarstw  była  rozpoczęta;  zdawało  się,  że  z  jej  postępem 
będzie  dobrze  a  nawet  koniecznie  wciągać  w  nią  mniejsze 
państwa;  zdawało  się,  że  agent  polski  w  Szwecyi  może  się 
przydać.  Kalinka  pojechał  do  Stockholmu ,  gdzie  już  do 
końca  tych  wypadków  przebywał. 


V. 


Kiedy  powrócił  do  Paryża,  co  myślał  lub  zamierzał,  po- 
wiedzieć nie  umiemy;  to  co  się  działo  przez  uastępnyeli  lat 
dwa,  jest  nam  w  ogóle  bardzo  niedokladDie  wiadome.  Co  się 
działo  w  duszy  Kalinki,  to  może  zgadywać  po  sobie  każdy, 
kto  w  tjcli  czasacb  żyl  i  czul.  Że  przebył  wBtrząśnienie  stra- 
szne, wskazuje  clioćby  ta  okoliczność,  że  po  powrocie  wpadł 
w  chorobę  ciężką,  podobną  do  tej  która  go  zabiła  (zapale- 
nie mózgu),  był  w  wielkiem  niebezpieczeństwie,  do  zdrowia 
wracał  l)ardzo  pomału.  Opiekunem  jego  w  tej  chorobie  jak 
w  tyla  innycli  wypadkach,  był  Jeperał  Zamoyski  i  jego  ro- 
dzina. 

Co  dalej  począć?  co  robić?  co  jest  do  roboty  w  tem  roz- 
biciu, w  tem  zawaleniu  się  polskiego  świata?  Oto  było  nie- 
zawodnie (kiedy  przyszedł  do  zdrowia)  pierwsze  pytanie  czło- 
wieka, który  spoczywać  nie  nmiał,  który  zawsze  musiał  coń 
ratować,  coś  dźwigać  albo  naprawiać,  jakiemś  działaniem 
Boga  chwalić  a  ojczyźnie  służyć.  Co  robić?  rola  eniigracyi 
była  skończona.  Wpływ  polityczny  na  Zachód  wywierać  bę- 
dzie kiedyś  Polska  sama  jeżeli  będzie;  przed  tem  ktoby  tam 
o  jakiejś  akcyi  myślał,  ten  byłby  dzieckiem  albo  szaleńcem, 
a  tlómaozyć  i  przekonywać,  to  rzucać  groch  na  ścianę  albo 
ciąć  pałaszem  w  wodę.  Za  granicą  politycznie  nie  ma  do  ro- 
boty nie.  Wyświęcić  się  i  pójść  do  Zakonu?  To  postanowie- 
nie, blizkie,  zdawało  się,  przed  wj'padkami,   musiało  się  od- 


(lalić,  Die  było  jeszcze  dojrzale.  W  r.  1866  Kalinka  pytany 
raz  (przez  swego  kolegę  w  Biurze  a  później  w  Zakonie  Leona 
Zbyszewskiego),  coby  chciał  robić,  czegoby  jeszcze  dla  sie- 
bie pragnął,  dal  odpowiedź  charakterystyczną,  że  jeieli  czego, 
to  pragnąłby  zostać  sekretarzem  namiestnika  we  Lwowie. 

— '  Czemuż  nie  uaniiestnikiem ?  kiedy  już  marzyć,  to 
dobrze. 

—  Bo  sekretarz  daleko  więcej  może  robić  jak  namieatuik. 

To  marzenie  wskazuje,  że  się  życia  świeckiego  jeszcze 
nie  zarzekał;  dowodzą  tego  i  inne  rzeczywiste  starania.  Zo- 
Rtać  sekretarzem  namiestnika,  to  było  marzenie  do  spełnienia 
trudne;  ale  Wydział  krajowy  czy  mógłby  zkąd  dostać  lep- 
szego sekretarza  jak  Kalinka?  Zaczęły  się  (w  roku  1867} 
ostrożnie  nie  starania  nawet  ale  pytania,  czyby  Kalinka  nie 
mógł  mieć  widoków  na  taką  posadę.  Marszałek  ks.  Leon- Sa- 
pieha odpowiedział,  że  uominacyii  jego  obraziłaby  takich, 
którzy  od  początku  Wydziałowi  służą,  —  i  na  teni  się  skoń- 
czyło. Kownie  bezskuteczne  były  pytania,  czy  po  śmierci 
Adolfa  Mułkowskiego  nie  mógłby  dostać  się  do  Biblioteki  Ja- 
giellońskiej w  Krakowie.  Najbliższym  urzeczywistnienia  byl 
pomysł,  żeby  zostać  sekretarzem  nie  namiestnika,  ale  Rady 
Powiatowej !  Z  Podbajec  przychodziły  formalne  pod  tym  wzglę- 
dem propozycye.  Oto,  co  na  nie  Kalinka  odpowiadał  (w  li- 
ście do  )).  Ludwika  Kastorego  z  d.  28  września  1SG7  r.). 

„Twój  list  nietylko  mnie  nie  zdziwił,  ale  owszem,  byl 
„mi  jirawdziwie  przyjemny.  Oddawna  pragnę  jakiegoś  obo- 
„wiązku  na  ziemi  polskiej,  ściśle  ograniczonego,  któremn 
„byłbym  w  stanie  podołać.  Gdybym  był  księdzem,  tohym  za 'I 
„istotne  szczęście  poczytywał  sobie  mieć  parafię.  Chociaż  i 
„znam  zakresu  działania  Kady  Powiatowej  i  obowiązków  jej 
„sekretarza,  to  jednak  z  tego,  coś  mi  mówił  o  niej,  pojmuję 
,jej  ważność  i  przyjąłbym  chętnie  podobny  nrząd,  pod  je- 
zdnym wizakie  warunkiem:  żeby  była  nadzieja,  jeżeli  nie 
„pewność,  że  będzie  możua  przez  dłuższy  czas  na  nim  pra- 
„cować.  .  .  .  Jeżeli  Podhajce  przez  zetknięcie  z  Rusinami  cią- 
„gnęłyby  mnie  do  siebie,  to  jednak  tyle  się  już  zrosłem  z  ży- 


I  „cieni  uiiiikoweiu ,  że  tnitlnoby  mi  było  wyżyć  bez  pewnycli 
I  „naukowyeli  zasoliów.  Dlatego,  wyzuaję,  wolałbym  sekretar- 
B  pStwo  w  Dniliowie;  pisałem  o  tern  do  Stasia.  W  liście  swoim 
I  „wspominasz,  i.e  pensya  sekretarza  wynosi  pri)cz  mieszkania 
1,1000  (io  1200  rocznie,  ale  nie  dodajesz  czego.  Gdyby  to 
I  „miały  być  złote  polskie,  Io  chód  byłoby  dosyć  aby  się  wy- 
I  „żywić  kartoflami,  nie  dosyć  jednak,  aby  utrzymać  potrzebny 
I  „ton  z  członkami  Rady.  Jeżeli  zaś  mowa  o  reuskicb,  to  zkądże 
K„8ię  wezmą  pieniądze  na  sekretarzy?  .  .  .  Moje  lata  przepę- 
I„dzone  na  eniigracyi  nie  |)oalużJ5  mi  w  ki-ajii:  już  tu  wiele, 

■  jeżeli  mi  ich  za  złe  brać  nie  będą,  i  trzeba  będzie  dorabiać 
I  „się  na  nowo  po/jc)i,  jak  temu  lat  piętnaście  zaczynałem 
I  „w  Paryżu  Mniejsza  o  to,  bylebym  tylko  zoahtzt  jakieś  pole".... 
m  Widocznie  zatem  do  klasztoru  jeszcze  w  jesieni  r.  1867 
I^Bię  nie  wjbieia,  czy  jednak  zgoła  o  nim  nie  myśli?  to  inne 

■  pytanie.  Tensaui  pizjtoczony  list  kończy  się  poleceniem,  żeby 
■przez  październik  pisywać  do  niego  do  Soleames.  Wprawdzie 
■jeździł  on  tam  nieraz  i  nie  dla  siebie,  tylko  z  księdzem  Gue- 
Łpin  przy  goto  wy  vTał  Zycie  Sib.  Joiąfata,  które  tamten  miał 
■'właśnie  pisać.  Ale  i  rekolłekcye  tam  odbywał,  i  pewnie  bzu- 
Ikał  w  nich  natchnienia  i  postanowienia,  czy  ma  zostać  księ- 
■dżem  albo  nie. 

I  A  tymczasem  co  sam  robił? 

\  Nie  ma  nic  do  zrobienia  w  polityce,  ale  jest  jedna  wielka 

Kfeecz :  polityki  się  uczyć,  żeby  błędami  przeszłości  ostrzeżony 
[naród  nie  wpadał  w  podobne  na  przyszłość,  jeżeli  mu  kiedy 
'  przyszłość  jaka  się  otworzy,  Ale  na  jakim  przykładzie,  na 
jakim  przedmiocie  tę  naakę  wyłożyć?  Mało  na  którym  wy- 
kładałaby się  sama  tak  naturalnie  i  tak  wszechstronnie  jak 
na  życiu  księcia  Adama,  z  którem  się  łączą  wszystkie  trafne 
i  wszystliie  błędne  kroki  polityki  polskiej ,  od  pierwszego 
rozbioru  do  ostatniej  świeżej  zagłady.  A  do  tego  klóż  bar- 
dziej na  historyę  swego  żywota  zasłużył?  A  kto  znowu  bez- 
pieczniej pisać  ją  może,  jak  człowiek,  który  w  ostatnich  la- 
tach był  prawie  nieodstępnym  Księcia  pomocnikiem  i  powier- 
nikiem jego  myśli,   który   znając   go   doskonale    w  starości. 


luógl  przez  to  roKiimieć  dohrze  jego  myśl  i  jego  naturę  w  la- 
tach mloiiazycii,  który  nadto  był  do  iiieg:o  całą  duszą  przy- 
wiązany? Kalinkn  przedsięwziął  pisać  żywot  księcia  Adama. 
O  liistoryi  ani  myślał  jeszcze,  zapewne  nie  domyślał  się.  że 
iLjógl  ją  pisać;  czuł  się  tylko  na  siłael)  napisania  biografii. 
Ale  kiedy  nad  tą  zaczął  rozmyślać,  dostrzegł  zaraz  z  tym 
instynktem  łiistoryka,  który  w  nim  tkwił  bezwiednie,  że  Iii- 
storya  księcia  Adama  jeżeli  ma  coś  znaczyć  i  czegoś  uczyć, 
to  musi  rozwijać  się  na  tle  tiistoryi  polskiej ;  a  jeżeli  ma 
być  zrozumiałą,  to  musi  być  opartą  o  wypadki  dawniejsze, 
wynikać  z  całego  tego  politycznego  stanu  Polski,  wśród  litó- 
rego  książę  Adam  eliowal  się  i  dojrzewał,  którego  skutki 
dźwigało  jego  pokołenie  i  on  sam.  Wziął  się  więc  Kałinka 
do  studyów  nad  epoką  Stanisława  Augusta,  W  tymsamym 
czasie  znalazły  się  w  Paryżu  z  Petersburga  przywiezione  pa- 
piery króla.  Kalinka  je  zobaczył,  książę  Władysław  Czarto- 
ryski nabył  i  postanowił  ogłosić.  Wydaniem  miał  się  zająć 
Kalinka.  W  ten  więe  materyał  zagłębił  się,  i  zawsze  z  my^- 
śłą  o  żywocie  księcia  Adama,  jako  wstęp,  jako  tło  do  tam- 
tego pisał  tę  książkę,  która  wyszła  w  r.  1868,  jako  Osta- 
tnie lata  Stanisłaiea  Augusta. 

Tytuł,  niezupełnie  stosowny,  odpowiada  raczej  dzieła, 
które  w  myśli  autora  podczas  pisania  tej  książki  powstawać 
zaczęło,  aniżeli  tej  książce  samej.  Sejm  czteroletni  a  nastę- 
pnie dwa  rozbiory,  to  byłyby  ostatnie  łata  Stanisława  Augu- 
sta. Czy  Kalinka  zamierzał  kiedy  opisać  je  wszystkie  do 
końca?  Może;  ale  w  każdym  razie  zamiar  nie  trwał  długo, 
bo  od  chwili  jak  zaczął  pisać  Sejm,  powtarzał  zawsze,  że  nie 
zdobędzie  się  na  odwagę  opisywania  tego,  co  się  działo  po 
Bboficzenin  kampanii  r.  1702.  Jakkolwiekbądż,  tylko  takim 
przelotnym  zamiarem  tisprawiedliwić  się  da  ten  tytuł.  Miał 
on  odpowiadać  czasom  od  r.  1788  dalej,  a  dzieło  pierwsze 
miało  służyć  tylko  za  wstęp,  sti-eszczone  opowiadanie  dziejów 
Stanisława  Augusta  aż  do  r.  1787,  potem  w  dokumentacłi 
myśli  i  zamiary  przymierza  z  Rosyą  i  podróż  do  Kaniowa, 
czyli   sytnacya   połitj-czna   poprzedzająca   bezpośrednio   sejm 


115 


konstytucyjny,  i  z  nim  najściślej  połączona.  Że  to  w  myśli 
autora  był  wstęp,  dowód  jest  choćby  tylko  w  kartacłi  liczbo- 
wanyeh  cyframi  rzymskiemi,  któremi  się  zwykle  odróżnia 
przedmowy  i  wstępy  od  dzieł  samych.  Dokumenta,  prawda, 
w  drugim  tomie  ogłoszone,  dochodzą  do  ostatnich  lat  króla 
i  królestwa  (Dziennik  Bułhakowa  do  r.  1792,  Listy  Kata- 
rzyny aż  do  samej  abdykacyi).  —  wszelako  gdyby  autor  nie 
był  myślał  o  pisaniu  tych  dziejów,  byłby  zapewne  wydał 
„Dokumenta  do  ostatnich  lat  Stanisława  Augusta,  z  wstępem 
napisanym  przez  W,  Kalinkf%  a  nie  Ostatnie  lata  Stani- 
sława Augusta  y  któryto  tytuł  zapowiadał  tych  lat  opraco- 
waną historyę.  *). 

Ale  mniejsza  o  tytuł  lub  o  zamysły  nie  wykonane.  Ja- 
kie jest  to  co  Kalinka  wykonał,  oto  pytanie. 

To  co  wykonał,  to  jest  nie  wielki  tom,  ale  streszczenie 
(jako  takie  dość  obszerne)  panowania  Stanisława  Augusta  aż 


')  Niedawno  w  jednem  ze  wspomnień  pośmiertnych  o  ks.  Ka- 
lince zdarzyło  nam  się  czytać,  że  dokumenta  ogłoszone 
w  drugim  tomie,  mają  nie  wielką  wartość  i  wagę.  Przypo 
minamy  czytelnikom  naszym,  że  obejmują  one  korrespon- 
dencyę  króla  z  Kicińskim,  w  której  król  nietylko  zapisuje 
dzień  za  dniem  swoją  podróż  do  Kaniowa  (mniejsza  o  to), 
ale  mówi  nieustannie  o  swoich  planach  i  widokach,  o  prze- 
szkodach jakie  spotyka;  daje  poznać  otwarcie  co  myśli  o 
ludziach,  z  którymi  ma  do  czynienia;  wreszcie  (choć  może 
niechcący)  daje  doskonale  poznać  i  siebie.  Dział  drugi  obej- 
muje listy  króla  do  Katarzyny  i  jej  do  króla  (wszystkie 
jakie  się  przechowały)  od  r.  1788  do  końca  1795.  Trzeci 
dział.  Potem  kin  i  jego  stronnictwo,  jest  najzupełniej  szem  ja- 
kie posiadamy  źródłem  do  przedwstępnych  przygotowaw- 
czych działań  Targowiczanów  przed  zawiązaniem  konfede- 
racyi.  Poufna  korrespondencya  króla  z  jego  posłem  w  Lon- 
dynie (od  r.  1788  do  1793),  w  której  król  znowu  donosi 
wszystko,  co  się  ważniejszego  dzieje  i  co  sam  myśli,  sta- 
nowi dział  czwarty;  ostatnim  jest  Dziennik,  w  którym  po- 
seł rosyjski  w  Warszawie  zapisuje  swoje  czynności  i  wy- 
padki od  końca  grudnia  1791  r.  do  końca  czerwca  1792  r. 
Jakim  sposobem  dokumenta  tej  treści  i  od  tych  osób  po- 
chodzące mogą  być  małej  wagi,  trudno  nam  pojąć. 

8* 


do  jego  spotkania  z  Katarzyną  w  Kaniowie.  Streszczenie  (po- 
wiedzmy z  góry)  takie,  na  jakie  zddbyć  się  mógł  tylko  do- 
skonały historyk  i  znakomity  polityk.  Wyciśnięta  jest  i  krótko 
podana  sama  essencya  tyeli  dziejów,  a  w  niej  wszystko  to 
co  najistotniejsze,  co  stanowcze  i  rozstrzygające  w  położenia 
narodu,  i  wszystkie  zwroty  i  zmiany  w  tym  przeciągu  ezasn 
dokonane,  z  powodami  i  wpływami  które  je  sprowadziły,  ze 
skutkami  i  warunkami,  jakie  one  znowu  Rzeczypospolitej  na- 
kładały, A  więc  Rzeczpospolita  pod  rosyjską  gwarancyą,  i 
w  sąsiedztwie  tego  Państwa,  przywykłego  już  wojska  swoje 
kiedy  chce  w  granice  Polski  wprowadzać  i  z  pomocą  tych 
wojsk  i  naszych  fakcyj  robić  w  Polsce  co  chce.  Te  fakcye, 
to  wielkie  domy  znarowione  już  do  tego  stopnia,  ie  bez  uwagi 
i  skrnputu  udają  się  do  państw  obcych,  do  Itosyi,  o  popar- 
cie i  przeprowadzenie  swoich  zamysłów;  na  tronie  król,  który 
do  niego  doszedł  —  przez  alkowę  —  który  zatem  ani  po- 
wagi, ani  nfności  w  narodzie  nie  ma.  Honor  narodu  jest  uim 
upokorzony,  patryotyzm  jest  nim  oburzony  i  widzi  w  nim 
tylko  narzędzie  Katarayny,  a  wszystkie  ambicye  i  wszystkie 
zazdrości  nienawidzą  go,  bo  on  jest  królem  a  nie  jaki  inny. 
Złe  i  dobre  uczucia  narodu  składają  się  na  to,  żeby  położe- 
nie tego  królu  zrobić  najtrndniejszem  na  świecie,  a  on  sam 
go  nie  ułatwia,  bo  nie  ma  tego,  czego  potrzeba  żeby  usza- 
nowanie w  narodzie  wymusić,  powagę  i  zanfanie  zdobyć. 

Jednak  ten  król  ma  rozum,  widzi  dobrze  słabość  Rze- 
czypoijpolltej ,  wić  jak  na  nią  stopniowo  radzić,  radzić  cbce 
i  zaczyna.  Po  dwuletnich  staraniach,  wprowadza  na  sejm  ro- 
kn  1766  pierwsze  początki  reformy  —  glosowanie  większo- 
ścią w  materyach  skarbowych  —  pierwszy  zamach  na  Libe- 
rum veto.  Opozycya  w  porozumieniu  z  Repninem,  przez  niego 
zagrzewana,  odrzuca  to,  ale  mimo  porozumienia  z  Repninem, 
odrziiea  żądania  rosyjskie  względem  dyssydentów:  czyli  je- 
dną ręką  utrwala  nierząd  wewnętrzny  a  drngą  sprowadza 
zawikłania  zewnętrzne.  Król  widząc,  że  uaród  tak  jest  sta- 
nowczy w  kwesiyi  dyssydentów,  odrzuca  żądania  Repnina: 
jest  stały,  nie  ustępuje.  Ale  wtedy  ustępuje  i  godzi  się  z  Re- 


ypoinem  opozyoya:  przyzna  niektóre  prawa  dyBsydeatoni,  byle 
jej  Lilenim  VBto  zachowano  w  całości.  Układ  staje:  noty  ro- 
syjskiego kanclerza  ukazują  w  milej  perspektywie  nawet  de- 
tronizacyę  Pnna  Stolnika  Litewskiego ;  wojsko  rosyjskie  wcbo- 
dzi  {w  liczbie  30,000),  i  ośmdziesiąt  tysięcy  podpisów  po- 
ki^ywa  prośbę  do  Katarzyny  o  gwaraneyę  ustaw  kardynalnych 
Ezeczypospołitej.  (Ustęp  o  konfederacyi  radomskiej  jest  je- 
dnym ze  świetnych  w  tej  książce). 

Król  teraz  widzi,  że  nie  on  aie  Repniii  w  I'olsce  rzą- 
dzi; że  tylko  nie  obrażając  jego  przewagi,  ulegając,  podłażąc 
kiedy  skoczyć  (jak  się  przekonał)  nie  motna,  potrafi  jaką 
małą  poprawę  Rzeczypospolitej  przemycić;  ulega,  poddaje  się, 
rezygnuje  się  iiic  bez  pozwolenia  nie  robie,  a  tak  robić,  żeby 
mu  przecie  coś  poprawić  pozwolono. 

Spostrzegli  się,  że  zrobili  podłość  i  samobójstwo.  Ode- 
zwa! się  honor  i  miłość  ojczyzny,  i  chciano  odroliić  to  co 
zrobiono.  „Konfederacya  Tyszowiecka",  mówi  Kalinka,  „wy- 
„prowadziła  Rzeczpospolitą  z  gorszego  nieszczęścia,  ale  nie 
„byłaby  zdołała  tego  zi'obić,  gdyby  była  zrywała  naraz  z  Ka- 
„rolem  Gustawem  i  Janem  Kazimirzem",  A  tak  właśnie  zro- 
biła Barska. 

A  po  niej  zwrot  nowy  —  ten  stanowczy  i  zabójczy  — 
piei-wszy  rozbiór  i  ohydny  sejm,  i  pienvszy  wielki  niedaro- 
wany  i  niepowetowany  grzech  króla  względem  Rzeczypospo- 
litej. Kalinka  rozumie  i  daje  doskonale  pojąć  psychologiczne 
powody,  które  Stanisława  Augusta  skłoniły  do  podpisania 
pierwszego  rozbioru;  nie  podejrzywa  jego  dobrej  wiary  ani 
woli,  tylko  twierdzi,  że  uietylko  honor  polski  i  królewski,  ale 
rozsądna  polityka  kazała  mu  podpisu  odmówić,  być  godnym 
i  odwHżnym,  niech  się  dzieje  co  chce.  Ale  na  to  tego  króla 
nie  było  stać. 

Po  rozbiorze  został  jak  jaki  ki-ól  Pergamu  liib  BUynii 
pod  protektoratem  Rzymu ,  ze  StaQkelbei'giem  za  dozorcę, 
z  postanowieniem  i  rezygnacyą  żeby  się  w  niczem  nie  sprze- 
ciwić, bo  wszystko  mogło  byt  Polski  narazić.  W  tern  niial 
znowu  słuszność.  Rąk  nie  zakłada!,  robi!  wiele,  niejedno  po- 


prawił  przez  te  lat  dwanaście.  Ale  derpliwy  i  potulny,  czn 
że  to  wstyd  dla  niego  i  dla  narodu,  że  tak  zostać  nie  p( 
winno,  że  łiez  szkody  nawet  długo  zostać  nie  może ;  stant 
wisko  zbyt  upokarzające  jest  także  śmiertelną  chorobą.  Wy 
padła  wojna  Knsyi  z  Turcyą.  Do  wojny  tej  się  wniieeziw 
przez  wojnę  atawę  i  wprawę  wojenną  Polski  poprawić,  je 
stanowisko  podnieść,  a  kto  wić,  w  dobrym  razie  może  n 
sprzymierzonej  Kosyi  wyniódz  jaką  korzyść  poiiiyczną?  Zt 
myślą,  którą  Kalinka  ma  za  błędną,  wybrał  się  Stanisłai 
August  do  Kaniowa;  jego  tam  przyjazd,  jego  dwór  łW Ki 
niowie,  i  świetny  tiniący  go  swoim  blaskiem  (a  pełen  jPnh 
laków)  dwór  Katarzyny  w  Kijowie,  to  rozdział  ostatni,  p 
po  którym  jnż  antor  nstępuje,  a  król  sam  w  listach  do  K 
cii'iskiego  opowiada  co  myśli  i  robi. 

Na  tem  tle  dopiero  rysują  się  Indzie  i  działania.  Ludzie 
Rzecz  to  jnż  uznana  i  wiadoma,  że  Kalinka  był  mistraei 
w  kreśleniu  historycznych  wizerunków:  przenikał  człowiek 
nawskróś,  czytał  w  jego  dnszy  te  złe  i  dobre  ncziida  i  mj 
-śli,  które  w  nim  działały,  i  opisywał  go  bez  namiętnośe 
bez  oburzeń  ani  uniesień,  ale  tak  wyraziście,  że  człowiek  stt 
jak  żywy,  a  tak  dokładnie,  że  nic  w  tej  naturze  nie  zosta 
wało  tajnem  i  niezroznmialem.  W  malowaniu  swoich  portrf 
tów,  on  nie  ma  tego  kolorytu  ponurego  a  effektowego,  tyc 
nieśmiertelnych  słów  nienawiści  i  pogardy,  jakiemi  Tacj 
piętnuje  podłości  i  zbrodnie  —  nic  gorsze.  On  nawet  o  Ks 
tarzynie  pisze  spokojnie,  nawet  Ponińskieniu  nie  ptuje  w  twara 
Hamuje  się;  myśli  (i  zapewne  słusznie),  że  historyk  awi 
sąd  powinien  wyjawić,  ale  nie  swoje  uczucie,  nie  swoją,  ni< 
nawiść  i  gniew.  A  na  tym  sposobie  prawda  nic  nie  Iraci 
Katarzyna,  jej  dwór,  jej  naród,  nic  nie  zyskują,  dostają  wszystk 
co  im  się  należy.  Nowego  o  Katarzynie  nic  powiedzieć  ni 
mógł;  wszystkie  jej  bezwstydy  w  rozpuście  czy  w  kłamstwie 
wszystkie  znane  są  od  wieku.  On  się  nie  bawi  w  opisy  tyo 
obrzydliwości,  wspomina  o  nich  krótko,  ile  konieczność  wj 
maga;  jej  zdolność  nadzwyczajną  i  jej  rosyjski  pairyotyzr 
doskonale  widzi  i  bez  ogródki    przyznaje;    ani  jej  nie  krzj 


wJzi,  ani  sobie  iiie  Krobi  tej  przyjemności  żeby  ją  przedsta- 
wić z  effektera,  w  całym  apokaliptycznym  majestacie  jej  ba- 
bilońskiego panowania  i  wszeteczeiistwa ;  oddaje  jej  sprawie- 
dliwość, najczęściej  przyznaje,  że  postępowała  mądrzej  od 
WBzysIkicli.  Ale  robi  to,  czegoby  inny  nie  potrafił:  przenika 
Katarzynę,  pokazuje  jeden  po  drogim  (a  zawsze  z  dowodami, 
nigdy  iia  domysł)  wszystkie  pierwiastki  jej  charakteru  i  jej 
roaumu;  wykazuje  podobieństwo  między  jej  a  narodowym  ro- 
syjskim ch;irakteremidnebeni;  tlómaezy,  że  ona  jest  i  logicznie 
być  ifinsi  bistorycznym  ideałem  tego  narodn,  a  w  końeu  dopie- 
ro, jako  wniosek  mówi  to,  eoby  Katarzynę  ze  wszystkiego  na 
świecie  najbardziej  bolało  i  wstydziło.  „Ducb  Katarzyny  wciąż 
„się  jeszcze  nad  tym  iiarodem  unosi  i  wciąż  go  popycha  na- 
jprzód coraz  dalej,  coraz  szylicej,  aż  dojdzie  do  końca.  Gdzie 
„koniec?  Zbrodnie  zbyt  wielkie,  pomyślność  zbjt  trwała,  aby 
„Rosya  spostrzegła  się  jeszcze  na  czas,  i  sprawdzi  się  ta 
„może  to  słowo,  że  długie  powodzenie  bywa  czasem  najsu- 
„rowszą  karą.  Zwyciężona,  Ro.sya  nie  zatrzyma  się  tam,  zkąd 
„wyszedł  jej  zamach  ostatni;  gnieść  ona  umić,  przyswoić  nie 
„zdoła,  i  wszystkie  narody  przez  nią  zdeptane,  da  Bóg,  pod- 
„niosą  głowy.  .  .  .  Wówczas  po  strasznych  szarpaniach  i  bó- 
„laeh,  otworzą  się  jej  oczy,  i  spostrzeże,  że  ów  wiek  czy  pó!- 
„tora  kłamanej  wielkosLi,  były  epoką  jej  moralnego  upadku ; 
„zmarnowane,  w  dzie)ach  następnym  pokoleniom  nie  zostawią 
„nic,  prócz  i!C7DCia  nbtjdu  i  zasłużonych  nieszczęść  pamięci". 
Naprzeciw  poitretu  Katarzyny,  jeszcze  doskonalszy,  sta- 
ranniej wymodelowanj  portret  Stanisława  Angnsta.  Pierwszy 
w  naszej  historyogratii  jego  portret  prawdziwy.  Historyk  po- 
sądzany niekiedy  o  słabość  a  przynajmniej  zbyteczną  dla 
króla  pobłażliwość,  ule  zataja  nic  dobrego  jakie  w  nim  było, 
to  prawda;  i  nie  zwala,  co  zawsKe  najłatwiej,  całej  winy  na 
niego.  Ale  w  tem  właśnie  jego  wyjątkowa  zdolność  i  takt, 
czniość  jego  sumienia  Jako  historyka  i  jako  Polaka,  że  umiś, 
jak  mało  kto  drugi,  ani  o  dobrem  ani  o  ziem  nigdy  nie  za- 
pomnieć; jedno  i  drugie  w  diiszy  Stanisława  w  prawdziwym 
Btopnin  pokazać,    złożyć  te  pierwiastki  razem  tak,  4e  dosko- 


uale  do  siebie  przystają,  a  oddając  gdzie  oaleiy  iiznaoie  albo  J 
współczucie,  nigdy  nie  pójść  za  daleko  w  zaufaniu  do  króla  1 
ani  w  szacunku.  Tę  miarę  zachowuje  on  wiernie  i  doskonale  f 
w  tera  jak  w  pomniejszeni  swojeni  dziele,  i  dlatego  ten  wi- 
zerunek jest  tak  mistrzowski,  dlatego  ten  sąd  tak  mądry  I 
i  sprany  i  ed  i  iwy. 

Te  dwa  g!óvTue  |»orti'ety  otoczone  są  pewuą  liczbą  mniej- 
szycb,  doskonale  trafionycli,  pełnych  życia  i  cbaraktem.  Co 
wszakże  więcej  jeszcze  w  tym  bistorjku  zadziwia  i  imponnje, 
to  jego  dar  przedstawienia  dyiiiomatyeznycb  sfosnnków,  pla- 
nów i  zabiegów.  W  politycznej  zdolnoSci  Kalinki  pierwiastek 
to  może  najsilniejszy,  w  historycznej  tensam  podobno  nąj- 
świelniejszy.  Rozdział  pierwszy,  który  opisuje  stosnuek  Pol- 
ski do  państw  europejskich:  Prus,  Aiisiryi,  Francyi  i  Anglii, 
jest  takim  obrazem  zagranicznego  położenia  i  polityki,  ja- 
kiego w  naszej  bistoryi  przedtem  nigdy  jeszcze  nie  było.  Au- 
strya  zwłaszcza,  Aiistrya  przed  pierwszym  rozbiorem,  odmienne 
pojęcia  i  zamiary,  różne  natury  Maryi  Teresy,  Kaunitza  i  Jó- 
zefa, błąd  jaki  popełniają,  przeczuwając  (prócz  Józefa)  jego 
skutki  i  bojąc  się  ich,  względy,  które  ich  (jak  sądzą)  zmu- 
szają do  popełnienia  tego  błędu  i  narażenia  się  na  te  skutki, 
to  jest  w  swoim  rodzaju  doskonałość,  a  najdoskonalsze  w  niej  I 
przedstawienie  polityki  i  charakteru  Józefa.  Działali  dyplo-  ] 
raatycznych  nikt  u  nas  tak  przedstawiać  nie  unjial.  W  jednym  I 
odsyłaczu  do  swojej  książki,  Kalinka  odwołuje  się  do  czwar- 
tego tomu  bistoryi  Szujskiegu,  i  oddając  jej  wszelkie  po- 
chwały, mówi,  że  brak  jej  tylko  „praktyki  interesów  publi- 
„cznych,  bez  której  historyk  choćby  najzdolniejszy,  nie  może 
nPi-zyjść  do  wytrawnego  politycznego  sądu".  Praktyki  tej  na- 
brał Szujski  w  późniejszych  latach.  Kalinka  wyniósł  ją  ze 
swoich  emigracyj n3'cb  lat  wędrówki,  z  tej  szkoły  w  której 
zostawał.  I  kto  wiś,  czy  nie  dlatego  żaden  z  naszych  histo- 
ryków nie  dorównał  mu  znajomością  spraw  zagranicznych 
i  dyplomatycznych,  że  żaden  się  iclr  w  praktyce  tak  jak  on 
nie  dolknąl. 


I 


Jakkolwiekbądż  książkii  ta  była  (lorażuem  i  niespodzia- 
nem  objawieoiem  znakomitego  historyka,  o  którym  nikt  nie 
wiedział,  którego  przedtem  nie  było.  Po  drobnych  tylko  nie- 
dokładnościach,  sze/ególiicli  iiiesprawdzonycli  a  powtórzo- 
uych  za  popi7.ednikami  (jak  naprzyklad  pochodzenie  niby 
tatarskie  Xawercgo  Braniekiego)  znać,  ie  to  historyk  po- 
czątkujący i  względem  dawnych  powag  jeszcze  zbyt  ufny. 
Ale  w  rzeczach  wainycli  iatwowieniości  takiej  niema,  a  ksiąiika 
jak  nowego  historyka,  tnk  była  też  objawieuiem  i  nowego 
w  liistoryografii  a  może  i  w  polityce  polskiej  zwrotu,  a  bo- 
daj czy  nie  okresu.  Cechii  jego  jest  wyśledzili  i  wskazać  co 
w  przeszłości  było  złem,  bez  wahania,  bez  ogródki,  na  to, 
hy  się  w  teraźniejszości  z  tego  złego  leczyć,  a  w  przyszło- 
ści go  w  sobie  nie  mieć.  Szujski  wchodził  ua  tę  drogę  w  tym- 
samym  czasie,  i  od  nich  dwóch  zaczyna  się  teu  zwrot.  Czj 
zły  i  szkodliwy?  Tak  mówi  zazdrość,  tak  mówi  przeciwna 
tendencya  polityczna,  tak  myśli  i  wierzy  rozum  płytki,  pod- 
azyty  dobrem  ałe  slabem  uiemęzkiem  uczuciem.  Naprawdę, 
Opatrzność  to  Boska  dala  nam  na  najgorsze  czasy  ten  kordyał, 
to  gorikie  lekarstwo,  tii  światło  historyi,  ten  racłmnek  sumie- 
nia .  .  .  nikt  łiez  tegn  w  górę  nie  W3'jdzie:  ani  do  nieba  czło- 
wiek, ani  do  sity  naród.  Ale  były  i  są  do  dziśdnia  zdania 
pod  tym  względem  różne  i  słyszał  ich  wiele  Kalinka  zanim 
książkę  swoją  oddal  do  druku.  „Narodowi  odbierał  ufność 
iW  siebie,  niwkar^al  go  przed  obcymi  i  nieprzyjaciółmi ;  tym 
:^ nieprzyjaciołom  dawał  dogodną  l»roń  w  rękę  a  przynajmniej 
„pole  otwierał  do  szyderstw  i  obelg  .  .  .  cześć  przeszłości  i  nj- 

I -czyzny,   ostatuie  dobro  i  ostatnią   silę  wykorzeniał  z  serc". 

i  TO  wszystko  słysząc,  ważył  ciężko  w  serca  i  sumieniu,  czy 
ia  książkę  ogłosić  Inb  nie?  Ważył  tem  bardziej,  że  to  upo- 
korzenie, ten  wstj'd ,  z  jakim  Polak  czyta  swoją  historyę 
XVII[  wiekn,  jego  bołały  najbardziej,  bo  i  tę  historyę  najle- 
piej znal  i  czuł  z  pewnością  żywiej  od  wielu.  A  przecie:^  su- 
lieuie  i  obowiązek  względem  ojczyzny  kazały  nui  tę  bole- 
paą  książkę  ogłosić.  Dlaczego?  to  tlómaczy  we  wspiuiialej 
przedmowie,  która  oznacza  jego  stanowisku  w  tem  jak  w  na- 


stępnem  ti-z-iele,  stanowisko  całej  liistoryografii  współczesnej, 
i  na  ówczesne  (czy  podobne  dzisiejsze)  zarzoty  odpowiada: 

„Szczery  i  zupełny  obraz  Polski,  pod  koniec  wieku  XVni 
(mówiono  nam),  może  fiyt;  pożyteczny  jedynie  dla  wrogów, 
którzy  pragną  tak  gorąco  naszą  przeszłość  zbezcześcić  i  zła- 
mać nas  widokiem  naszjcłi  błędów;  dostarczy  broni  prze- 
ciwko nuni  a  icb  zbrodnie  nsprawiedliwi,  i  stanie  się,  wedle 
pospolitego  wyrażenia,  wodą  na  icb  młyn.  Nie  wszystkie 
prawdy  można  powiedzieć,  nie  lv>iżdy  je  zuiesie  i  nie  w  każ- 
dym czasie,  a  jeśli  przyznanie  się  do  grzecliów  w  skryto- 
ści  ducha  czynione,  człowieka  podwyższa,  to  jawne  z  nicli 
08l;aiżanie  sit;,  prócz  tego  że  nigdy  SiiCi^erem  nie  będzie, 
graniczy  z  bezwstydem  i  złością  Ityć  może.  W  dzisiejszej 
niedołi  naród  potrzebuje  wiary  w  siebie,  nadziei  w  przy- 
szłość i  wyrozumiałej  dla  wszystkieb  miłości;  %  wieków  mi- 
nionych nie  jad  gryzący,  lUe  kojący  balsam  dzicjopisowie 
dobywać  powinni;  a  kioity  dowiódł,  że  upadku  naszego  przy- 
czyną były  nie  złość  łub  podstęp  wrogów,  nawet  nie  zdrada 
tych  kilka  nędznycli  na  l'inie  nas^em  wyjątków,  ale  własne 
i  to  wszystkich  grzechy,  ten  odejmie  narodowi  wszelką  otn- 
ehc,  ten  go  w  oczach  wiasnycłi  zdcjicze  i  poniży,  ten  go 
doprowadzi  do  rozpaczy, 

„Przy  rozdarciu  wewnętrznem  jakie  w  społeczności  na- 
szej panuje,  ksią^.ka  podobna  (mówiono  nam  z  iunej  strony) 
Btać  się  może  nie  naitką  i  upomnieniem,  lecz  źródłem  kwa- 
sów i  niechęci,  otwartą  kopalnią  dla  ducha  stronniczego, 
który  z  luźnych  dokumentów  i  oderwanych  nstępów  wypro- 
wadzi wnioski,  o  jakich  wydawca  nie  myślał.  Wykazanie 
grzechów  rodzin  dawniej  naczelnych,  posluiy  za  nowe  do 
walki  zarzewie,  i  utrudni,  moie  nawet  niepodobną  uczyni 
pracę  publiczną  dzisiejszym  potomkom.  Znajdą  się  Indzie, 
o  jakich  w  partyach  politycznych  nietrndno,  których  głó- 
wnym nieraz  bodtcem  w  działaniu  bywa  zazdrość  do  swoich; 
tacy  pocłiwycą  skwapliwie  plamiące  wspomnienia  i  w  oczy 
je  rzucą  tym,  którym  dorównać  nie  mogą.  A  tak  ostatniem 
słowem    tej   pracy   może   być   skandal    pnbliczny!  .  .  .    Lecz 


,  nie  dostj  na.  tern;  zawiść  możnyŁ-li  ku  soliie,  dziś  szczęśliwie 
przygasła  odżyje  na  nowo,  i  ci,  co  tak  /.auuie  podali  sobie 
ręce  w  bielitórycb  ziemiacb  polskicb,  rfiząidij  się  po  dawne- 
,  ua  swoje  i  kraju  nieszczęście.  Tylko  wyższe  prawdzi- 
twie  dusze  cznją  się  powohine  wielkicmi  cnotami  odbndowy- 
f,trać  swe  imię;  większość  ze  zwyczajnycb  skbida  się  ludzi; 
'wznowiony  obraz  ze8zlowiec/.Lycb  plam  odstręczy  icb,  znie- 
chęci, do  nieczynności  sprowadzi,  a  mnże  jeszcze  w  obce 
obozy  ))rzerznci.  Dość  ju*  podobnych  strat  mieliśmy  w  la- 
tach dawniejenycb;  nie  godzi  się  ich  dzisiaj  poinmiżać  i  z|iola 
służby  narodowej  spędzać  cboćby  najlżejszych  pracowni- 
ków! —  Jeżeli  zaśi  przeciwnie  wypadkiem  stndyów  będzie, 
le  nie  kilkanaście  historycznych  rodzin,  jak  dotąd  mniej 
Kurięcej  utrzymywano,  ale  cala  klasa  niegdyś  w  narodzie 
^-Wszechwładna  przyczyną  była  naszej  zguby,  to  ów  wyrzut 
bolesny  w  tycli  właśnie  tigndzi,  których  obecnie  swą  idena- 
wiśeią  najbardziej  ściga  wróg  zawzięty.  By!o  pożyteeznem, 
konieczuem  nawet,  przypominać  jej  błędy  w  czasie,  kiedy 
ta  klasa  używała  i  nadużywała  ealej  pełności  swych  praw. 
MDJ'.na  jeszcze  zrozumieć  i  później  r/ucaue  wi  nią  pociski, 
dopńki  dłużnikiem  była  niższych  warstw  narodu.  Ale  dzi- 
siaj i  gdy  jak  Łazarz  odarta,  nie  wić,  co  jej  pozwolą  z  oj- 
czystej dochować  spuścizny;  gdy  z  starych  szlachty  polskiej 
przywilejów,  jeden  jej  tylko  zoslał  przywilej  nicczeństwn ; 
gdy  dawną  swą  odkupując  wyłączność,  zdobywa  ona  blizko 
już  od  wieku,  wlasnem  cierpieniom,  coraz  to  nowe  ołirouców 
narodowych  rzesze:  dzisiaj  nietylko  roztropność  ale  wdzię- 
czność sama  nakazywaćby  powinna  jej  stare  i  nowe  zasługi 
podnosić,  a  epokę  skończono)  i  grzechy  skończone  jednem 
zresztą  pokryć  przebaczeniem! 

„Takie  uwagi  i  zarzuty  dochodziły  nas  w  czasie,  kiedy 
ta  książka  przygotowywała  się  do  druku.  Zbytecznem  może 
dodawać,  że  znajdowały  one  w  piszącym  te  słowa  echo  do- 
nośne i  zaostrzały  przykrość  tych  studyów  dość  Już  z  sie- 
bie ludesnycli.  Trudno  rozbierać  na  zimno,  z  czem  dusza  zro- 
sła od  kolebki.    Trudno  też  było  ukryć   przed   sobą,  że  nie- 


jeduo  z  tych  wspomnień,  które  na  nowo  wydobywamy,  ziani 
dotkliwie  jakieś  serce  szlachetne,  co  może  tajemny  już  ślub 
z  Bogiem  ucitynilo  i  dobrowolną  pokutą  grzechy  swych  dzia- 
dów odpłaca!  ...  A  jednak,  po  walkach  wewnętrznych  i  dłu- 
gieli  namysłach,  ])rzys/.li&my  do  przekonaniu,  że  dokumeuta 
wszystkie  skoro  niewątpliwe  i  skoro  slażą  do  wyświecenia 
prawdy  historycznej,  drukować  nietylko  można  ale  i  potrzeba. 
„IJylo  i  jest  dążnością  naszą  przekonać  obcych,  że  na- 
ród polski  uielylkn  dzisiaj  godzien  jest  niepodległości,  aie 
zawsze  był  jej  godzien,  i  że  jak  teraz  dosyć  ma  sil,  aby  ją 
odzyskać,  tak  w  przeszłości  stracił  ją  dopiero  po  najwięk- 
szych dla  jej  obrony  ofiarach  i  jiod  przemocą  wrogów  trzy- 
kroć silniejszych.  A  jeśli,  pomimo  to,  tylokrotne  nasze  próby, 
by  odbudować  państwo  niepodległe,  nie  doprowadziły  nigdy 
do  celu,  nie  stało  się  to  bynajmniej  skutkiem  niemocy  na- 
rodu lub  politycznej  jego  niedoirzałości,  ale  z  winy  rządów 
zagranicznych,  które  nas  zawiodły  w  uaszych  nadziejach  albo 
też,  i  najczęściej,  z  winy  człowieka  łnb  kilko  ludzi,  którym 
w  danej  chwili  powierzyliśmy  nasze  losy.  —  Tego  rodzs^n 
obrony  i  rozumowania  gorliwie  po  każdej  klęsce  powtarzane, 
clloć  w  Europie  nie  przed  wieloma  zapewne  nas  usprawie- 
dliwiły, nas  za  to  przekonywały  najzupełniej ;  zaczem  dnmni 
z  swych  poświęceń  i  z  swego  łieroizmu,  musieliśmy  ozem- 
prędzej  dla  każdej  epoki  wyszukiwać  kozła  ofiarnego  i  na 
niego  złożyć  przyczyny  wszystkich  niepowodzeń  i  gi7,ectiy 
ogólne.  —  Lecz  l)yly  inne,  donioślejsze  skutki  tycb  naszych 
obrończych  wywodów.  Ponieważ  naród  był  i  jest  silny  i  do 
pełności  życia  politycznego  jnż  gotów,  ponieważ  jak  przed 
upadkiem  Ilzpltej,  tak  i  później  w  każdem  powstanin  dawał 
niezaprzeczone  dowody  swej  dojrzałości,  mocy  i  wytrwania, 
ponieważ  jedynie  niedołęstwem  lub  zdradą  łciłku  łnd/.i  za- 
trzymany został  w  niewoli,  nic  przeto  nie  przesnkadza,  aby 
zerwał  się  na  nową  próbę  odzyskania  swej  niepodległości 
oil  chwili .  gdy  znajdzie  się  człowiek  prawdziwie  wyższy, 
zdolny  nim  kierować,  zdolny  korzystać  z  jego  entiizyazmu. 
Klóryi  mhidzieniec,  zaczynający    konspiiiicyę  i  pr,fygotown- 


jacy  powstanie,  uie  sądzi  aię  być  takim  właśnie  dia  uarodn 
mężem  przezuaczeiiia?..,  1  tak,  gdy  ciągle  brzmiały  leżsame 
pochwały,  ciągle  teżsaine  powtarzaliśmy  błędy  i  zauim  znikły 
ślady  jednego  spustoszenia,  jnż  nowe  na  przyszłoBÓ  zasie- 
waliśmy burze!  Zaprawdę,  w  teoi  naszem  gospodarstwie  na- 
rodowem  podobni  jesteśmy  do  człowieka,  eo  układając  swój 
budżet,  uietylko  niewątpliwe,  ale  i  spodziewane  dochody  jak 
najwyżej  naznacza,  a  nie  clice  wcale  spisać  ewoicb  dingów 
ani  przewidzieć  wydatków ;  i  cóż  dziwnego,  że  nim  rok 
upłynie,  spotka  go  niedobór,  i  że  ćo  rok  część  jego  majątku 
przejdzie  w  obce  ręce?  Tak  i  nas  od  lat  stu  spotyka  wciąż 
polityczny  niedobór  i  część  ojcowskiej  spuścizny  z  każdem 
tracimy  powstaniem;  a  nie  inna  podobno  tego  marnotraw- 
stwa przyczyna,  jak  ta,  że  wielbiąc  zapał,  męstwo  i  otiar- 
ność  narodu,  ujemnym  jego  stronom  przypatrzyć  się  nie 
chcemy... 

„Dość  będzie  czasu  na  ten  rachunek  niemiły,  gdy  Oj- 
czyzna z  grobu  powstanie,  gdy  wyzdrowieje  matka  ukochana 
dziś  śmiertelnie  chora!  —  Namby  się  przeciwnie  zdawało: 
rachunek  ten  wówczas  na  mało  przydatny,  dzisiaj  jest  ko- 
niecznym. Bo  jakże  matka  ma  wyzdrowieć,  jeśli  jej  choroby 
nie  znamy  i  lękamy  się  ją  poznać?  Jak  wydobędziem  się 
z  tej  ciasnoty,  w  którą  zabrnęliśniy,  kiedy  brak  nam  odwagi 
otworzyć  oczy  ?  Tylko  szczere  w  sobie  samym  rozpatrzenie 
się  mote  nas  ostrzedz  skutecznie  i,  eo  naj pilniej sku,  nowym 
stratom  zapobieży.  Tylko  prawda  od  Kludzeń  nae  uchroni  i 
od  rozczarowania;  ona  jedna  da  siłę  potrzebną  do  walki 
z  nieprzyjacielem  i  silniejszą  od  niego  pokusą.  A  tym,  co 
tak  bardzo  dla  narodu  lękali  się  prawdy  i  ostrożnie,  w  nie- 
dostrzeionycb  w  swej  maleńkości  dozach,  radzili  jej  choremu 
udzielać,  odpowiemy,  że  właśnie  ta  osobliwsza  homeopatya, 
przez  naszych  moralistów  używana,  może  była  przyczyną,  że 
naród  dotąd  jest  chory,,, 

„Ale  (zapytują  nas)  jakież  wrażenie  zrobi  tu  prawda 
z  taką  szorstkością  wypowiedziana,  dla  wielu  osobiście  nie 
pmyjemua,    dla   wszystkich   bolesna?   Azaliż   nie   zrazi,    nie 


zDiecIięci  i  już.  bardzo  iiiesncKęMiwyrli  do  rozpaczy  nie  przy- 
wiedzie? Azaliż  godzi  się  dodawać  otuuiiy  wrogom  Pulski 
widokiem  dfiwnej,'o  jej  zepsucia?"  —  Odpowiadając  na  te 
pytuDia,  przedewBzystkiem  zaprzeczyć  musimy,  aby  jakiego- 
bądź  Polaka  można  dziś  jeszcze  od  polskości  odstręczyti,  czy 
widokiem  plam,  jakie  ciążą  na  jego  przodkach,  czy  też  bar- 
dziej upokarzającem  wyznaniem,  że  naród  przy  wadach,  które 
miał  w  wieku  przeszłym,  uie  mógł  gię  ostać  jako  państwo 
niepodległe.  Rezwątpienia ,  musiał  ciężko  przełioieć  każdy, 
Icto  się  o  tem  przeświadczył,  ale  nikt  dlatego  nie  czuł  się 
mniej  Polakiem,  mniej  obowiązanym  służyć  Ojczyźnie.  Nikt 
już  dzisiaj  z  polskości  wyzuć  się  nie  zechce,  nikt,  choćby 
chciał  nie  potrafi.  Silniejsza  ona  uiż  my  sami,  trwalsita  od 
naszej  słabości  lub  rozpaczy,  w  zlej  czy  dobrej  żyje  doli  i 
stuletnią  już  blisko  pokutą  coraz  bardziej  się  hartuje.  Jeżeli 
dawniej  można  było  słyszeć  o  Polukach,  którzy  przechodzili 
na  Niemców,  Francuzów,  a  nawet  i  Rosyan,  —  choć  i  tacy 
przy  schyłku  życia  tęsknem  wejrzeniem  znowu  się  ku  Oj- 
czyźnie zwracali,  —  to  z  kaźdem,  które  przybywa  ćwierć- 
wieczem, owa  odmiana  czy  apostazya  staje  się  coraz  mniej 
podobną.  A  w  takiem  usposobieniu  polskiego  narodu  niewąt- 
pliwem,  niezachwianem  i  któremu  żaden  człowiek  sumienny 
nie  zaprzeczy,  czyż  nie  jest  rzeczą  pożądaną  rozpatrzyć  się 
w  naszycii  błędach  i  w  icb  nieustannie  bijącem  źródle,  w  wa- 
dach naszego  charakteru  rozpatrzyć  się  spokojnie,  bez  fał- 
szywej a  tak  zgubnej  dla  nas  samycb  litości?  I  czyż  stu- 
dyum  to  może  być  obojętne  albo  i  szkodliwe?  Jeżeli  przed 
podobnym  z  sobą  samym  rachunkiem  cofały  się  poprzednie 
pokolenia,  to  nasze,  od  nich  nieszczęśliwsze ,  ale  w  swej 
wierności  zaciętsze,  może  go  odbyć  z  pożytkiem.  Żelazo  dłu- 
gim wypróbowane  ogniem ,  wytrzyma  uderzenia ,  któryehby 
krucha  nie  zniosła  ruda,  —  i  jeszcze  twardszem  się  staje.— 
I  czy  doprawdy  wzgląd  na  Moskali  ma  nas  wstrzymywać? 
Mybyśmy  przeciwnie  myśleli,  że  naglącem  jest  odjąć  nie- 
przyjaciołom tryumf,  że  to  oni  dopiero  ukazują  nasze  błędy 
i  z  ślepoty  naszej  mają  nas  wyleczyć.    W  owym  sporze  od- 


u 

I 

i  le 


wiecznym  Polski  z  Moskwą,  jak  cale  prawo  mają  za  sobą, 
tak  potrzeba,  aby  prawdę  całą  stawiali  przy  Bobie  Polacy, 
choćby  to  w  chwilową  niialo  się  zraieuić  n!ekorzyś(^  i  chwi- 
lowe przynieść  poniżenie.  Wykrycie  prawdy  nie  odmieni 
zresztą  naszego  z  nimi  stosunku.  Jak  Moskwa  nie  odstąpi 
naszych  ziem,  ehoObyśmy  ją  przekonali  że  do  nich  prawa 
nie  ma  żadnego,  tak  i  my  nie  wyrzeezemy  się  naszych  iicnuć, 
przekonań,  naszych  piaw,  cierpień,  nadziei  i  calegci  ducho- 
wego jestestwa,  cboć  dobrowolnie  jej  przyznamy,  że  B6g 
użył  jej  jako  kata  do  wymierzenia  zasliiżmiej  kaiy.  Nikt  się 
tu  uie  cofnie,  nie  zachwieje,  nie  wyprze  swej  roli,  aiu  my, 
ani  oni;  my  w  pracy  nad  sobą  i  w  pokiitiiiczem  skupieniu 
czekając,  aż  przyjdzie  Pańskie  miłosierdzie;  oni  dumnie  po- 
trząsając głową  i  z  naszej  ziemi  całemu  jnż  grożąc  światu, 
aż  Bóg  skruszy  rózgę,  gdy  się  stanie  niepotrzebną!" 

Książka,  na  której  wartości  ogół  pozual  się  zaraz  i  któ- 
rej autora  postawił  w  pierwszym  rzędzie  historyków  polskich, 
wywołała  jednak  pewne  (Irażliwości,  a  na  autora  sprowadziła 
przykrości.  Niepodobna  jest  o  czasach  Statiisłuwa  Augusta 
mówić,  a  łudzi  nie  ganić.  Łagodniejszym  w  tej  naganie,  ańa,- 
cbetniej  bacznym  na  to,  żeby  prawdę  mówiąc  o  zmarłych,  nie 
urazić  żadnego  szanownego  uc/.ucia  żyjącycłi,  bardziej,  niż 
był  Ealinka,  być  niemożna.  Jednak  niektórzy  byli  dotknięci, 
był  do  niego  pewien  żal,  który  przenosił  się  i  na  lycli,  któ- 
rzy mu  dostarczali  dokumentów;  zrobił  się  nie  gwar  wpraw- 
'dzie,  ale  jakiś  niesmak  i  kwas,  który  sprawił,  że  Kalinka 
wielkim  znowu  żalem  —  i  powiedzmy,  ze  szkodą  nigdy 
ż  niepowetowaną  —  zrzekł  się  ulubionej  myśli  napisania 
Ływota  księcia  Adama  Czartoryskiego. 

Że  go  to  kosztowało  wiele,  to  wiemy:  a  niewierny, 
lecz  domyślamy  się,  że  to  był  ostatni  gwicbt  rzucony  na 
szalę  jego  postanowień,  i  że  on  przeważył  na  stronę  święceń 
kapłańskich,  Kaz  już,  w  roku  1862,  kiedy  w  działaniach  po- 
litycznych zaszło  nieporozumienie  pomiędzy  nim  a  towarzy- 
szami. Kalinka  przypuszczał,  że  to  może  ostrzeżenie,  znak 
ej,   która  uie  clice   żeby  jej  służył  na  świecie.  Na 


to  wabailie  przysKedl  rok  1863,  pora  zla  do  schodKeuia  z  ja- 
kiegokolwiek jioBteruDku.  Zostało  jeihiak  wahanie.  Kalinka 
8am  siebie  doświadczał,  żeby  się  priekonać,  czy  ma  naprawdę 
powołanie  albo  nie;  zamykał  się  w  tym  cela  parę  razy  na 
rekollekcyach  u  Benedyktynów  w  Solesmes.  Przeeiei  zawsze 
jeszcze  nie  miał  pewności,  nie  wiedział,  gdzie  i  czeni  wola  ' 
Boża  chce  go  mieć.  Kiedy  ternz  napisał  dzieło,  w  które 
włożył  co  miał  siły,  nauki,  roznmn,  i  miłości  ojczyzny,  i  kiedy 
zobaczył,  że  tą  kgiążk<'\  obraził  i  rozgniewał  ua  siebie  i  lu- 
dzi, których  i  szanoirał  i  kocbal,  i  obrazić  z  pewnością  nie 
chciał  —  {i  dodajmy  na  prawdę  nie  obraził)  —  książki  nie 
spalił  ani  schował,  bo  ją  w  sumieniu  swojem  jiotrzebną  są- 
dził, ale  sobie  powiedział,  że  widocznie  Hóg  chce  żeby  luu 
służył  na  innem  polu,  kiedy  na  teni  świeckiem  prace  naj- 
bardziej umiłowane  przynoszą  mu  gorycze.  Domysł  to  tylko 
—  jeszcze  raz  powtarzani  —  ale  domysł  prawdopodobny. 
Ostatnim  motywem  psychologicznym,  który  rozstrzygnął  o 
jego  postanowieniu,  były  te  nieamaki  i  kwasy  powstałe  około 
jego  książki.  18go  marca  r.  186S  podpisał  przytoczoną  wy- 
żej przedmowę  —  (w  Wersaln,  gd/.ie  dla  większego  spokoju,  i 
dla  samotności  i  skupienia  duszy,  może  i  dla  taniości  w  ostat- 
nich latach  mieszkał)  —  w  początkach  maja  był  już  w  Rzy- 
mie i  wstępował  do  nowieyalu  ')  Zmartwycliwstaiiców. 

Ze  nie  do  innego,  to  rzecz  naturalna.  Polak,  emigrant,  ' 
kiedy  uczuł  powołanie  zakonne,  musiał  uaturałuie  myśleć 
naprzód  o  tym  zakonie,  który  mn  był  najbliższy,  krew  z  krwi 
i  kość  z  kości  emigracyi  i  Polski.  Kalinka  musiał  wszyst- 
kiemi  instynktami  swojej  natury  ciągnąć  do  tego  zgroma- 
dzenia, które  jak  on  sam  i  cale  jego  działanie  poczęło  się 
przed  laty  z  rozmyślania  nad  upadkiem  Polski  i  nad  sposo- 
bami jej    dźwigania,  kióre  naturę  i  historyę  narodu  zn^o 


')  Ksiądz  Kajsiewicz  w  Hwoim  Fami^łniku  o  poczi^kaeh  Zgro- 
iiiutheiila  nie  wspomina  nic  o  wstąpieniu,  ani  o  wyśwJĘ- 
cenin  Kalinki.  Oczywiście  dlatego,  że  podaje  tam  tylto 
życiorysy  pierwszych  założycieli  zakona,  a  z  pdżniejazych 
wymienia  tylko  tych,  co  zmarli. 


a  dusKę  polską  rozumiało,  jak  żadne  inue  zoać  i  rozumieć 
nie  mogło,  które  w  powszechnym  KoSciele  siużjlo,  ale  w  uim 
miało  wyziiHCZouą  szczególną  missyę  około  dusz  i  spraw 
polskicłi.  Wzniosłość  tego  popędu,  który  z  Kajsiewicza  i 
Semenenki  zrobił  zaltonników,  Kalinka  zdolny  był  czuć  i  rozu- 
mieć: w  skuteczność  ieb  działania,  w  zasługę  przed  Bogiem 
i  w  praktyczny  uiytek  dla  narodu  wierzył.  To  był  ten  za- 
kon .jedyuy,  w  którym  oii  mógł,  zrzekając  się  jak  zakonnik 
powinien  wszystkicłi  swoicb  uczuć  świeckich,  i  zakonnego 
dncba  ani  życia  nie  obrażając^ —  z  nim  zgoduy  i  jemu  wierny, 
politycznym  sprawom  swojej  ojczyzny  służyć.  Pośrednio  oczy- 
wiście i  pod  posłuszeństwem,  i  do  polityki  się  nie  mieszając, 
i  celu  świeckiego  patryotycznego  na  równi  z  duełiownym  nie 
stawiając,  ale  zawsze  L-zyby  Bułgarów  na  katolików  nawra- 
cał, czy  w  Rzymie  czuwałby  nad  kośeielnemi  sprawami,  czy 
chowałby  przyszłych  księży,  czy  (jak  aię  później  stało)  cho- 
wałby młodych  Rusinów  w  katolickim  duchu,  zawsze  cokol- 
wiekby  w  tym  zakonie  robił,  to  obok  wyższego  duchownego 
miałoby  swój  cel  i  pożytek  pośredni,  polityczny  i  polski, 
wszystko  byłoby  częścią  EzdraszoweJ  pracy  odbudowywania 
od  fundamentów.  Oprócz  tego  charakteru  zgromadzenia,  przy- 
ciągała go  doń  i  postać  Kajsiewicza,  niewiedzieć  czy  bardziej 
potężna,  czy  bardziej  przywiązująca,  a  niemniej  oczywiście 
ta  summa  dziel,  dokonanych  nieznacznie  i  powoli,  ale  ozna- 
czających i  żywotność  ogromną,  I  pomoc  Boską  widoczną,  i 
znaczny  ciągły  postęp  w  nas  samych.  Bardzo  ciekawy  jest 
memoryał  podany  Piusowi  IX  przez  ks.  Kajsiewicza  jeszcze 
w  roku  1846  (Pamiętnik.  Pisma.  T.  III,  str.  449),  obejmu- 
jący program  tego,  co  Stolica  Apostolska  przedsięwziąćby 
mogła,  żel)y  ratować  Kościół  pod  rządem  rosyjskim.  Są  tam 
między  innenii  punkta  uaprzyklad  takie: 

„podnieść  i  rozwinąć  Kollegium   greckie  i  przetworzyć 
je  w  gi-ecko-s!owiaóskie ; 

„ożywić  i   przywiązać   do    Stolicy   8w.    duchowieństwo 
nnickie  w  Galicyi  i  na  Węgrzech ; 

9 


^postarać  się  o  luissyonarzy  obrządku  słowiańskiego 
dla  milioniiw  Słowian  scbizmatyków  w  Tnrcyi; 

„dla  ożywieoia  wiary  i  powstrzymauiM  propagandy 
gchizmatyekiej,  beatyfikować  Andrzeja  Bobolę,  a  kanonizować 
\A.  Jozafata  Kuncewicza." 

Wiele  z  tych  rzeczy  było  jai,  rozpoczęte,  kieiiy  Kalinka 
do  zakonu  watępowaf,  wiele  później  nie  bez  jego  pomocy 
posunięte  i  rozwinięte.  Wszystko  to  weszło  w  program  Sto- 
licy Apostolskiej,  a  wykonanie  programu  (punkt  po  punkcie) 
poruczone  bywało  tym,  ktńrzy  myśl  podali.  Dodawszy  do  tego 
nsposobienie  Rzymu  względem  Polski  bardzo,  a  usposobienie 
Polski  względem  Rzymu  znacznie  zmienione,  większą  liczbę 
i  zwłaszcza  większą  stałość  katolickich  przekonań,  dokonany 
pod  tym  względem  postęp  niemały,  Kalinka  musiał  samą 
skutecznością  jego  działań  być  przyciąganym  do  tego  zakonu, 
który  jak  pojmował  swoje  zadanie,  swoje  przeznaczenie  w  Ko- 
ściele i  w  społeczeństwie  świeckiem  i  obecny  stan  świata,  to 
ksiądz  Kajsiewicz  krótkicmi  słowy  tlómaczy: 

„Zdawało  nam  się  wtedy,  że  naj  główni  ej  szym  nieprzy- 
jacielem Boga  i  Kościoła,  a  temsamem  szczęścia  Indzkiego 
i  zbawienia ,  jest  w  tych  naszych  czasach  socyalizm ,  czyli 
system,  szkoła,  dzieło  całe  przez  coraz  większą  liczbę  ludzi 
w  czyn  wprowadzane,  a  którego  zadanie  wygłoszonem  jest: 
aby  społeczeństwo  ludzkie  urządzić  iiez  Boga,  bez  Chrystusa, 
bez  Kościoła,  wprost  środkami  ludzkiemi  i  w  imię  człowieka, 
w  imię  jego  woli  i  jego  siły,  a  urządzić  daleko  lepiej,  mą- 
drzej, szczęśliwiej,  niż  kiedykolwiek  Kościół  Chrystusa  uczy- 
nił to  lub  może  uczj-nić.  Jak  w  średnich  wiekach  Mahome- 
tanizm  i  wewnątrz  rozwiązłość  ciała,  zbuntowanego  przeciw 
obyczajowi  chrześciańskiemu ;  jak  w  XVI  wieku  Prolpstan- 
iyzm  i  bunt  rozumu  ludzkiego  przeciw  prawdzie  clirześciań- 
skiej,  tak  dzisiaj  Socyalizm  i  rokosz  u-oU  ludzkiej  (jrzeciw 
chrześciauskiemu  zakonowi  i  chrześciańskiej  władzy,  są  glów- 
nemi,  wydatnemi  nieprzyjaciółmi  Kościoła,  Chrystusa,  Boga. 
Jak  wtedy  przeciw  pierwszym  nieprzyjaciołom  Bóg  wzbudził 
w  Kościele  w  wieku  XIII  caty  zastęp  zakonników  (Domini- 


kanów,  Franciszkanów),  jak  przeciw  drugim  w  XVI  wieku 
i  później  wzbudził  inne  zgromadzenia  (Teatynów,  Jezuitów, 
Piarów,  Oratoryanów,  MissyoDarKy),  tak  tenu  w  XIX  wieku 
wzbudzi  niezawodnie  odpowiednie  tym  nowym  dzisiejszym 
nieprzyjnciDlom  Zgromadzenia,  /.  siłą  potrzebną  do  walczenia 
z  nimi.  I  to  pojąwazy,  stosownie  tei  lio  teffo,  z  obowiązku 
sumienia  ulożylińmy  odpowiednie  zasady  dla  naszego  Zgro- 
madzenia, dalecy  od  iiroszczenia  aby  się  równać  z  owemi 
wielkienii  Zgromadzeniami  kościelnemi,  ale  4eby  w  danym 
Tazie,  skoro  już  raz  nasze  Zgromadzenie  niewiadomo  jak  za- 
wiązało się,  by  mówię  to  uczynić,  do  tego  wziąć  się,  co 
w  tym  danym  razie,  w  tym  czasie,  w  tem  miejsca,  w  tych 
okolicznościach  właśnie  jest  do  uczynienia." 

Kiedy  Kalinka  szedł  na  księdza,  przyjaciołom  jego 
bardzo  było  żal.  Nie  godzi  się  zazdrościć  Pann  Bogu  czło- 
wieka zuakamitego,  kiedy  go  do  sliiżhy  swojej  powołuje,  a 
jednak  trudno  było  nie  liczyć  tych  prac  przeróżnych,  które 
Kalinka  mógł  podjąć  na  świeeie,  a  wykonać  lepiej  od  każ- 
dego innego.  Ałe  on  mniemał,  że  wnwm  necessarium  ralowaii 
i  zbawiać  dusze,  dtisze  ludzi  i  zbiorową  duszę  polską;  że  po 
roku  18tJ3  tylko  to  jeszcze  do  ratowania  zostało,  a  jeżeli  to 
się  uratuje  i  obroni,  to  ta  dusza  potrafi  sobie  i  fizyczny  or- 
ganizm wytworzyć.  Do  mówienia  o  sobie  i  zwierzeń  nie 
skłonny,  raz  przecie  opisał  Kalinka  stan  duszy,  w  jakim  do 
zakonu  wstępował,  i  powody,  które  go  do  tego  skłoniły, 
Bylyto  w  odpowiedzi  na  zapytanie  jednego  z  przyjaciół,  nie- 
spokojuego,  czy  postanowienie  to  nie  było  skutkiem  zwal  pie- 
nia, rozpaczy,  sprowadzonej  wypadkami  r.  1863  i  ich  skut- 
kami. Korzystamy  tu  z  prawa  ogłoszenia  tych  zwierzei'i ;  da- 
towane są  z  Rzymu  21  maja  1868. 


Rzym 


,  1868. 


^Zwątpienia  o  Polsce   nie   było   we  mnie   i   niema;  wiara 

w  jej  przyszłość,  leiy  w  mej  duszy  głęboko  —  a  tak  głęboko, 

że  prawie  nigdy  do  niej  nie  sięgam.   —  Naprawdę  mówiąc,  nie 

■  Jest  mi  ona  niezbędna.  Wystarcza  potrzeba,   jaką  w  sobie  czuję 


^ 


zawsze  Bluienia  PoUce,  właściwie  nKjwiijc,  Bogn  w  Polsce.  Byle- 
bym pole  to  miał  pi-zed  anbą  otwarte,  dosyć  mi  nu  iiieiii.  — 
Prawda,  że  ono  czaBcm  tak  się  ścieśnia,  że  aż  serce  boli,  że 
w  jednem  miejscu  nieraz  się  mywa,  cho6  się  ludzie  na  tern  nie 
spostrzegają,  a  w  drugiem  zato  się  ukazuje.  W  takiem  władnie 
czułem  się  usposobieniu  zeszłego  roku,  gdyśmy  się  widzieli 
w  Wersalu.  Zdawało  mi  się  i  dotąd  wydaje  (może  myluie),  że 
przedmiot  do  i'ob(St  naszyuh  we  Franeyi  wyczerpany,  że  oświe- 
cać ludzi  bez  sumienia,  uczyć  opinię  bez  siły,  rzecz  czcza,  za- 
wodną i  krwawe  tylko  gotująca  rozczarowanie,  —  Podziwiałem 
Wyzińskiego  i  jego  rzadką  energię,  ale  iść  za  nim  nie  byłem 
w  stanie,  i  owszem,  sądziłem  —  jak  i  teraz  sądzę  - —  że  i  on  się 
niedługo  rozczaruje.  Tego  rodzaju  prace  dają  czas  długi  cLwi- 
lowe  aatysfakcye ,  ale  jak  raz  odkryje  się  icli  pi^óżnosć ,  przy- 
chodzi wstręt  nieprzezwyciężony.  Myślałem  wtedy  o  przeniesieniu 
się  do  Galicyi,  a  serdeczny  udział,  jaki  brałeś  w  tym  projekcie^ 
wielką  mi  był  ku  niemu  podnietą.  —  Wiesz  zapewne  z  doświad- 
czenia, te  życzenie  tych,  których  się  kocha,  często  dalej  niżby 
się  chciało  pociąga  za  sobą- — tak  i  zemną  było,  we  wszystkich 
moich  krakowskiełi  lub  lwowskich  projektach  zawsze  mi  stałeft 
przed  oczyma. 

^Jednak  cłioć  w  zasadzie  prawie  już  zgadzałem  się  na  po- 
byt mój  w  Galicyi,  trudniąj  mi  było  zdecydować  się  na  wybór 
zajęcia.  Wszystko,  cokolwiek  tam  robicie,  jest  mi  drogie,  ujmuje 
mnie,  wiąże  ranie  z  lepszą  częścią  mego  życia,  ale  mamże  wy- 
znać —  obok  uznania  waszych  robót,  mimowolnie,  a  bardzo  silnie 
czuję  ich  niedostateczność.  Minel}',  mojem  zdaniem,  te  czasy^ 
w  których  można  było  utrzymać,  lub  dźwignąć  Polskę  staraniem 
o  język,  o  gruntowne  epecyalne  wykształcenie,  o  administracyę 
rodzimą,  o  stowarzyszenia  organiczne,  o  zbogacenie  kraju  itp. 
To  wszystko  mogło  być  poniekąd  wystarczające  za  Stanisława 
Anglista ,  za  Królestwa  kongresowego  i  jeszcze  nawet  przed  r. 
1863.  Dziś  już  zapużno.  Owo  fatalne  irop  łard  nie  do  jednych 
dynastyi  tylko  się  stosuje;  i  my  też  trwamy  w  tem  co  lubimy, 
npieramy  się  żeby  do  dna  wyczerpać,  cboć  dno  już  dziurawe. 
Dążność  to  spóźniona,  przestarzała:  wprawdzie  zawsze  szanowna. 
i  tem  niebezpieczniejsza,  że  ludzi  poczciwych  łudzi  pozorem-  po- 
żytkn  i  od  innych  naglących  robót  wati-zymnje.  Dziś,  sprawa 
nasza  na  innem  polu  już  się  rozstrzyga.  %  politycznego,  a  na- 
stępnie narodowego,  bój  nasz  z  Moskwą  staje  się  coraz  bardziej, 
coraz  wylączniej  religijny.  Już  ona  nam  odjęła  prawa  polityczne,. 
odejmuje  język  i  narodowość,  zakazuje  zwać  się  Polakami  —  nie- 
bawem pokusi  się  o  wydarcie  nam  reszty  wiary  i  Kościoła,  i  za- 


każe  być  katolikami.  Czy  się  to  stanie  za  teg;o  cara,  czy  za  jeco 
eyna,  który  z  natui-y  swojej  podobno  do  Iwana  Groźnego  jeaf 
podobny,  nie  wiem :  to  tylko  pewna ,  że  Moskwa  (jak  niegdyś 
francuska  konwenoya),  skoro  pi^zyjdzie  do  sił  i  swego  uzbroje- 
nia, swych  kolei  żelaznych  dokończy,  wnet' przyjmie  za  zasadę, 
że  w  niej,  jak  jeden  rząd  i  jeden  naród,  tak  i  jedna  powinna 
być  wiara.  I  niby  nie  gwałcąc  sumienia  katolików,  niby  nie  ty- 
kając nawet  ich  liturgii,  zakaże  ona  poddanym  swoim  wszelkiego 
uznawania  zagraniczna  władzy,  to  jest  Papieża,  a  Kollegium 
petersburskie  Jako  najwyższa  instancyę  dla  katolików  naznaczy. 
Zamach  to  będzie  ostateczny,  nietylko  na  Kościół,  ale  na  od- 
i-ębność  naszą  narodową.  Zamacli  niewątpliwy,  leżący  w  koniecz- 
nem następstwie  dzisiejszego  stanu  Europy  i  dzisiejszego  uspo- 
sobienia Moskwy.  Bój  to  stanowczy,  o  ńmierć  hib  o  żyeie.  Po- 
wiedz, mój  drogi ,  czem  my  eię  wówczas  będziem  bronili  ?  Czy 
może  wasze  Rady  powiatowe,  szkolne,  Banki  pożyczkowe,  koleje 
żelazne,  a  nawet  lepsze  gramatyki  i  wydoskonalone  specyalue 
szkoły,  staną  dla  kraju  za  pnklerz  ■ — -  ah,  wszystko  to  nie  wy- 
trzyma jednego  uderzenia  kozackiej  nahajki.  —  W  tej  walce 
straszliwej,  która  może  dziś,  może  za  rok  się  rozpocznie,  jednem 
tylko  męczeństwem  za  wiarę  prawdziwem  —  ocalić  będziemy  mo- 
gli i  Kościół  i  naród.  —  Wskaż  mi,  mój  drogi,  aiiy  jedne  z  prac 
waszych,  którahy  przygotowywała  naród  do  tego  co  go  czeka, 
przez  co  przejść  musi  ?  Daruj,  ie  powiem,  wy  o  wszystkiem  pa- 
miętacie, tylko  nie  o  tern,  co  dla  kraju  najpilniejsze:  co  w  duszy 
zasiane,  ani  ukazem,  ani  knutem  wyplenić  się  odraził  nie  da. 
U  was,  jakto  już  w  roku  zeszłym  ci  pisałem,  pełno  zapobiegli- 
wych Mart,  co  około  wiela  troszczą  się  i  krzątają,  a  jednego 
potrzeba, 

„Zapytasz  mnie,  czemn  —  widząc  najważniejsze  pole  tak 
zaniedbane  —  nie  przyjechałem  sam  pomagać  do  jego  uprawia- 
nia. Wieie  do  tego  powodów.  A  naprzód ,  że  sprawy  religijne 
mało  was  w  istocie  obchodzą,  niełatwo  byłoby  otrzymać  od  was 
pomoc;  wam  tak  niemiłe  „wszystko,  co  trąci  zakrystyą!"  Po- 
wtóre,  wobec  powszechnej  prawie  u  nas  nieznajomości  katechizmu 
i  mnóstwa  fałszywych  rozsianych  pojęć,  wobec  zbyt  wątłego  za- 
stępu tj'ch,  co  troszczą  się  o  wiarę,  człowiek  świecki  nie  zrobi 
nic  na  tern  polu  w  Galicyi,  zwłaszcza  gdyby,  jak  ja,  przyjecłiat 
z  gotową  już  reputacyą  arystokraty,  jezuity,  ultra  mon  tani  na  I 
W  koAcu  zaś  i  nadewszystko ,  że  wobec  tylu  uprzedzeń  i  tylu 
niedostatków,  nie  czułbym  w  sobie  do&ć  siły,  aby  na  niwie  tak 
mało  npr.iwionej  pracować.  —  We  Francyi  można  żyć  w  świe- 
_,cie,  n  jednak  dla  Kościoła,  i   służyć   mu   wedle   zasobów   które 


B^  dał,  i  jak  wiesz,  znaczna  część  przjelag  clme^uAakich, 
prz«i  świecfeieli  Indzi  bjwa  tam  epetniona.  Ale  n  nas.  kto  chce  ] 
dla  Kościoła  praro«rać  i  rozkrzewiać  nieodzownr  dla  narodn  z^ 
»a4f  i  nczncia  wjaiy,  mosi  kei*;dzem  zostać .  inarzej  narazi  się 
na  śmi«ezność,  !ub  Cu  goreza,  na  krzywdzące  d«mysiy  i  pod^- 
rzenia. 

.1  otn  Bą,  tniij  drogi,  powody,  które  mnie  sltłonily  do  wej- 
ścia na  nową  drngę,  po  piętnastn  lub  więcej  latach ,  pr^ehytj-ch 
ns  tycił  właśnie  pracach  organizacyjnych  (lab  ich  głusEenin), 
ktńryclt  dzisiaj  niedostateczność  cziiję  Uk  mocno.  Cltęć  połącse- 
nia  eią  z  ludźmi  co  dźwigają  Kosci<it  polgki,  nadzieja  siniby 
apostolskiej  w  kraju,  a  przedtem  jeszcze  potrzeba  znalezicJiia  sil 
odpowiednich  i  wyleczenia  się  ze  swych  wad,  hądż  osobistych, 
bądź  narodowych,  oto  przyczyny  czysto  ludzkie,  które  kazały  mi 
rozpocząć  tycie  zaknnne.  Nie  przeczę,  że  prócz  nicłi  były  inne: 
chęć  większego  zbliżenia  się  do  Pana  Jezusa,  z  odłożeniem  wszyst- 
kich interesów,  do  czasu  przynajmniej  ;  pragnienie  pokochania 
Go  catem  sercem  i  nauczenia  się  sliiżby  Jemn,  nie  sobie,  ani 
własnym  znchceniom.  Trudna  to  szkoła  i  byłaby  niepodobną, 
gdyby  kto  w  niej  własną  tylko  mocą  chciał  zostawać,  gdyby 
w  walce  codziennej  na  siebie  liczył,  gdyby  głównej  pomocy  i 
nienstannego  przytnlkn  w  Panu  Jezusie  nie  szukał.  Ale  jakkol- 
wiek ciężką  być  może  niejedna  godzina  (a  i  na  świecie  jest  iclk 
niemało),  to  przecież  od  trzecłi  tygodni,  odkąd  Jestem  w  nowi- 
cyacie,  nie  było  dnia,  mówię  to  n  aj  szczerzej,  w  którymbyin  ser- 
decznie, głęboko,  rzewnie  —  nie  dziękował  Panu  Bogn  za  to  że  ' 
mnie  wprowadził  do  zakonu.  Co  było  w  mem  powołaniu  zbyt 
świeckiego,  to  za  łaską  Bożą  uda  mi  się  może  oczyścić ,  i  zda6 
wolę  moją  i  projekta  moje  na  wolę  liożą ,  i  gtać  się  jego  po- 
słneznem  narzędziem.  Myślę,  że  kiedyś  będę  mógł  pracować 
■  w  Polsce ;  lecz  gdyby  tak  być  nie  miało ,  gdyhiTn  się  musiał 
tego  wyrzec,  bylabyto  wprawdzie  najboleśniejsza,  n.ij twardsza ' 
dla  mnie  ofiara ,  ale  i  tębym  złożył  Panu  Bugu ,  na  korzyść 
Polski  i  jeszczebynt  pewny  był,  że  służę  Polsce  najskniecznicj, 
bo  zgodnie  z  wolą  Bożą." 

Pole  dzialaniii,  jakie  się  przed  nim  otwierało,  bj'!o  Daj- 
rozleglejaze  ze  wszystkich.  Jego  życie  kaplaiiskie  i  zakonne, 
jego  prace  i  zasługi  w  Eośisiele  pL>lskim  i  w  Zgromadzeniu, 
jak  wykazałyby  znowu  w  całym  blasku  jego  zdriloośu  orga- 
nizacyjną, tak  najlepiej  dałyby  poznać  jego  religijnego  da- 
clin,  jego  wiarę,  jego  eootę.   Ta   stnma  jogo   życia   iiajwai- 


niejsza  xe  wsiystkifli,  najl)Ogats/,;i  w  skutki,  iiowinim  być 
opiaaaą;  trudno  wszakże,  żeby  mógł  opisać  ją  człowiek 
świecki,  a  w  każdym  raitie  w  krótkim  czasie,  bo  robota  to 
duża  i  długa.  Musimy  ją  tu  2  jtalem  pominąć,  bo  nie  mamy 
z  czego  dowiedzieć  się  o  niej  tych  szc^tególAw,  bez  których 
najogólniej  tylko  możemy  o  tych  chwilach  jego  życia  mówić. 
Jego  wBtąpieuie  do  iiowicyatu  wypadło  właśnie  na 
chwilę  uajzawziętszego,  naj nikczemniejszego  prześladowania 
Zmartwychwstańców.  Męty  wyrzucone  na  powierzchnię  wzbu- 
rzeniem rokn  1863,  były  wtedy  rozlane  szeroko,  a  zaufane 
w  nmiemane  poświęcenie  dla  ojczyzny,  były  zuchwale  i  gfo- 
iue.  Awanturnicy  w  świeckiej  czy  duchownej  sukni,  kapłani 
i  patryoci  (jak  o  nich  mówiono  i  pisano),  a  tacy  patryoci  i 
kapłani,  że  na  schizmie  kończyli,  mścili  się  na  księżach, 
że  ich  w  fizymie  ani  w  Paryżu  władzom  duchownym  do- 
brze zalecić  nie  mogli;  do  taldch  łączyły  sii;  indywidua, 
jakie  zawsze  zdarzyć  się  muszą,  czołgające  się  w  nadziei 
że  podchtebstwem  wyjednają  sobie  u  poważnych  ludzi  po- 
zory szacnuku  i  dobrego  stosunku,  a  kiedy  to  do  celu  nie 
doprowadziło,  szkalujące  tych  przed  którymi  pełzali,  dla  zem- 
sty, dla  przypodobania  się  innym,  dla  zrobienia  sobie  gdzieś 
u  kogoś  jakiegoś  przecie  stanowiska.  Chór  oszczerstw  na 
Zmartwychwstańców,  za  intonacyą  księdza  Mikuszewskiego 
i  podoimych,  śpiewany  przez  kilka  krajowych  dzienników, 
wychodził  ua  tosamo,  co  opowiadanie  świeżo  oroszone  o  Je- 
nerale Skrzyneckim ,  jak  go  Gurowski  oskarża!  o  przekup- 
stwo i  zdradę  ojczyzny  ').  Ksiądz  Kajsiewiez  ojiowiedział  te 
,  aprawy  w  swoim  pamiętniku:  ale  wypadtiio  jednak  opowie- 
Nlzieć  je  w  pismach  publicznych,  żeby  się  do  wiadomości  lu- 
Śzi  szerzej  dostały.  Opowiadanie  to  i  odpowiedź  (wilecono 
napisać  Kalince,  który  właśnie  wyszedł  hyl  z  nowicyatu  i 
chodził  na  kursą  teologii.  Odpowiedź  ta  ma  tytuł  Konspira- 
cya  Korespondentów,  a  wyszła  w  Przeglądzie  Polskim  w  lipcu 

Patrz  Przeyląd    Pulslci    188G.    Czerwiec.    „Z    teki  Jenerała 
Skrzyneckiego. " 


r.  1869.  Przypomniały  się  dohre  czasy  Wiadomości  Pohklch. 
Subtelnym  a  ciętym  dowcipem,  doakonalą  aigumentacyą ,  a 
zwłaszcza  tą  mocą  prawdy,  ktńra  daje  powagę  i  wiarę  sło- 
wom człowieka  który  ją  mówi,  te  kilka  nialo  znanych  kart 
mogą  się  liczyć  do  bardzo  świetnych  płodów  pióra  Kalinki. 
Oczywiście  na  razie  skutku  nie  wywarły:  fałszerze  —  bank- 
notów i  wiadomości  —  o  któiyeh  pisał,  zanim  się  jeszcze 
do  swego  rzemiosła  wzięli,  musieli  oczywiście  jitż  naprzód 
se  faire  un  front  qui  iie  rougit  jamais,  i  nie  umilkli  ndrazu, 
(iwezem  do  dziśdnia  jeszcze  odezwie  się  niekiedy  jakie  spóź- 
nione echo  tycli  głosów  —  nie  idących  w  niebioay.  Ale  jak 
prawda  na  wierzch,  tak  faisz  swoim  ciężarem  idzie  na  spód; 
niejeden  już  z  ówczesnych  oskarżycieli  sam  ujawnioną  po- 
dłością swoją  zaświadczy!  o  wartości  swoich  oskarżeń,  a  do- 
bra sława  Zgromadzenia  stoi,  powaga  jego  rośnie.  Dobrze 
kończy  Kalinka  swoje  pismo  przysłowiem,  „kłamstwem  świat 
przejdziesz  —  ale  nie  wrócisz." 

W  tymsamym  czasie,  w  maju  1869,  skończył  on  rok 
nowicyatu  i  .wykonał  pierwsze  śluby  zakonne,  i  w  tyoi  także 
otrzymał  niespodziewane,  a  mimo  obowiązkowej  zakonnej 
pokory,  miłe  odznaczenie.  Towarzystwo  Historyczne  w  Pa- 
ryżu przyznało  mu  nagrodę  za  Ostatnie  lata  Stanisława  Au- 
gusta, jako  za  najlepszą  książkę  historyczną,  jaka  w  tych 
latach  była  napisana.  Po  wywołanych  nią  niechęciach  i  oskar- 
żeniach, taki  wymiar  sprawiedliwości,  choć  najprostszej,  byl 
poniekąd  i  zadośćuczynieniem.  Oto,  co  pod  świeżcm  wraże- 
niem pisze  o  tem  Kalinka:  „Bada  wyznaczyła  komisyę  do 
„czytania  i  ocenienia  dziel;  wezwano  do  niej  (prócz  czlon- 
„ków  Rady)  Klaczkę,  Al.  Chodźkę,  Wrotnowskiego,  etc.  Po 
„wielu  sesyach  i  długiej  dyskiisyi  przyznano  nagrodę...  mnie! 
„Tryumf  to  nielada...  ta  decyzya  Towarzystwa  Historycznego 
„powiększa  znacznie  wartość  mojej  książki,  i  zasadom  w  niej 
„wypowiedzianym  daje  uroczystą  approbacyę...  Ktoby  się 
„spodziewał,  aby  w  Paryżu  i..."  (w  rok  zaledwo  po  przej- 
ściach niemiłych)  ...„ta  sprawa  taki  wzięła  obrót.  Hube-nt 
sua  fala  Uldli.- 


Wyświęcony  w  grudniu  roku  1R70,  Kalinka  w  ciągu 
roku  1872  był  w  Galicyi  —  (w  Krakowie  i  we  Lwowie,  za- 
pewne w  sprawie  osiedlenia  6ię,  któremu  hr.  Goluchnwski 
był  przychylny;  —  prze/,  tzas  jakiś  było  marzenie,  a  nawet 
nadzieja  dostania  Tyńca)  —  w  początkach  1873  r,,  jnż  po 
śmierci  księdza  Kajsiewicza,  byl  w  Paryżu,  potem  w  Rzy- 
mie pelnil  fnukcye  zarządcy  domu;  w  lecie  1874  r.  byl 
jeszcze  w  Galicyi,  i  znowu  bez  akntka.  Klimat  rzymski  dzia- 
łał źle  na  jego  zdrowie:  to,  i  jego  energia,  jego  dar  orga- 
nizacyi  sprawiły,  że  wysiano  go  do  Bnłgaryi.  Co  tam  i  co 
co  w  ogóle  przez  ten  czas  robił,  to  przeeliowywad  się  ninsi 
w  archiwach  zakonnych.  Nam  mało  to  znane.  Wiemy  tylko 
(z  listn  do  ks.  Władysława  Czartoryskiego),  *e  starał  się  o 
większe  dla  Missyi  bułgarskiej  zasiłki  od  lyoiigkiego  stowa- 
rzyszenia Propagacyi  Wiary,  czy  ze  skutkiem,  nie  wiemy; 
wiemy  tylko,  że  bawił  w  Adryanopolu  od  grudnia  1874  do 
końca  marca  1875  r.  Został  wszakże  z  tego  czasn  jeden  ślad 
jego  myśli,  o  którym  pokrótce  wspomnieć  mnsiniy.  Jak  wia- 
domo, zakonnicy  odprawiają  medytacye,  i  wiadomo  także,  że 
Zmartwychwstańcy  w  Adryanopolu  mają  szkolę  dla  mlodyeli 
Bułgarów.  Ks.  Kalinka  za  przedmiot  tych  medytacyj  wziął  mię- 
dzy innemi  obowiązki  nauczycieli  względem  tycb  uczniów,  i  spo- 
sób, w  jaki  7.  nimi  postępować  należy.  Nie  są  to  nauki,  tem  mniej 
świeckie  rozprawy;  są  raczej  krótkie  rozmyślania,  ułatwiające 
rachunek  nauczycielskiego  sumienia,  ale  w  wydaniu  dziel 
księdza  Kalinki  powinny  znaleść  się  koniecznie.  Są  takie 
mądre,  takie  praktyczne,  tak  głęboko  w  naturę  ludzką  i  prze- 
nikliwie wglądają,  że  każdemu  kto  dzieci  ebowa  mogą 
się  ogromnie  przydać.  Powtóre,  księdza  Kalinkę  dają  poznać 
ze  strony  nowej  i  niespodziewanej,  pedagoga,  a  dowodzą, 
że  i  w  tycb  rzeczach  miał  jakiś  dar  szczególny.  Na  tych  za- 
sadach oparte  jest  wyeliowanie  w  Internacie  ruskim,  i  słusz- 
nie zasady  systemu  przypisują  tam  księdzu  Kalince.  Nie  Eu 
miejsce  wdawać  się   w   opis,    a   dopieniż  w  siid/.enie    syste- 


ma  '),  nie  możemy  przecież  zaprzeć  się,  że  ten  sposób  kształ- 
cenia sumień  i  chiiraklerów  przez  okazywaną  uczniom  ufność, 
przez  przygotowanie  i  uzbrojenie  icb  przeciw  złemu  jakie 
w  życiu  spotkać  mogą,  a  zwłaszcza  przez  przykład  własny, 
bardzo  nam  do  przekonania  trafia.  Nie  możemy  też  odmówić 
Bubie  pr/yjcmno^ci  przytoczenia  tu  jednego  chociaż  ustępu, 
który  daje  poznać  dokładnie  nczucia  i  stanowisko  księdza 
Kalinki  i  Zgromadzenia  względem  późniejszych,  ruskich  wy- 
cliowańeów : 

„Naród  każdy  wyraża  jakąś  myśł,  którą  Bóg  chce  prze- 
„zeń  w  ludzkośti  rozwinąć.  Bóg  daje  mu  odpowiednie  dt> 
„jegti  zadania  przymioty,  które  tworzą  jego  właściwość,  cha- 
„rakter,  i  z  pomocą  których  ma  on  następnie  pracą  wieków 
„spełnić  swoje  posłannictwo  na  ziemi." 

„Powinniśmy  mieć  uszanowanie  dla  każdej  naroduwoćei 
„przez  wzgląd  na  jej  początek,  na  jej  cel.  Lekceważenie  jej 
„byłoby  pogardą  myśli  Bożej,  która  w  niej  tkwi  i  kiedyś 
„zakwitnie.  Poniewierać  narodem  dla  jego  wad  lub  uiedo- 
„statków,  albo  dlatego,  że  są  inue  wyżej  od  niego  stojące, 
„byłoby  tożsamo  eo  deptać  godność  człowieka  dlatego,  że  są 
„inni  lepiej  ubrani  liilł  wykształceiisi  od  niego." 

„Przez  uszanowanie,  które  dhi  ich  narodowości  okazu- 
„jemy,  dzieci  bułgarskie  powinny  rozumieć  jej  wysoką  wai- 
„ność,  powinny  wszczepić  w  siebie  przekonanie,  że  nie  na- 
„próżno  I5óg  ich  stworzył  w  tym  a  nie  w  iuoyni  narodzie, 
„że  niają  względem  niego  obowiązki,  których  niemożiia  za- 
„Diedbać  bez  niewierności  Bogu.  Dzieci  wiedzieć  mają,  że 
„kto  cnotliwy  i  wierny  lasce,  ten  najlepiej  służy  eweniu  na- 
grodowi, ho  ściąga  blogosławiefistwo  na  cały  krsij,  —  a  prze- 
„ciwnie  każda  plama  osuhista,  jest  hańbą  dla  narodu  i  nmniej  - 
„sza  nm  łaski  Bożej.  Wiara  w  narodzie,  to  jego  hłogosła- 
„wieństwo  i  siła.  Dzieci    bułgarskie   wiedzieć   mają,   że   bes 


')  Zasady  skreślił  k^iiidz  Sraolikowski ,  przełożony  Internatn, 
w  nicznera  sprawozda  ni  u  z  je^o  stanu  z  roku  1886,  w  roku 
1877  drukowauein. 


„wierności  Kościołowi  naród  ten  jak  nie  niiol  przeszłości, 
„tak  i  przyszłości  mieć  nie  będzie,  i  tjllio  klęski  po  klęskach 
„i  poniżenia  i  zawody  czekać  go  będą.  Że  Kościół,  to  duch 
„i  podwalina,  narodti,  ale  nie  moie  mu  nigdy  słu-ż-yć  Zii  na- 
„rzędzie  polityczne.  Kiedy  Kościół  jest  dla  nas  celem,  a  Bóg- 
„początkiem  i  końcem  naszego  działania,  wszystko  w  naro- 
„d/.ie  dźwiga  aię  i  utrwala  w  porządku.  Pnez  myśl  Bo:^.ą, 
„którą  przyjął  naród,  rośnie  na  dncłiu  i  ciele  i  praycliodzi 
„do  najszerszego  przeznaczonego  mu  w  świecie  stanowiska. 
„Ale  całkiem  przeciwnie  się  ma,  kiedy  Kościół  użyty  jest 
„jako  jaka  kombinacya' polityczna,  dogodna  na  ten  izas,  dla 
„zwalczenia  przeciwnika,  dla  ominięcia  trudności  i  przeszkód. 
„Bóg  nie  znosi  takiej  zniewagi,  aby  to  jego  dzieło  uajdroż- 
„sze,  któremu  fundament  krwi  swojej  położył,  było  tak  po- 
„niewieraue.  Taka  racbntia  fałszem  jest  i  jak  fałsz  każdy 
„sama  sobie  karę  przynosi,  bo  wtedy  i  Kościół  niszczeje  i 
„naród  się  upadla,"' 

„Dzieci  oswojone  powinny  być  z  myślą,  że  je  w  życiu 
„liczne  pokusy  czekają,  dla  wypróbowania  icb  wierności.  Że 
„będą  powołane  do  dania  świadectwa  prawdzie,  a  to  świa- 
„dectwo  kosztować  je  musi.  Ale  Bóg  dobry  nie  ześle  na  nich 
„pokus  cięższych  nad  ich  aily  i  w  tyeb  pokusach  wspomoże 
„tycb,  co  Siu  będą  ufali." 

„Nic  masz  narodu,  któryby  się  nawrócił,  lub  w  wierze 
„utrwalił  bez  świętych.  Na  początku  dziejów  każdego  narodu 
„błyszczy  jakaś  wielka  postać  świętego,  która  mu  drogę  to- 
„rujc." 

„Miejmyż  i  my  to  w  pamięci,  i  sami  to  rozpaniięty- 
„WHJmy  i  Panu  wciąż  w  modlitwie  przypominajmy,  że  ta 
„unia  nad  którą  pracujemy,  poty  będzie  krnchem  dziełem, 
„dopóki  świętych  nie  wyda.  I  Bulgarya,  jak  Ruś  niegdyś, 
„potraebuje  Jozafata.  Pobożność  zwyczajna  —  ziemska  gorli- 
„wośó,  uczciwość  mierna  nie  wystarcza,  trzeba  heroizmu 
„cnót." 

W  ciągu  tego  całego  czasu  przecież  i  pomimo  zajęć 
tak  odmiennej  natury,  Ostatnk  lata  Stanisłnica  Atigunta  nie 


k. 


wj-chodziły  mu  z  myśli.  Pisać  dalej  fo  co  zacząt,  napisać 
bistoryę  Czteroletniego  Sejmu  miał  za  swoji^  powinność  i  za 
rzecz  pablicznego  poiytkn.  Ksiądz  Semeoenlto ,  jenerał  Za- 
konu, rozumiaE  to  taksamo;  wiedział,  że  choć  to  nie  bezpo- 
średnio praca  dla  Zakonu ,  ale  zawsze  slutba  Unia  i  poży- 
tek Kościoła,  i  że  jeżeli  jeden  z  jego  zakonników  pracy 
takiej  dokonać  może  lepiej  niż  ktokolwiek  inny,  to  prze 
szkadzać  mu  w  niej,  odrywać  go  od  niej  hyloby  źle.  Prze- 
znaczył go  zatem  na  kapelana  przy  klasztorze  Sióstr  Niepo- 
kalanego poczęcia  w  Jarosławiu  {1877}.  Miejsce  to  było  od- 
ludne i  ciche,  innego  zajęcia  mało,  bliskość  Lwowa  i  Kra- 
kowa, zatem  łatwy  przystęp  do  bibliotek;  i  tam  zaczął  się 
pisać  iSejm  Czteroletni.  Z  jakim  trudem  szukania  i  dostawa- 
nia źródeł,  tego  domyślać  się  tylko  możemy.  łCsiądz  Kalinka 
mówił  zawsze,  że  wielkiej  uprzejmości  i  łatwości  doznał 
w  Uerlinie,  gdzie  w  archiwum  krółewskieni  pozwolono  mn 
korzystać  z  wszystkiego.  Od  trudn  i  mozohi  wszakże  cięższy 
był  ból  zagłębiania  się  w  te  czasy,  stopniowego  odkrywania, 
że  złego  było  więcej,  dobrego  mniej,  niż  się  sądziło  —  i  ból 
konieczności  powiedzenia  tego  po  raz  pierwszy... 

Ten  Jarosław  ma  swój  rod/.aj  szczęścia  i  chwały.  Po 
jednej  jego  stronie,  w  Pawlosiowie,  przygotowywał  Skarga 
do  druku  Kazania  na  Nie^lzieh  i  Swifta,  po  drugiej  stronie, 
na  Głębokiej ,  pisał  Kalinka  pierwszy  tom  Czteroletniego 
Sejmu.  Jak  tamto  w  wymowie  kościelnej ,  tak  to  w  histo- 
ryografii  polskiej  na  szczytach. 

Ten  pierwszy  tom  wyszedł  w  roku  1880, 


VI. 


Właściwą  cechą  i  znaczącym  faktem  naszej  literatury 
z  ostatnich  lat  dwudziestu  kilkn,  jest  to,  że  największa  liczba 
sil  i  zdolności  (i  to  zdolności  na j celniej sze,  wyborowe),  sku- 
piły się  około  Iiistoryi;  ona  jest  dziś  gliiwnera,  najsilniejszeni 
korytem,  którem  płynie  nasze  piśmiennictwo,  jak  pól  wieku 
temu  była  niem  poezya.  Uważamy  to  za  szczęście  dla  na- 
rodu i  za  dowód,  ta  on  postępuje  i  dojrzewa.  Trzy  są  wła- 
dze w  duszy  ludzkiej:  uczucie,  rozum  i  wola,  a  każda  ma 
w  życiu  człowieka  okres  nie  wyłącznego  panowania,  ale  gó- 
rowania nad  innemi.  W  pierwszej  młodości  żyje  człowiek 
głównie  uczuciem,  a  ono  nim  włada.  Doświadczenie  i  zasta- 
nowienie uczą  go,  że  nczncie  nie  jest  nieomylnem  i  że  ono 
samo  nie  ma  prawa  i  nie  umie  rządzili  człowiekiem  i  jego 
życiem;  kiedy  się  tego  dowiedział,  zbliża  się  człowiek  i  doj- 
rzewa do  wieku  męskiego.  A  dopiero  kiedy  sądu  i  rozwagi 
1  nabrał,  i  kiedy  je  dodał  do  tej  czujności  sumienia  i  szlachet- 
Tpości  serca,  jaką  mu  dało  uczucie,  kiedy  te  dwa  pierwiastki 
duszy  swojej  połączył,  wtedy  nabywa  człowiek  tego,  co 
go  wprowadza  w  trzecią  epokę  jego  życia:  cliarakteru,  i 
wtedy  zudyakowym  znakiem  jego  życia  jest  już  nie  uczucie, 
nie  refleksya,  ale  na  nicli  oparta  i  niemi  dobrze  kierowana 
władza  trzecia,  wola;  zaczyna  się  po  okresacli  przygotowa- 
Jącycli  (uczuć  i  rozmyślań)  okres  ostatni  praktycznego  życia 
działania.  W  życiu  zbiorowem  narodów   powtarzają  się  te 


trzy  gtopnie  takie,  powtarzać  8ię  mogą  nietylko  w  całości 
ich  dziejów,  ale  w  jedDjm  z  tych  dziejów  okresie  lali  wickn. 
Nasz.  Ditród  w  swojem  porozliioroweoi  życiu  szedt  za  popę- 
dem uczucia  aż  do  rokn  1863;  że  wsuedl  w  epokę  reflekayi 
i  rozwagi  (dowodzi  oprócz  innych  wskazówek)  i  to,  że  na 
sam  przód  jegn  zajęć  nrayslowych  wyszła  historya.  To  jest 
jest  jego  sposób  badania  siebie,  obracliiinkii  z  sobą,  jego 
Hogee  te.  ipsnm.  W  okres  trzeci,  afimiowania  i  peluego  uży- 
wania swojej  woli,  wstępnego  działania,  przejdzie  wtedy, 
kiedy  wyrabiająca  się  w  tym  drogim  świ&douioSć  siebie 
przejmie  go  dobi-ze  nawskrós  i  do  tej  dojrzaiośfi  doprowadzi. 
Ten  zaś  fakt  —  nie  literacki  ani  teoretyczny  tylko,  ale 
bardzo  praktyczny  i  historyczny  —  fakt  obudzonego  nad  sobą 
sądu,  objawiony  dotąd  najświetniej  w  pracach  bistorypznyeb, 
dal  się  widzieć  naprzód  przez  dwóch  ludzi,  którzy  (innym 
zasługi  ani  zdolności  nie  umniejszając  bynajmniej)  byli  pierwsi 
co  do  czasu,  pierwsi  w  zDajomości  natury  swego  narodu,  i 
pierwsi  wreszcie  w  sztuce  historycznego  pisania;  Szujski  i 
Kalinka.  Jako  rodzaj  umysłu  i  jako  zalety  talentu,  zupełnie 
do  siebie  niepodobni,  wprost  różni.  Kalinka  nie  miał  tej 
wyobraźni  poetycznej ,  która  —  trzymana  na  wodzy  umie- 
jętnością i  sumiennością  historyka  —  była  wielką  siłą,  wiełlcą 
pomocnicą  i  sługą  Szujskiego.  Dawała  mu  lę  intutcyc,  która 
przeczuwała  i  odgadywała  prawdę  o  ludziach  i  wypadkach, 
prawdę,  którą  potem  badanie  sprawdzało.  Kolumb  czul,  że 
antipody  być  muszą;  Kopernik,  że  ziemia  musi  się  obracać: 
zanim  jeden  i  drugi  doświadczeniem  i  rachunkiem  doszedł 
do  sprawdzenia  swoich  przeczuć.  Szujski  tak  ezul  naprzód, 
odgadywał  prawdy  historyczne  swoją  intuicyą,  na  którą  skła- 
dały się  dwa  pierwiastki:  miłość  ojczyzny  i  wyobraźnia  poe- 
tyczna, do  historycznych  rzeczy  zwrócona  i  użyta.  Tesame 
dwie  władze  sprawiały,  że  w  swojem  przedstawieniu  rzeczy 
i  ludzi,  Szujsld  miewał  silę  kolorytu,  w  swoich  slowacb  pa- 
tetyczną siłę  miłości  lub  zgrozy,  przypominającą  Tacyta.  To 
jest  typ  historyka,  do  którego  należy  Szujsld.  Kalinka  poetą 
nie  był,  wyobraźni  nie  miał ,  nie  odgadywał  nigdy,  tylko 


myśleniem,  refleksją  dochodził.  Nie  unoszący  aię  nigdy,  nie 
porywał  patetycznerni,  natcliiiinnemi  ustępami.  Effekl  u  niego 
powstawał  z  pizet-inieiistwa  delikatnych  odcieni  i  półtonów, 
silnie  oznaczonym,  jaskrawym  nie  bywał  nigdy.  Jako  pisarz 
podobny  byl  do  tych  malarzy,  którzy  me  mają  świetnego 
kolorytu,  ale  doskonałość  rysnnkn  kai^^e  u  tern  zaponmieć; 
jako  liistoryk  stał  pod  chorągwią  nie  Tacyta  jak  Szujski, 
tylko  Tuoydidesa.  Zato  miał  jako  pisarz  tę  zawsze  równą  do- 
skonałość stylu,  tę  prostotę  i  przejrzystość  słowa  i  układn, 
jakiej  Szujski  często  zawiły  nie  miał.  Tamten  jest  świetniej- 
Bzy  czasem,  ten  doskonalszy  zawsze;  uderzających  i  pory- 
wających piękności  u  Szujskiego  jest  wiceej,  ale  sposób  Ka- 
linki jest  klasyczny.  Głębokość  sądn,  zmysł  polityczny,  będą 
n  oba  zapewne  równe  i  ogółem  z  sobą  zgodne,  a  stanowisko, 
z  jakiego  na  sprawy  polskie  patrzą,  tosamo.  Tylko  Szuj- 
skiego sąd  ma  więcej  ogólnego  filozoficznego  pierwiastku  i 
kiernnku,  sąd  Kalinki  praktycznego,  a  w  szczególności  dy- 
plomatycznego. Gdyhy  Kalinka  był  pisał  o  wieku  XVI,  byłby 
sprawy  jego  tak  rozumiał  i  sądził  jak  Szujski;  w  wieku 
XVIII  Szujski  niejedno  widział  inaczej  jak  Kalinka,  ale  po- 
wody złego  widząc  taksamo,  byłby  mnsiał  sądzić  podobnie 
i  szczegóły,  gdyby  był  tak  się  w  nie  zagłębiał  jak  tamten. 
Przekonania  religijne,  pojęcie  elosiinku  ludzi  i  społeczeństw 
do  Boga  i  Kościoła,  jeat  u  obudvTÓch  tosamo,  z  tą  różnicą, 
że  Sznjski  historyk  już  Kanilodii,  im  dalej  tern  lepiej  do  po- 
znania prawd  tych  dochodzi;  Kalinka  zmieniać  się  pod  tym 
wsgiędem  i  postępować  nie  potrzebuje,  bo  jest  jni  zupełnie 
dojrzały  i  ustalony,  kiedy  bieforyę  pisać  zaczyna.  Jeden 
mo4e  być  doskonalszym,  klasycznym,  bo  pisze  mniej  i  ca!ą 
swoją  siłę  i  pracę  koncentruje  w  jednej  epoce;  drugiemu  na 
doskonałość  nie  starczy  czasu:  ale  ten  wielki  popęd,  który 
w  nim  jest,  i  który  cale  wieki  historyi  polskiej  podejmuje, 
roztrząsa,  oświeca,  z  całych  prawdę  i  naukę  dobywa,  ten 
popęd  za  doskonałość  staje,  a  swoim  choć  innym  sposobem 
często  do  niej  dochodzi.  Próżno  jest  porównywać  i  mierzyć 
znakomitych  ludzi,  i  wszystkie  niegdyś  modue  paralelJc  Ra- 


W 


faela  i  Micliala  AniołB,  Beetboyena  i  Mozarta,  Schillerai 
thego,  ludzi  myślących  doprowadzały  zawsze  tylko  do  w 
ku,  i.e  kaidy  z  nich  jest  inny,  nigdy  do  tego,  który  wicki 
Taksamo,  gdyby  je  kto  nibić  próbował,  skouczyćby  się 
siało  porównanie  Szujskiego  z  Kalinką.  Tylko  te  są  jedną 
z  takich  wielkich  par —  w  naszej  historyi  i  literaturze  jedną 
z  największych  —  to  pewna. 

W  tym  zaś  zwrocie  historyi  polskiej ,  którzy  oni  we 
dwóch  poczynają  i  reprezentują,  nie  da  się  i  nie  zależy  na 
tem,  by  oznaczyć,  która  książka  najlepsza,  która  najwięcej 
piawtl  wykryła,  wpływu  wywarła,  pożytku  przyniosła;  — 
ale  najwyrażniejszem,  najjaskrawszeni  świadectwem  zwrotu, 
krokiem  na  tej  drodze  najśmielszym,  bo  najboleśniejszym, 
nauką  najłatwiejszą  bo  najbliższą,  był  Sejm  Czteroletni  księ- 
dza Kalinki. 

Dlaczego  ze  wszystkich  prawd  historyi  ta  ma  być  naj- 
boleśniejsza? Rzecz  jasna.  Od  lat  prawie  stn  żyliśmy  i  umie- 
rali w  tem  prMkonaniu,  że  Trzeci  Mnj  był  aktem  skruchy 
i  poprawy  dawoej  Rz pitej ,  jej  ostatnią  wolą,  a  dla  nas  i 
przykazaniem  i  wiatykiem  na  ciężką  drogę  porozbiorowego 
życia;  w  dokonanej  podówczas  poprawie,  w  podniesionej  mi- 
łości ojczyzny,  w  sprawiedliwości  i  mądrości  ustawy  Trze- 
ciego Maja,  była  część  wielka  naszej  siły  życia,  bo  był  do- 
wód, że  Polska  ówczesna  była  lepsza  niż  dawniejsza  i  lepsza 
od  innych;  w  tem  znowu  rękojmia,  że  ona  ma  i  prawo  i  silę 
odżycia.  Czy  w  takiem  sądzeniu  Trzeciego  Maja  myśmy  się 
mylili?  Nie.  To  wszystko  jest  prawda  i  w  tę  prawdę  win- 
niśmy wierzyć  tak,  jak  wierzyły  wszystkie  pokolenia  aż  do 
nas.  Tylko  jak  wszystkie  nasze  sprawy  do  roku  1863,  tak 
tę  sprawę  aż  do  Kalinki  sądziliśmy  uczuciem  samem,  patrza- 
liśmy  na  nią  z  tego  stanowiska,  co  na  wszystkie  inne;  wi- 
dzieliśmy jej  słuszność  i  szlachetność  i  myśleliśmy,  że  gdzie 
jest  słuszność  i  szlachetność,  tam  wszystko  inne  albo  samo 
przez  się  być  musi,  albo  niekoniecznie  potrzebne.  Dziś  tasama 
rozwaga,  która  Itaże  nam  znać  i  sądzić  nasze  położenie  po- 
lityczne, przystępuje  do  tej  sprawy  historycznej  i  mówi  przei 


usta  Kalinki,  że  przy  sinszaości  sprawy  a  azlnclietnośei  po- 
pęda  i  eelu,  w  ustawie  samej  były  niedoskonałości,  w  postę- 
powaniu hlędy  grube,  w  ludziach  słabości  albo  małońei... 
W  tym  ostatnim  akcie  narodowej  zasługi  i  mądrości,  który 
jako  ostatni  był  najdroższy,  czczony  jak  świętość,  pokazały 
się  gorsze  jiierwiastki,  nieodłączne  od  natury  ludzkiej  i  ludz- 
kicli  dziel  —  ten  historyczny  ideał  nie  był  ani  moralnie  ani 
polilycznie  doskonałym;  ludzie,  którzy  go  stworzyli,  nie  byli 
ani  tak  święci  ani  tak  wielcy  jak  nam  się  zdawało...  tłń- 
maczyó  ich  trzeba  często,  wytlóniaezyć  nie  zawsze  można! 
A  więc  cóż  nam  zostanie,  w  co  i  komu  mamy  wierzyć,  gdzie 
w  sobie  aznkać  rozumu ,  wielkiego  charakteru ,  patryotyzmu 
bez  przymieszki,  zatem  zdolności  i  siły  do  życia,  jeżeli  tego 
niema  w  nstawie  Trzeciego  Maja  i  w  jej  twórcach?  Oto 
wrażeuie  rozpaczliwe,  z  jakiem  niejeden  tę  książkę  czytał, 
i  dlategofo  jest  ona  ze  wszystkich  naszych  książek  histo- 
rycznych najsmutniejsza.  Wrażeniu  się  nie  dziwimy:  prosimy 
tylko,  by  teu  kto  go  dozna!,  zważy!,  że  jeżeli  jemu  t-ak 
okropnie  było  czytać,  jakże  dopiero  być  musiało  temu,  co 
czuł  niemniej  jak  on,  a  pisał  i  dowiadywał  się  i  drugim 
oznajmiał  pierwszy.  I  gdybyśmy  mieli  czemu  się  dziwić,  to 
temu  raczej,  że  książka  tak  bolesna,  tak  przecie  była  przez 
ogót  wdzięcznie  przyjęta;  że  uie  zrozumiała  i  na  autora  się 
burzyła  liczba  stosunkowo  bardzo  uiała,  a  większość  czytała 
ze  Izami,  z  zaciśniętą  pięścią,  ze  wstydem  na  czole,  ale  czy- 
tała tak,  jak  się  połyka  lekarstwo,  „niecb  boli  jak  chce"  — 
czując,  że  na  jej  dobro  i  szanując  owszem  błogosławiąc  le- 
karza. To  jest  (jak  słusznie  zauważył  p,  Popiel  w  receuzyi 
pierwszego  tomu  Sejmu.  —  Przegląd  Polski  Listopad  1880) 
i-zecz  niełatwa  ani  mała,  a  pocieszająca  bardzo.  Że  zaś  wy- 
kazane słabości  i  blęrły  ludzi  nie  /.mazują  ich  wartości,  że 
niedoskonałość  rzeczy  nie  zmienia  jej  słuszności  i  szlachet- 
ności, i  że  wskutek  tego  wrażenie  książki  bolesne  bardzo 
rozpaczliwem  nie  jest,  to  się  pokaże. 

Wszystko  co  dobre,  przychodzi  pomału  i  trndno,  i  nigdy 
człowiek  ni  naród  odrazu  nie  zmądrzał.  Tę  prawdę  nie  Ka- 

10 


linka  odkrył,  znana  jest  odkąd  świat  Bwiatem,  a  że  ją  nas 
historya  i  jego  ksiąika  raz  więcej  stwierdza,  nie  jego 
wina.  My  przez  upadek  Kzeczyi»ospoiitej,  przez  wstyd  czaai 
SaskicU,  przez  sejmy,  z  których  ani  jeden  ordynaryjny 
Augusta  III  nie  dnszedt,  przez  jego  elekcyc  pod  przemo 
cudzych  bagnetńw,  przez  Konarskiego  wreszcie,  zDiądr/.eli8ii 
o  tyle,  iieśniy  się  przekonali,  ie  Polska  nie  stoi  nierząde 
ale  ie  jak  wszystko,  tak  i  ona  nierządem  upada.  PrzekoD 
liśniy  się  (wielu  z  nas},  że  Liberum  veto  nie  jest  żreni 
wolności  i  że  trzeba  nam  innego,  skutecznego  Ead  Sposol 
Kie  bylto  postęp  mały,  było  zwycięstwo  nad  jednym  s 
starzałym  przesądem,  byl  zrobiony  początek.  Inne  pmesąi 
zostały.  Ale  kiedy  prz)'sz!y  szkody  i  sromoty  gorsze,  kon 
deracya  Radomska,  pierwszy  rozbiór  i  sejm  Ponińskiego,  9 
ezęla  się  w  umysłach  wyrabiać  walka  z  przesądem  drugi 
z  wolną  elekcyą:  walka  nie  odraza  stanowczo  zwjcięsl 
przecież  o  tyle ,  że  i  ten  dragi  filar  nierządu  runął  w  opi 
i  świadomości  wielu;  na  jego  miejscu  stanęło  przekonań 
że  bezkrólewia  i  elekcye  są  drugim  głównym  powodem  s' 
bości.  Otworzyły  się  oczy  dalej  na  militarną  słabość  paiisti 
i  na  społeczną  niemoc  narodu;  mniejszych  i  ubocznych  zmi 
w  opinii,  które  z  tamtych  płynęły  jako  ich  następstwa  i  n; 
pełnienia,  nie  trzeba  wyliczać.  Te  wystarczą,  by  dowieśt!-, 
się  postęp  zaczął  i  że  dość  daleko  zaszedł ,  h  zarazem , 
oznaczyć,  gdzie  się  zatrzymał,  jakiej  granicy  nie  przesze 
Naród  zmądrzał  bardzo,  ale  tej  mądrości  jeszcze  wtedy  i 
nabył;  która  uczy  zadać  przymus  (gdy  potrzeba)  uczucie 
nawet  najszanowniejszym  i  znosić  zgodnie  ludzi  nienawi 
nych,  jeżeli  ta  zgoda  wzmaga  naszą  silę;  która  uczy,  że 
głośne  mówienie  wtedy  dopiero  jest  pora,  kiedy  do  silne 
działania  jest  gotowość;  która  uczy,  że  administi-acya  i 
może  być  sprężystą  ani  dyplomaeya  skuteczną,  kiedy 
kollegiainte  przez  wielu  prowadzi;  tej  mądrości  naród  jeszt 
wtedy  nie  nabył,  która  uczy,  jak  swoją  politykę  zagranicz 
prowadzić  —  a  w  stosunkach  najtrudniejszych  —  iżby  n 
kąjąc  Charybdy,  nie  wpaść  na  Scyllę.   Zmądrzeli  o  tyle, 


^  by 

cif 


^^^w; 


już  wiedzieli,  czem  się  ratować  i  dźwigać  maja  —  nie  dosyć 
by  wiedzieć  jak,  jałiiemi  praktycznerai  sposobami.  Oto  ostat- 
nia koriklnzya  i  eąd,  jakie  się  z  tej  ksiąi^ki  wynosi;  a  jej 
nauka  jest  ta,  że  czego  im  uiedoatawaln,  to  my  mamy  do- 
pełnić, i  stanąć  na  tym  stopniu  politycznego  rozumu  i  patryo- 
tycznego  snmicnia,  który  dla  nich  byl  jeszcze  niedostępny. 
Konkluzya  nierozpaczliwa  wcale,  skoro  oni  bardzo  dużo  zro- 
bili i  bardzo  dużo  postąpili;  a  nauka  rozpaczliwa  chyba  dla 
takich  tylko,  którzy  albo  tego  nie  wiedzą,  że  nie  odrazu 
Kraków  zbudowany,  albo  na  długą  i  trudną  budowę  nie  mają 
odwagi  i  siły. 

Fakt  ten,  powody,  dla  których  byl  (a  prawie  musiał 
hyć)  taki,  formy  w  jakich  się  ukazywał,  i  skutki,  jakie  spro- 
wadzał, oto  co  się  praewija  przez  cały  ciąg  tych  dziejów,  a 
opowiadaniu  występuje  z  jasnością  i  wyrazistością  nie- 
STÓwnaną. 

Sejm  zbiera  się  w  zamiarze  poprawy  Rzpltej,  a  w  uczu- 
ciach jego  pierwsze  miejsce  ma  wstyd;  ten  nim  powoduje,  ten 
dyktuje  uchwały.  Honor  i  patryotyzm  cierpią  nad  upo- 
korzeniem Rzpltej,  nad  przemocą  Rosyi;  jej  gwaraneya,  por- 
wanie senatorów,  rozbiór,  wielkorządy  Stackelberga  w  War- 
szawie, wszystko  to  ich  boli  i  wstydzi;  ten  wstyd  chcą 
zmazać,  z  tego  poniżenia  się  podnieść.  To  uczucie  jest  ich 
clilubą,  jest  miarą  postępu  w  nich,  jest  naszym  pożytkiem  i 
spitśeizuą  jakąśmy  po  nich  wzięli.  Tern  uczuciem  natchnione 
postępki,  psychologicznie  naturalne  i  zrozumiale,  politycznie 
nie  byty  dość  rozważne  i  zręczne,  i  przyniosły  zlycb  skut- 
ków dosyć.  Teraz  kiedy  my  poczuliśmy  się  w  swoim  upadku, 
a  kiedy  Rosya  zajęta  wojną  turecką  i  uwikłana  w  trud- 
ności wielkie,  teraz  czas  odrobić  i  naprawić  wszystko,  co  pod 
powagą  i  przewagą  Rosyi  stanęło.  Z  upokorzenia  wyszła  niena- 
wiść Rosyi:  z  obojga  razem  ten  popęd,  który  przez  ciąg  pierw- 
szego roku  obrad  sejmowych,  właściwie  burzy  tylko  i  znosi 
to,  co  powstało  na  sejmie  podziałowym.  Czy  z  pożytkiem  dla 
Rzpltej?  Kalinka  dowodzi  że  nie;  że  ta  reakcya  (jak  każda 
gwykle)  poszła  zadaleko,  bo  Rada  Nieustająca  jakakolwiek 

10* 


była,  była  przecie*  jakimś  rządem  i  lepszym,  porządniejszym^ 
nit  go  się  od  wieku  w  Polsce  widziało;  bo  (żeby  więcej  ' 
przykładów  nie  przytaczać)  oddanie  wojska  pod  rozkazy  sej- 
mowej komisyi  było  pomysłem  tak  oiedorzecznie,  tak  po- 
iwornie  fałszywym  w  zasadzie,  a  w  praktyce  utrudniającym 
organizacyc  wojska  na  dziś,  a  jego  działanie  na  przyszlońć, 
żo  takiej  uaiwności  u  ludzi  rozumnyub  nie  możua  pojąć.  Co 
ją  tlóraaczy,  to  zaraz  zobaczymy. 

Zniosło  się,  co  się  znieść  chciało ;  co  się  na  to  miejsce  posta- 
wi? Wojsko,  skarb,  bez  którego  wojsko  być  nie  może,  to  odrazu  ■ 
na  najbliższe  niebezpieczeństwo.  Na  przyszłość,  na  ubezpie- 
ezenie  Rzpltej,  taką  formę  rządu,  któraby  utrzymała  silę  i 
ład.  A  więc  Hcbwała  stu  tysięcy  wojska,  ucbwała  poda^Aw, 
i  wybór  deputacyi,  która  rua  iiłożye  projekt  przyszłej  formy  , 
rządu.  Wszystko  doskonale,  tylko  wykonane  gorzej.  W  ezem 
i  dlaczego  gorzej  ?  W  tern,  że  uchwalono  sto  tysięcy  woJekOr  i 
nie  pytajjie,  czy  się  je  postawić  i  utrzymać  zdoła;  najrozum- 
uiejsi  i  najoświeceńai  byli  pewni,  że  w  położenia  tak  groź— 
nem,  nie  można  oglądać  się  na  możność  i  racbować,  trzebft 
się  ratować  heroicznemi  Środkami.  Logika  w  tern  była,  ale 
przeciw  rzeczywistości  logika  nie  jest  mocną,  i  uchwalone 
sto  tysięcy  wojska  nie  stanęły  nigdy.  Pierwsze  złe.  Drugie 
gorsze  (bo  tu  już  nie  fizyczna  niemożliwość,  ale  moralna  | 
opieszałość  stała  na  przeszkodzie)  —  że  uchwalone  podatki 
nie  wpływały.  Trzecie  złe,  że  ta  nowa  forma  rządu  budowała 
się  w  umysłach  podług  teoretyczny  cli  reguł  i  doktryn,  podług 
szlachetnych  zasad  nawet,  ale  bez  tej  praktycznej  świado- 
mości, że  naturą,  istota,  warunkiem  rządu,  jest  możność  rzą- 
dzenin.  Oni  wiedzieli  dobrze,  że  Polska  nierządem  ginie;  ale 
że  rząd  musi  mieć  władzę,  lego  jeszcze  nie  rozumieli,  Ignacy 
Potocki  wymyśla  jakąś  sejmową  komisyę  do  prowadzenia 
spraw  zagi'anicznych,  książę  Jenerał  Ziem  Podolskich  cieszy 
się,  że  „szczęśliwość  obywateli  wtedy  dopiero  będzie  zapew- 
nioną, kiedy  się  rząd  na  wielką  liczbę  niezależnych  od  siebie 
niagistratur  rozdzieli  i  w  nich  rozpłynie."  Jeżeli  ci  dwaj  tak 
rzeczy  pojmowali,  czegóż  sjiodziewać  się  po  mniej    08wie< 


nych  i  rozumnych  ?  Jeszcze  raz,  oni  rozumieją,  że  veto  jest 
złe,  że  elekcye  i  bezkrólewia  są  zle;  ale  tego  nie  rozumieją, 
że  rząd  powinien  być  silny  i  jego  wzmocnienia  nie  chcą; 
jeszcze  raz,  pojęcia  się  kształcą,  poprawiają,  wyrabiają  po- 
mału a  nie  odrazn. 

Dlaczego  oni  rozumieć  tego  nie  mogli?  co  im  przeszka- 
dzało? Bo  wszystkie  tradycyjne  pojęciu  państwa  przeciwne 
uprzedzenia,  żyły  jeszcze  i  były  zakorzenione  głęboko;  bo 
■zasadnicze  a  zasadniczo  1'alszywe  pojęcie  rządu  i  narodu, 
jako  dwócb  pierwiastków  różnycli  i  dwócb  sit  przeciwnych, 
jako  dwóch  osobnych  jestestw,  a  nie  jako  jednej  całości;  bo 
podejrzywanie  rządu  i  satcowanie  wolności  wyżej  niż  aily 
(kiedy  ta  jako  podstawa  niepodległości  powinna  być  wyżej 
cenioną)  —  zawsze  w  nas  były,  W  tych  ostatnich  stanowczych 
łatach  moiie  były  już  jako  kara  za  to,  żeśmy  ich  wcześniej 
pozbyć  się  nie  chcieli.  Autorowie  Koostytucyi  3go  maja 
w  wielu  swoich  pomysłach,  w  niektórych  swoich  zasadni- 
czych pojęciach  tak  przypominają  starych  reforniatoiów  z  pierw- 
szej pniowy  XVni  wieku,  is  nieraz,  kiedy  się  odezwie 
Ignacy  Potocki,  zdaje  się,  że  to  jeszcze  Leszczyński  albo 
Karwicki;  ci,  jak  tamci,  gorliwi  są  o  bezpieczeństwo  wolno- 
ści; boją  się  żeby  król  nie  stal  się  tyranem,  gdyby  miał  roz- 
dawnictwo urzędów  albo  władzę  nad  wojskiem.  Ze  bez  tego 
on  nie  zdoła  być  rządem,  to  wiedzą,  ale  też  nie  chcą,  żeby 
nim  był;  chcą,  żeby  rządem  był  Sejm,  Władza  prawodawcza 
wykonawczą !  Ij'  stronnictwa  republikańskiego  uprzedzenia 
takie  nie  poti-zebują  tłómaczenia,  u  zwolenników  reformy  są 
do  zrozumienia  trudne.  Tłómaczy  je  doskonale  p.  Paweł  Po- 
piel w  głębokiej  reeenzyi  pierwszego  tomu  Sejmu  Czieroht- 
niego').  „W  tymaamyni  czasie,  kiedy  Polska  dochodziła  do 
„ostatniej  atonii,  powstawały  na  Zachodzie  teorye...  z  gruntu 
„fałszywe.  Zasada  wszechwładztwa  ludowego,  teorya  kon- 
„traktu  społecznego,  zarówno  jak^tćefuiH  veło  i  równość  szła- 
^checka  jest  błędną.  Polacy,   czy  przenikłiwsi  rozumem,  czy 


')  PrtegląiJ  Pohki.  Listopad   I8S0,  atr.  242  i  dalsze. 


„obznajnmieni  z  zagranicą,  porównywiijąc  upadek  własnej 
„ojczyzny  /.  rozkwitem  ziem  obcych,  situkali  tam  przykładu^ 
„Dauki  i  rady.  Spotkali  się  jednak  l  niezdrowym  apolecz- 
„nym  ustrojem ,  z  rozkładem  moralnym  i  z  teoryami ,  które 
„nie wypróbowane  w  praktyce,  przedstawiane  przez  umysły 
„świetne  iile  harde,  dlatego  właśnie  zyskiwały  zwołeuuików, 
„że  miały  niby  uwołnić  łudzkoać  z  politycznych  i  duchów- 
„nycb  więzów.   Dwa  fałsze   wystąpiły  naprzeciwko   siebie..." 

Ludzie,  którzy  chcieli  poprawy  polskiego  rządu,  prze- 
jęci byli  sami  fałszywemi  pojęciami  i  w  takie  wierzyli.  Ni& 
można  im  się  dziwić,  zapewne  uie  mogli  oni  myśleć  ina- 
czej; ale  skoro  tak  było,  więc  znowu  nie  można  się  dzi- 
wić, że  to  co  wymyślili  zupełnie  dobrem  być  nie  mogło.  ■ 
Przypadkowa  ale  ironiczna  przepowiednia  tkwi  w  tej  nazwie- 
deputacyi  do  Poprawy  Formy  Rządu  jaką  sobie  dali;  istotnie 
formę  poprawiali,  isioty  i  natury  nie  tknęli. 

Gorsza  a  do  usprawiedliwienia  trudniejsza  ich  pomyłka 
druga,  w  polityce  zagranicznej.  Nienawiść  do  Kosyi,  sama-  | 
w  sobie  nieunikniona  i  usprawiedliwiona  zupełnie,  rzuciła  icU 
w  ręce  Prus.  Nieciłby  tak  było;  tylko  kiedy  po  tej  stronie 
stanęli,  to  powinni  byli  przyjąć  i  wai'unki  i  skutki  tego  kroku, 
ponieść  odważnie  straty,  jakie  ta  polityka  nakładała:  ale  od- 
nieść i  korzyści,  jakie  w  niej  być  mogły.  Były  dwie  drogi: 
albo  żyć  zgodnie  z  Roayą  —  może  i  z  nią  w  przymierzu 
spróbować  wojny  i  coś  zyskać,  w  każdym  razie  przeczekać 
Katarzynę;  albo  jeżeli  z  Prusami,  to  odrazu  i  śmiało  wyrzec 
się  Gdańska,  ale  wojnę  ich  z  Koayą  i  Austryą  ułatwić,* przy- 
śpieszyć i  za  cenę  Gdańska  dostać  Galicyę.  To  była  także 
polityka,  może  niedobra,  niepewna,  ale  logiczna  i  rozumna. 
Żadną  i  złą  była  ta,  którą  wybrano:  zerwanie  z  Rosyą  i 
w  perspektywie  jej  zemsta,  a  z  Prusami  alians  teorelyczny 
dla  nieb  bez  wartości,  skoro  Gdańska  im  nie  dawał;  bez 
korzyści  dla  Polski,  skoro  jej  nie  przywracał  Galicyi,  pro- 
wadzonyzuchwale  zrazu,  kiedy  Prusom  robiono  nadzieję  tej 
cessyi  bez  pewności,  czy  się  ją  od  sejmu  otrzyma;  bnjażli- 
wie  potem,  kiedy   Rzplta   w   zamierzonej    wojnie   miała  jiii 


sil 
^^^  mi 


udziału  uie  brać,  a  zakończony  teni,  ie  Priiay  pogodzone 
z  Aiistryą,  już  Gaticyi  Polsce  ofiarować  nie  mogły,  i,e  nie 
dostawszy  Gdańska  od  Polski,  zaczęły  układać  plany,  jakby 
go  dostać  bez  niej  i  mioio  niej. 

To  drnga  epoka  działań  sejmowych ,  w  eiągu  której 
slroimictwo  rządzące  czuje  się  bezpieczneru  pod  zasłoną  przy- 
mierza jmiskiego,  a  sprawy  swoje  prowadzi  pomału,  jak  żeby 

lialo  przed  sobą  dingie  lata  i  wszelką  swobodę  działania. 
A  tymczasem  Rosya  rozwiązuje  sobie  ręce  od  strony 
Szwecyi,  z  Turcyą  wałczy  cierpliwie,  wytrwale,  ale  kiedy 
pierwszy  effektowy  sukces  (Izmailow)  pozwala  jej  skończyć 
wojnę  z  honorem,  zaczyna  się  układać  o  pokój.  Cóż  teraz 
będzie?  Rosya  całemi  sUami  będzie  mogła  obrócić  się  na 
Połskę,  upomnieć  o  wypowiedziany  pobyt  wojska  w  grani- 
cach Rzpltej,  o  pogwałcenie  gwarancyi,  każe  przywrócić 
dawną  Repninowską  konstytucyę:  a  więe  trzeba  się  śpieszyć, 
trzeba  poprawę  Rzpltej  ucbwałić,  zanim  Carowa  zdoła  wmię- 
Bnać  się  nanowo  w  sprawy  polskie.  Znown  pomyłka:  taki 
fakt  dokonany  Rosyi  nie  sti-aazyt,  była  nań  przygotowana  i 
równocześnie  robota  jej  dojrzewała  w  Jaasach.  Ale  znowu 
działanie  reformatorów  było  poryweze,  gorączkowe;  znowu 
widząc  co  dobre,  cliciełi  dosięgnąć  tego  jednym  zamachem 
i  przeracbowali  się.  Teorye  i  przykłady  mówiły,  że  monar- 
chia dziedziczna  jest  silniejsza  niż  elekcyjna  połska,  a  więc 
zaprowadzić  dziedziczną.  Nic  słnszniejszego !  tyłko  są  poło- 
żenia nieszczęsne,  gdzie  dobio  samo  obraca  się  na  złe.  Prze- 
stając na  razie  na  wyznai-zenie  następcy  za  życia  Stanisława 
Augusta,  wytrącali  Katarzynie  (która  się  na  to  już  zgodziła) 
pretcxt  do  interwencyi;  uchwalając  dziedziczność  wykluczoną 
temi  kardynalnemi  prawami,  które  niegdyś  pod  jej  gwarancyę 
były  poddane,  pretextu  takiego  dostarczali,  a  powód  znalaula 
Katarzyna  sama  w  tem  właśnie,  że  tron  dziedziczny  mógł 
się  stać  wzmocnieniem  Polski,  wyzwoleniem  jej  z  pod  prze- 

'agi  Rosyi. 

Tego  oni  także   jeszcze   nie   byli   wiedzieli,    że   nawet 
tem  dobre.m,  w  tem  najlepszem,  jakie  się  chce  swojej  oj- 


czyżnie  zrobić,  trzeba  bacznie  rozeznawać  ezas  i  rozmiary, 
w  jakieli  to  dobre  zrobić  da  się.  Podług  księdza  Ealiaki, 
tedy  polityka  Króla  była  lepsza,  bo  wolniejszym  krokiem 
byłaby  wiodła  do  pewniejszych  korzyści;  częściowe  naprawy 
wewnętrzne  byłyby  się  dały  zrobić;  po  Stanisławie  Auguście 
nie  byłoby  bezkrólewia,  a  nie  byłoby  drugiego  rozbiorą; 
Hzpita  niepodległa  byłaby  doczekała  śmierci  Katarzyny,  a 
potem...  w  dziesięć  lat  potem  była  Jena!  nie  było  Prusl  ua 
co  mogła  była  wyjść  Polska,  gdyby  była  w  niepodległości 
cboćby  zaleinej  przeiyła  Katarzynę  a  dożyła  Napoleona? 

Czy  się  Kalinka  myli  i  przywódzeom  Czteroletniego 
Sejmu  robi  krzywdę,  kiedy  żałuje  i  zarznca  im,  że  się  nie 
trzymali  Króla  i  jego  polityki?  Niektórzy  mówią,  ie  tak;  że 
historyk  Czteroletniego  Sejmn  jest  niesprawiedliwy,  a  jego 
politycy  usprawiedliwieni  tem,  że  Królowi  wierzyć  nie  mogli. 
Czyi  oni  mogli  Królowi  wierzyć?  Prawda  że  nie,  i  w  tem 
właśnie  największa  tragiczność  ówczesnego  położenia.  Nie 
mogli  mieć  wiary  i  ufności  do  Króla,  który  wstydliwym  zauł- 
kiem a  nie  prostą  drogą  dostał  się  na  tron;  który  pozwolił 
ze  swojej  stolicy  porwać  swoicli  poddanych  i  o  nicli  się  nie_ 
upomniał;  który  podpisał  rozbiór...  ten  Król  powagi  mieć  nie 
mógł,  i  dowodziło  to  nieszczęściem  lionoru  i  godności  w  na- 
rodzie, że  się  tym  Królem  czul  upokorzony,  że  mii  dowierzać, 
ani  go  szanować  nie  mógł.  A  tymczasem  ten  Król  miał  wię- 
cej rozumu,  więcej  politycznego  zmysłu  i  doświadczenia  niż 
inni;  dla  dobra  Rzpltej  trzeba  było,  żeby  mu  uwierzyli  i  7,a 
nim  szli,  a  oni  wierzyć  nie  mogli.  Cokolwiek  radził  najle- 
piej, najszczerzej,  to  im  było  podejrzane!  bali  się  w  tem 
podejścia ,  zdrady,  bo  radził  wierny,  uległy  prawie  wasal 
Katarzyny  a  niegdyś  jej  kochanek,  a  więc  to  pewnie  na  jej 
korzyść  a  na  naszą  szkodę.  W  tem  uczuciu,  zupełnie  zrozu- 
miałem, jest  icb  wymówka.  Ale  czy  ona  jest  dostateczną? 
Nie  mogli  wierzyć  Stanisławowi  Augustowi,  ale  czy  mogli 
wierzyć  królowi  pruskiemu?  czy  ten  więcej  na  wiarę  zasłu- 
giwał? Jeden  srobil  Polsce  przecie  coś  dobrego,  drugi  zro- 
bił pierwszy  rozbiór.  Oni   tymczasem   względem   jednego  do 


zbytku  byli  ostrożni,  nieufni,  po(ie.tr7,liwi;  względem  drug^iego 
,  łatwowierni  bez  miary.  Uuiewinuie  icb  w  tem  tiudno,  a  Ka- 
linka trafia  jiodnljnn  na  prawdę,  kiedy  przyczynę  tej  łatwo 
wierności  wskazuje  w  zastaizaiej  podejrzliwości  względem 
Królów  własnych  i  równie  zastarzałej  uległości  względem 
wpływów  zagranicznych. 

Czy  ICaliuka  jest  w  swoich  sądach  niesprawiedliwy, 
zbyt  pobłażliwy  dla  Króla,  zbyt  surowy  dla  sejmowych  przy- 
wódców? Zarzut  ten  daje  się  słyszeć  często,  tylko  w  róinyeh 
odcieniach  i  stopniach.  Jedni  twierdzą,  że  jego  książka  jest 
publicznem  zgorszeniem,  a  oni  sami  zbyt  porządni,  iżby  ją 
mieli  brać  do  ręki;  inni,  że  jeżeli  nawet  stronnictwo  patryo- 
tyczue  się  myliło,  to  historykowi  pati-yocie  nie  przystało  tego 
przyznawać.  Tych  dwóch  o|tiDij  prostować  nic  próbujemy, 
niech  sobie  jaśnieją  w  blasku  swego  przyrodzonego  światła. 
Jest  inna,  która  mówi,  że  niebezpiecznie  jest  winę  upadku 
Rzpltej  przypisywać  wszystkim;  ho  jeżeli  się  przejmiemy  tem 
przekonaniem,  żeśmy  winni  wszyscy,  to  w  dalszem  na8tę|>- 
stwie  przestaniemy  siebie  samych  cenić  i  szanować  i  doj- 
dziemy do  konkluzyi,  że  może  nie  są  bez  wymówki  ci,  co 
takich  niedołęgów  pozbawili  własnego  bytu?  Ten  zarzut  prze- 
widuje Kalinka  sam  i  odpowiada  na  niego  w  przedmome 
do  Ostatnich  Lat : 

„Źródłem  naszej  niemocy  politycznej,  a  zatem  i  głów- 
nym jeśli  nie  wyłącznym  powodem  upadku,  były  (wspomnie- 
liśmy to  już  wyżej  i  każda  karta  uiniejszej  książki  świadczy 
o  tem  wyraźnie)  owe  rozliczne  niedostatki  charakteru  naro- 
dowego, które  całej  klasie  wówczas  rządzącej  właściwe,  znaj- 
dowały swój  typ  skończony  w  tylu  głośnych  pyszałkach,  od 
Zborowskiego  i  Zebrzydowskiego  począwszy,  a  skończywszy 
na  ostatnich  Ezpltej  hetmanach.  W  różnych  czasach  i  w  róż- 
nych ludziach  tensani  charakter  u  nas  się  powtarza  i  już 
przez  to  samo  zasługuje  na  rozbiór  uważny.  A  nie  powiemy, 
żebyto  były  studya  należące  jedynie  do  praeszlości,  albo  żeby 
tyczyły  jednej  tylko  klasy,  dawniejszej  szlachty:  owszem, 
^istoryk  sumienny  wciąż  musi   sobie    stawiać   pytanie,   azali 


te  wady,  które  przez  dwa  wieki  grób  pod  stopami  naezej 
ojczyzny  kopały,  dziś  jeszcze  nie  utrudniają  jej  odrodzenia? 
Byloto  zasługą  szlacbty  polskiej ,  te  swą  gorącą  miłość  oj- 
czyzny, swą  rycerskość  i  do  oliar  gotowość  umiała  przelać^ 
wśród  wtilki  pogrobowej,  w  inne  warstwy  narodu;  i  widzimy 
też  od  liit  z  górą  sześćdziesięciu,  z  tycli  warstw  podnoszące 
się  liez  przerwy  postacie  tak  wysokie,  io  najczystszym  typom 
polskieg(j  niegdyś  szlachectwa  w  uiezem  nie  ustępują.  Każdy 
dziesiątek  lut  icii  pomna^.ał,  w  każdej  wojuie  ich  widziano, 
i  dzisiaj  na  kużdem  poiu  slużliy  publicznej  jest  ich  tak  wiele, 
i  tak  zacnych,  że  nikomu  już  na  myśl  nie  przyjdzie  odróż- 
niał!: tyś  syn  szlachecki,  a  tyś  miejski!  Ale  szczepiąc  cnoty 
swoje  w  klasach  niższych,  szlachta  polska  zaszczepiła  także 
swoje  wady.  Te  w  mniejszych  rozmiarach  i  przy  zmieuio- 
nycb  okolicznościach  znajdują  dziś  wyobrazicieli  z  niejednej 
miary  dawniejszym  podobnych.  Każdy  ruch  narodowy  wy- 
rzuca teraz,  z  niższych  czy  wyższych  klas,  cały  szereg  no- 
wych ludzi;  a  patrząc  na  nieb,  rzekłbyś,  że  to  z  grobu  po- 
wstałe autenaty,  znane  tak  dobrze  eboć  bez  karmazyna  py- 
szalki,  którym  tylko  pola  i  środków  brakuje,  by  po  starema 
wszystkie  zebrania  publiczne  swoją  osobą  zapełniać,  zagłu- 
szać, by  w  całym  kraju  na  swoją  rękę  zawiązywać  konfe- 
deraeye,  by  w  swym  kącie  powiatowym  o  całej  decydować 
Rzpltej  1  Kzadko  w  którym  narodzie,  mimo  klęsk  i  strasznych 
odmian,  dochowała  się,  jak  u  nas,  taka  przez  długie  pokole- 
nia jednoatajnośe  usposobień ;  co  się  działo  w  XVn  i  XVIII 
stalecin,  to  i  dzisijij  bezmala  powtórzyćby  się  mogło, — gdyby 
nie  ostrzegały  sumienie  i  przeszłość!  Kto  więc  chce  rzuci6 
potępienie  na  przestępców  z  wieków  minionych,  niech  je 
rzuca,  ale  zarazem  niecb  przyłoży  rękę  do  własnej  piersi  i 
posłucha,  azali  w  niej  się  nie  odezwą  podobne  dawnym,  ro- 
koszowej pychy  drgania!  Jeśli  przeto  po  wszystkie  czasy  i 
dla  wszystłdch  ludzi  nauka  przeszłości  uważana  była  za  naj- 
lepszą mistrzynię,  to  n  nas  epoka  tak  bliska  jak  konieti 
Rzpltej,  najsilniejszą  powinuaby  być  przestrogą  dla  nas  i  dla 


naszych  następców,  najwięcej  iJosturczyi:  wątku   do    badań  i 
rojimyślnń :  Mut-ito  nomiue  de  te  docet  —  historlat 

„Pi-zestroga  dla  Bpólczesnj^h  i  dla  następców,  oto  — 
w  ostateczneni  zestawicDiii  wielostronnych  względów  i  rozu- 
mowań —  powód  stanowczy,  dla  którego  pragnęlibyśmy  wi' 
dzieć  ogłoszony  jak  iiajpefniejszy  zbiór  świadectw  historycz- 
nych z  czasów  naszego  upadka;  powód,  z<laDiem  naazcRi, 
tak  ważny,  ie  wobec  niego  prawie  z  oczn  uchodzą  wszystkie 
niedogodności,  jakkolwiek  niezaprzeczone  i  w  podobayth  pu- 
blikacyacli  nieuniknione.  „Poznacie  prawdę,  mówi  Pismo,  a 
prawda  was  wyswobodzi."  I  gdyby  w  istocie  byl  w  narodzie 
naszym  wstręt  tak  powszechny  do  szczerego  w  swej  prze- 
szłości rozpatrzenia  się,  wtedy  dopiero  możnaby  ju^  zrozpa- 
czyć,  bo  wtedyby  należało  zwątpić  o  jego  życiu  i  wyswobo- 
dzeniu." 

A  wreszcie  są  tacy,  którzy  i  zamiar  autora  i  wartość 
dzieła  rozumieją  jak  należy,  ale  widzą  w  nim  ukrytą  niechęć 
do  stronnictwa  patryotycznego,  słabość  do  Stanisława  Augu- 
sta. Na  to  zdanie  możebyśniy  przystali,  gdyby  w  pierwszej 
jego  części  zamiast  słowa  „niechęć"  położyć  słowo  „żal" — 
a  w  drugiej  zamiast  słowa  „słabość"  położyć  słowo  „wyro- 
zumiałość." Prof.  Bobrzyński  iw  odczycie  swoim  o  księdza 
Kalince,  we  Lwowie  16  stycznia  1S87  r.)  dostrzegł  bardzo 
trafnie,  że  Kalinka  patrzy  na  sprawy  przedewszj  stkiem  ze 
stanowiska  polityki  zagranicznej.  Kto  więc  z  tego  stanowiska 
błądzi  mniej,  tego  on  woli;  kto  zaś  te  sprawy  prowadzić  się 
zrywa  a  prowadzi  żle,  od  tego  coś  go  odpycha.  Że  zaś  przy- 
mierze pruskie  skończyło  się  klęską,  której  wedłng  w 
kiego  prawdopodobieństwa  polityka  królewska  byłaby  Rzpltej 
oszczędziła,  więc  Kalinka  nie  lubi  jednych  a  łaskawiej  pa- 
trzy ua  drugich.  Że  nie  lubi,  nie  myślimy  przeczyć  i  goto- 
wiśmy wskazać  więcej  po  temn  powodów.  Nie  Inbi  osób  dla 
różnych  przyczyn,  każdej  dla  innych:  Fgnacego  Potockiego 
naprzykiud  za  to,  że  zarozamiały;  Kołłątaja  za  to,  że  zły 
ksiądz  i  człowiek  nizkiego,  krętego  charakteru;  księcia  Je- 
I  fierala  za  to,  że  niestały  i  lekki;  jednych  za  to  że  maja  mimo 


wszystkieb  nowocKesiiycb  jinzorów}  staro|)olakie ,   wielkopaó- 
skie  Darowy;   drugich  za  to,  #.e  mają  nowomodne  francuskie 
liberalne  doktryny;  wszystkich   ogólern    dla  jednego   jeszcze 
powodu.  Ze  stanowiska  polityki  zagranicznej  patrzy  Kalinka 
na  sprawy  i  %  tego  glńvvnie  ludzi  sądzi,  prawda,  ale  niemniej 
może  więcej  jeszcze  ze  stanowiska  religijnego  i  kośeielnego. 
Zawsze  chce  a  najczęściej  umió  dojść,  jakie  są  którego  z  nich   ' 
pod  tym  względem  uczucia  i  przekonania.    Rzecz  prosta,  że  I 
w  tej  mierze  nie  dogadza  mu  nikt;  przecie;^  jakiegoś  grunta  1 
religijnych    uczuć,   jakiejś    tradycj'jnej    wiary    i    pobożności, 
znajduje  więcej  w  Królu  aniżeli   naprzjklad  w  Ignacym  Po- 
tockim; i  to  jest  także  jednym  z  powodów,  dla   których    do 
jednego  jeszcze  ma  mniej  pociągu  niż  do  drugiego. 

Ale  czy  to  wszystko  robi  go  stronniczym ,  niesprawie- 
dliwym dla  jednych,  zbyt  pobłażliwym  dla  drugich?  Ktoby 
to  twierdził  musiałby  dowieść,  że  broni  jednych  w  ziem  które 
/.robili,  oskarża  drugich  o  takie ,  którego  nie  popełnili.  Cay 
tak  jest?  Dotąd  znalazł  się  fakt  jeden:  pan  Korzon  dowodzi 
(w  I  części  czwartego  tomu  Weionętrzityck  Dziejów  Polski 
3La  Stanisława  Augusta),  że  Kalinka  kiedy  Sejmowi  wytyka 
zniesienie  departamentu  wojskowego,  przypisuje  temu  depar- 
tamentowi więcej  energii ,  więcej  czynności ,  więcej  zasługi, 
niżeli  ićh  miał  w  istocie.  Protokóły  posiedzeń  departnmentn, 
raporta  i  rozporządzenia,  które  p.  Korzon  znalazł  w  archi- 
wach warszawskich  [W  metryce  koronnej),  dowodzą,  że  nie 
zrobiono  tam  ani  tak  dużo  ani  tak  dobrze,  jak  mówi  Kalinka. 
To  nie  dowód ;  gdyby  on  mógł  byl  znać  te  dukumenta ,  które 
znal  p.  Korzon,  byłby  swój  sąd  stosownie  zmodyfikował,  i  ko- 
niec. Ze  jest  względem  Króla  zbyt  pol)łażiiwy?  Nie,  on  jest 
tylko  pierwszy  z  Polaków  względem  niego  litościwy.  On  ro- 
zumić  jego  przykrości  i  upokorzenia;  widzi,  że  Stanisław  Au- 
gust nieraz  Ijardzo  jest  udręczony  i  żałuje  go,  ma  dla  niego 
współczucie.  Wiiizi  także  i  jego  wrodzone  zalety  i  nieraz 
w  jego  zdaniu  słuszność,  i  tym  oddaje  sprawiedliwość.  Ale 
on  także  pierwszy  daje  psychologiczny  wizerunek  Stanisława 
Augusta,  w  którym   wszystkie  jego   słabości    i   małości   złi- 


cicone  są  dokładnie  a  osądnono  bez  obwijania  w  baweł- 
DC.  Ci  którzy  mówią,  że  on  Królowi  zbytecznie  pobła- 
ża, pamiętają  tylko  to,  że  w  Sejmin  Czteroletnim  on  Kró- 
lowi częściej  niż  opozycyi  przyznaje  slasznośó;  a  /.apomi- 
nają  o  tym  portrecie  {w  Ostatnich  latach),  który  zawiera 
jego  sąd;  zapominają  wreszcie,  że  bardzo  często,  ustawicz- 
uie,  w  Sejmie,  saraym,  Kalinka  przypomina  i  wrodzone  wady 
i  popełnione  błędy  Króla;  że  nie  wierzy  jego  charakterowi, 
choć  wierzy  w  jego  dobre  chęci,  w  jego  rozum,  w  jego  istotne 
i  wcale  uietiiale  przymioty;  że  w  nim  szanuje  te  przymioty 
i  królewską  godność,  ale  jego  samego  nie  bardzo  szacuje  a 
nigdy  bez  zastrzeżeń.  Czyż  to  nie  może  się  zdarzyć  i  czy 
dla  nas  ma  być  tak  tmdnem  do  pojęcia,  że  człowiek  małej 
powagi  i  godności,  człowiek,  który  nieraz  postąpił  źle  i  bar- 
dzo żle,  mógł  przecie  inieć  rozum  i  nieraz  także  mieć  slnsz- 
nośe,  i  pewne  polityczne  położenie  sądzić  lepiej  od  innych, 
którzy  może  mieli  więcej  od  niego  serca  i  charakteru?  W  ży- 
ciu potocznem  spotykamy  to  codzień,  rozumiemy  to  i  nie 
mamy  za  dziwne,  a  kiedy  nam  kto  pokaże  tosamo  w  prze- 
szłości i  powić  o  człowieku  historycznym,  posądzamy  go  o 
stronniczość?  Nie,  tej  nie  było;  wyrozumiałym  dla  Sbuiislawa 
Augusta  Kalinka  był  właśnie  dlatego,  że  rozniniul  tak  dobrze 
naturę,  która  na  więcej  zdobyć  się  nie  mogła,  i  położenie 
rozpaczliwie  trudne,  w  jakieai  się  znajdował;  żałował  go,  bo 
rozumiał,  że  ten  człowiek  wielorako  winny  był  też  i  wielo- 
lako  ndięczooym;  ale  stronniczym  nie  był,  żadoej  jego  sła- 
bości czy  winy  nie  zataił  ani  nie  zmniejszył;  powiedział  o 
mm  piawdę  i  całą  prawdę.  Niektórzy  pytają,  eo  byłby  Ka- 
linka zKibil,  gdytiy  był  w  tych  dziejach  doszedł  dalej,  do 
roku  179i;,  a  dopieroż  do  Sejmu  grodzieńskiego  i  do  abdy- 
kacyi;  myślą,  że  lialinka  wtedy  byłby  się  znalazł  w  kłopo- 
cie, bo  kiedy  aż  dotąd  mówił  o  I\rółn  lepiej  niż  o  opozycyi, 
to  dalej  byłby  musiał  przyznać,  że  w  niej  było  więcej  ho- 
noru, powagi  i  charakteru,  niż  w  jego  duszy  tak  mało  kró- 
lewskiej. Tego  kłopotu  nie  byłoby  nigdy,  Kaliuka  byłby  po- 
wtórzył tylko  to,    co  z  góry   powiedział:  że  w  tych    czasach 


Ł 


Króla  juf.   zgnili  szanować   nie    niożua.   Hyłby   nwie  Jeg/.CKO  I 
tlómaczył  —  nie  napraw  i  edll  wini  —  akces  do   Koufeileracyi  ] 
targowickiej,  tak  jak  Małacliowski  ttómacjiyl  akcea  Kołłątaja, 
nadzieją  nratowania  czegoś  z  dzieła  Trzeciego  Maju:  nie  byłby  1 
tlńmaezył  podpisu   drugiego    rozbioru   ani   alidykacyi.   Byłby  I 
powiedział  rzecz  do  zrozumienia   łatwą,   że   Król,    który   do  I 
tronu  niechlubnie  doszedł  a  gitrzej   z   niego  zeszedł,  będąc  l 
na  tronie,  miał  swoje  zalety  i  zasługi ,   a  nieraz   interes    oj- 
czyzny widział  lepiej  od  innych.  Byłby  powiedział,  że  Ignacy  J 
Potocki,  który  zawinił  ciężko  pniakiem  przymierzem,  postąpił  1 
bardzo  pięknie,  kiedy  się  sam  w  ręce  Suwarowa  wydawał,] 
by  ocalić  Pragę  i  stolicę;  że  tym  czynem  dowiódł  bohater- 
skiego   w    Bwojej    nalurze    pierwiastku,    którego    w    naturze  J 
Króta  nie  było.  Ale  jak  to  nie  zmienia  niylnośei  tej  polityki, 
co  oparła  „los  ojczyzny  na  szczerości  Wiocha"  —  i  prusaka, 
tak  ten  brak  bohaterstwa,  a  nawet   prostej,  godności  w  Sta-  I 
iiisławte  Anguście  nie   zmienia   tego,    że    mógł   nieraz    mie6  I 
slusznoSĆ  i  nieraz  ją  rzeczywiście  miał. 

Tyle  o  mniemanej  stronniczości.  A  teraz  jeszcze  o  jed* 
nem,  o  tem,  że   Trzeci  Maj  nasza    ostatnia    zasługa  i  dzieło  j 
najlepsze  naszej  miłości  ojczyzny,   mądrości   i   szlachetności, 
przez  Kalinkę  ma  być   odarty   ze   swojej  chwały  i  poddany  1 
krytyce,  która  w  nim  nie  zostawia   nie   dobrego,  a  w  naro- 
dzie jnż  nic,  coby  w  sobie  cenić,  na  czemby  w  sobie  samym   I 
raógł  polegać.  Tego  w  książce  niema,  to  jest  nieprawda.  Nie  ] 
będzie  się  jeszcze  raz  powtarzać  tego,   co   sto   razy   powie- 
dziane do  prostych  umysłów  trafiło  i  wiarę  u  nich  znalazło; 
tego,  że  jest  obowiązkiem  historyi,  jej  zadaniem  i  jej  celem, 
mówić  zupełną  prawdę  o  wszystkiem;  że  to  jest  jej  usjwię 
sza  a  właściwie  eała  korzyść,  i  że  prawda  należycie  poznana 
ani  miłości,  ani  czci  ojczyzny   uezezerbkn   nie   przynosi;   że 
bardzo  płytkie  musiałyby  być  te  serca,  a  bardzo  niepewne  i 
wiotkie  te  patryotyzmy,   któreby   o   ojczyźnie   zwątpiły   dla- 
tego, że  ten  lub  ów  człowiek  czy  postępek  nie  był  tak  do- 
bry, jak  im  się  zdawało.  Skutek  zresztą,  fakt,  pokazuje  naj- 
lepiej, że  te  obawy  l)yły  płonne,   ie  uie  mylił   się   Kalinka, 


kiedy  usuwając  je  w  przedmowie  do  Ostatnich  lat,  liczył  na 
większy  hart  naszej  miłości  ojczyzny.  Boleeną  książkę,  prawdę 
gorzka,  społeczeństwo  przyjęło  dobrze  i  wdzięcznie,  bez  ialii  do 
autora,  bez  zacliwiauia  się  w  swoich  ueauciaeh  miłości  i 
wierności,  owszem  z  utwierdzeniem  się  w  tem  pruekonanin, 
że  wszystko  czego  brakło,  pized  wiekiem  czy  dziś,  to  do- 
pełnić i  nadstawić  jest  naszym  obowiązkiem.  Książka  jest 
w  ręku  wszystkich  od  łat  siedmiu,  a  na  ogól  takie  robi  wra- 
żenie, gorszą  się  z  niej  tylko  wyjątki.  Dowód  to,  że  i  ona 
jest  dobra  i  społeczeństwo  w  postępie.  Dla  tyeli  wyjątków 
przecie,  których  sąd  jest  mylny  i  błahy,  ale  uczucie  poczciwe 
a  cierpienie  godne  współczucia,  dla  tych  wyjątków  dodamy 
Jeszcze  to,  że  o  dobrą  sławę  Czteroletniego  Siijmu ,  n  jego 
wartość  i  historyczną  zasługę  bać  się  nie  mają  powodu.  Po 
Kalince,  jak  przed  nim,  Trzeci  Maj  zostaje  czem  byl,  testa- 
mentem dawnej  Rzpłtej  i  wiatykiem,  sakramentem  życia, 
jaki  ona  nam  na  czyściec  dni  teraźniejszych  zostawiła,  a  la- 
dzie, którzy  Trzeci  Maj  zrobili,  duchowymi  ojcami  naszego 
patryotyzmu.  Tej  zasługi  Kalinka  ani  nie  przeczy,  aui  nie 
umniejsza.  Błądzili  oni  często  i  bardzo,  z  moralnego  i  umy- 
słowego upadku  w  jakim  Polskę  zastali,  nie  zdołali  —  (nie 
mogli)  ~  wydobyć  się  odrazn  na  ten  stopień  mądrości  i  siiy, 
którego  potrzeba  by  zwyciężyć  i  zbawić,  ale  ją  zostawili  mą- 
drzejszą i  lepsną  nierównie,  niż  ją  zastali;  ale  jej  dali  zdrow- 

j  szf  i  lepsze  pojęcie  państwa  i  rządu;  ale  wyszli  z  ciasnego 

obrębu  szlacheckiego  narodn  i  zaczęli  formować  społeczeń- 
stwo polskie;  ale  w  miejsce  wszystkich  dawnych  egoizmów, 
sceptycyzmów  i  cyiiizmów,  odrodzili  publicznego  ducha,  mi- 
łość  ojczyzny,    uczucie    obowiązku   i   iiczncie   honoru;   roze- 

I  brana  za  Sasów  Polska,  byłaby  się  rozlazła  i  rozłożyła;  ro- 

zebrana po  Stanisławie  Auguście ,  ona  cierpi  i  znosi ,  nieraz 
błądzi  i  sama  sobie  szkodzi,  ale  żyje,  jest  i  —  pomimo  wszyst- 
kiego idzie  w  górę.  Że  mogli  baczniej,  zręczniej  strzedz  nie- 
podległości, to  się  nie  da  zaprzeczyć;  ale  taksamo  zaprze- 
czyć się  nie  da,  że  uratowali  ducha,  ideał,  miłość,  a  zatem 

^^u4ycie  Polski.  Za  nich  przyszedł  jej   up.adek,  ale  za  nich 


od  nich  poczęło  się  jej  odrodzenie  i  postęp.  To  jest  zasługa, 
to  jest  chwała  tych  czasów  i  Indzi,  o  którą  się  bać  iiietrzeba, 
bo  nic  jej  nie  odejmie,  i  Kalinka  też  nie  odejmuje.  To,  co 
oni  wyi-obili,  naui  zapewniło  życie  na  wiek.  Szczęśliwi  bę- 
dziemy, jeteli  o  nas  za  sto  lat  powiedzą  tosanio:  a  na  to 
żeby  się  tak  stać  inoglo,  żebyśmy  na  takie  świadectwo  za- 
służyli, na  to  potrzebna  jest  książka  ta,  i  jej  podobne. 

Mówią  jeszcze,  że  dowodem  jej  szkodliwości  czy  nie- 
bezpieczeiistwa,  uia  być  jej  przekład  na  język  rosyjski,  który 
się  podobno  robi.  Cóż  będzie,  jak  pisarze  rosyjscy  zaczną 
naszych  tłómaczye  na  dowód,  że  ani  umysłowo  ani  moralnie 
nie  liyliśmy  na  wysokości  naszego  zadania?  Co  będzie?  Bę- 
dzie, że  się  przekonają  naprzód,  iż  jaeykolwiek  byliśmy 
wtedy,  dziś  sądzimy  się  surowo  i  mądrze:  czego  oni  nie  zro- 
bili nigdy  i  nje  robią.  Przekonają  się  —  co  dla  nich  nowera 
nie  będzie,  bo  wiedzą  to  dobrze  —  żeśmy  sobie  sami  wiele 
złego  robili;  ale  czy  mniejsze  przez  to  będzie  to  złe,  ja- 
kie robili  oni?  czy  znajdą  w  tej  książce  swoje  usprawie- 
nie?  Owszem,  niech  tiómaczą  i  czytają,  a  jeżeli  z  rozwagą 
i  pożytkiem  czytać  są  zdolni,  to  skończą  czytanie  w  roz- 
paczy i  trwodze  śmiertelnej ;  bo  jeżeli  za  błędy  i  winy  po- 
kntDJe  się  tak  ciężko  i  długo,  to  jakże  dopiero  pokutować  się 
będzie  za  zbrodnie?  Owszem,  niech  tłómaczą  i  czytają  — 
przelionają  się  przynajmniej,  że  w  swoim  językn  takiej  hi- 
storyi  nie  mają. 

Takiej  drugiej  nie  mamy  eo  prawda  i  my,  i  uakoniea 
jeszcze  trzeba  powiedzieć,  że  ze  wszystkich  dzieł  historycz- 
nych polskich,  to  jest  najdoskonalsze.  Mamy  znakomitycli,, 
prześlicznych ,  prawie  gieuialuych  historycznych  rozpraw 
liczbę  wcale  niemałą;  mamy  wielkiej  wartości  dzieła,  opo- 
wiadające całość  dziejów  polskich,  ale  równie  doskonalej 
książki  opisującej  obszernie  w  dużych  rozmiarach  jakiś  jcdea 
fakt,  albo  jeden  okres  dziejów,  takiej  nie  mamy,  Historye. 
całkowite  jnż  dla  samej  wielkości  przedmiotu  nie  mogą  tego 
przedmiotu  tak  wszechstronnie  i  gruntownie  przedstawić,  nie 
mogą  (z  tegosamego   powodu)   mieć   takiego   wykończenia  i 


żyuia.  Rozprawy  tiiniejs/.e  kiiowii  albo  ograniczają  się  na 
nioiejsze  szczegółowe  przedmioty,  albo  }e/.e\i  obraltiają  wiel- 
kie, to  mogą  jedynie  obrobić  je  ogólnie,  określić  wielkiemi 
rysami  pomijając  szczegóły  —  tak  robi  Daprzykłud  Szujski 
w  Odrodzeniu  i  Refoi-niar.yt.  Kalinka  w  tyeb  trzeeb  latach 
Sejmu  które  opisał,  nie  pomija  żadnego  faktu  mającego  ja- 
kiekolwiek znaczenie,  a  tak  je  porządnie,  tak  doskonale  szy- 
kuje i  układa,  i.&  widzi  i  |>oznaje  się  odrazu  i  wagę  każdego 
z  nicii  i  jego  stosunek  do  innych,  jego  związek  przyczyn  i 
skutków.  Każdy  jest  wyraźny  i  widoczny,  kaidy  w  swojej 
całości  zrozumiały,  a  każdy  ściąga  się  do  swego  środka  cięż- 
kości, do  tych  spraw  głównych,  któremi  są  olrady  Sejrou  i 
zamierzona  poprawa  Rzpltej,  i  jej  stosunki  zagraniczne,  wpływ 
jaki  one  na  jej  los  wywierają.  Pod  względem  zakreślenia 
planu,  i  wykonania  go  w  całości  i  w  każdej  części  z  osobna, 
jasnego  rozkładu  i  grapowania  taktów,  jest  Kalinka  mistrzem, 
artystą  jak  mało,  jak  u  nas  równego  niema.  Prócz  tego,  po- 
zbawiony zmysłu  artystycznego  w  rzeczach  sztuki,  jako  pi- 
sarz ma  go  w  najwyższym  stopniu.  Doskonały  znawca  języka 
i  niezmiernie  czuły  ua  każde  przeciw  niemu  wykroczenie, 
nie  napisze  jednego  zdania  niedbale  i  niepoprawnie,  każde 
zdanie  i  każdy  okres  jest  gramatyczną  i  stylistyczną  dosko- 
nałością. Tensam  zmy^l  artystyczny  widoczny  jest  w  zasto- 
sowaniu stylu  do  historycznego  przedmiotu  w  tym  tonie 
nigdy  górnym  a  zawsze  poważnym ,  w  tym  dobrym  smaku, 
z  jakim  wstrzymuje  się  od  wszelkiej  retoryki  i  od  wszel- 
kiego wybuchu  własnego  uczucia,  w  tej  doskonalej  proporcyi 
jaką  nadaje  każdemu  rozdziałowi  a  zachowuje  różnicę  między 
większemi  a  mniejszemi  wypadkami.  Sztuka  pisania  jest  u 
niego  doprowadzoną  do  perfekcyi,  przez  to  może  najwyższej, 
że  jest  zawsze  równa,  nigdy  nie  słabnie.  A  ta  zaleta  tak 
szlachetna  i  rzadka,  jest  w  jego  dziele  najmniejszą.  Więcej 
nierównie  warta  jest  sztuka  czy  dar  widzenia  i  sądzenia 
wszystkiego,  co  do  ówczesnego  politycznego  położenia  Pol- 
ski należy;  sądzenia,  jak  każdy  taki  pierwiastek  na  jej 
losy,  na  postępki  osóh   czy    stronnictw   w|)lywa.    Znajomość 

11 


natury  polskiej  w  jaj   najrozmaitszycli    typach,  w  powodach 
jej  zbiorowego  czy  indywidualnego  działania,   przenikliwość 
w  odgadywaniu  natury  i  charakteru  Indzi,  przychodzi  w  po- 
moc tej  politycznej  i  organizacyjnej  zdolności,  która  wszyst- 
kie kierunki  i  fenomena  narodowego  iycia   ogarnia,    hada  i 
przedstawia.  Ztąd  to  mnóstwo,   ten   skarh   nieprzebrany   no- 
wych   wiadomości,  odkryć  i  spoatrzeieii,  jakim   ta  książka 
jest.  Prawda,  że  na  nieznanycli  a  najwaiiiicj  szych  dokumen- 
tach oparta,  mogła  powiedzieć  wiele  rzeczy  nowych:  ale  do- 
kument najbogatszy   zostanie  martwą  literą  dla  człowieka,  ' 
co  w  nim  iskry  życia  nie   znajdzie  i  nie  roznieci;   kopalnia 
złota  i  dyanientów  będzie  ciemnym  doleni   jak    każdy   inny, 
dopóki  człowiek  światła  w  nią  nie  wniesie.  To  światło  miał 
Kalinka  w  sobie,  w  swojej  intelligeneyi ,  w  swoim    talencie, 
i  w  swojej  miłości  ojczyzny,  i  tak  kopalnię  oświecił  że  sam 
ujrzą!  jak  nikt  przed  nim  i  nam  pokazał  epokę.  Co  najświet- 
niejsze i  najnowsze  w  jego   książce?  próżno   dochodzić,    bo  • 
wszystko  ma  równą  wartość,  ale  niepodobna  choć  mimocho- 
dem nie  skłonić  głowy  przed  wizerunkami  ludzi,  albo  przed  ' 
rozdziałem  o  literaturze  politycznej   tego    czasu  i  o  wpływie 
Kussa.  A  dopieroż   strona   dyplomatyczna   całego   położenia!   ' 
Plany  Hertzberga,  Józefa  II  plochość  ukarana  tak  ryeliio  (a  , 
tak  bez  upamiftania  i  pożytku  ukaranych !)  Katarzyny  prze- 
biegła wytrzymałość  i  zemsta   cierpliwa ;    Lncchesini  i  Kan-  ' 
nitz,  Stackelberg  i  Bnchholtz,  dalsze  albo  niniejsze,  państw 
ich  widoki,  ich   rezydenci  w  Warszawie,  —  ten  rodzaj  spraw  I 
nigdy  jeszcze  tak  w  polskiej  historyografii  zg!ęl)iony  i  przed- 
stawiony nie  był. 

Nad  wszystkiem  zaś  dopiero,  to  uczncie  patryotyczne 
i  to  chrześciańskie  sumienie,  to  stanowisko  polskie  i  moralne, 
którego  ślepi  chyba  nie  widzą  a  martwi  nie  czują  — utrzy-. 
mane  ciągle  i  po  nad  wszystkimi,  swoimi  czy  nieprzyja- 
ciółmi, to  prawo  Boże  i  prawo  narodów  trzymane  jak  zwier-  . 
ciadto,  w  którem  się  przegląda  wartość  ludzi  i  spraw; 
ta  nanka  politycznej  mądrości  i  patryotycznego  obowiązku, 
która   z   każdego    rozdziału   i   faktu    wychodzi,   dostaje   się  . 


<lo  umysłu  i  wstrząsa  sumieniem;  to  uzupełnia  wartość  dzieła 
i  wyciska  ua  niem  piętno  najwyższego  charaktem ,  spełnio- 
nego ceiu  liistoryi. 

Wehodzi  u  uii.'kt('>vycli  w  modę  naśmiewać  się  z  tego 
tylułu  Vitae  Magistra,  który  jej  dal  mądiy  Ilzymiauin;  to 
stary  przesąd,  mówi  nowa  szkoła,  ka^da  nauka  do  tegosa- 
mego  służy,  każda  uczy  żyć,  i  cliemia  albo  botauika  taksamo 
godna  tej  aazwy  mistrzyni  życia.  Zapewne,  każda  nauka  do 
tego  służy,  każda  uczy  czegoś  co  w  życiu  potrzebne,  co 
w  życiu  społecznem  kouieczne:  liygiena  i  cLemia,  meciianika 
i  geonietrya,  każda  potrzebna  i  liez  żadnej  obejść  się  nie 
można-  Ale  wszystkie  uczą  czegoś ;  jedna  tylko  uczy  znać 
swój  naród,  jego  naturę,  jego  sąsiadów  i  nieprzyjaciół,  jego 
wroilzonc  warunki  życia,  jego  wewnętrzne  i  zewnętrzne  nie- 
bezpieczeństwa —  jedna  pokazuje,  jak  i  dlaczego  wznosił 
się  aliio  upadał;  jedna  prowadzi  do  znajomości  tycli  dróg, 
które  do  upadku  łub  postępu  wiodą.  Każda  nauka  uczy  cze- 
goś co  w  życiu  potrzebne  i  przydatne:  jak  Polskę  znać,  jak 
ją  dźwigać,  jak  w  przyszłości  (jeżeli  jest  przyszłość)  nią  rzą- 
dzić, tego  uczy  historya  jedna.  Oczywiście  takiego  tylko,  kto 
tę  naukę  z  niej  wyrozumieć  jest  zdolny  —  i. oczywiście  nie 
każda,  nie  przez  każdego  pisana. 

Historya  Kalinki  ma  w  soliie  tę  naukę  i  może  do  niej 
służyć. 

Jeżeli  już  nieszczęście  chciało,  że  dzieło  to  skończonem 
być  nie  mogło,  to  w  nieszczęściu  tern  szczęście  jeszcze,  że 
rozpoczęta  księga  VI,  a  pierwsza  trzeciego  tomu,  doprowadza 
opowiadanie  do  sesyi  3  i  5  maja.  Ustawa  konstytucyjna  i  jej 
osądzenie  jest;  miało  być  jeszcze  porównanie  jej  z  kousty- 
tiicyą  francuską  roku  roku  1789  —  (na  korzyść  naszej)  —  ale 
kiedy  miał  się  do  niego  zabierać,  zapadł  autor  w  tę  cliorobę 
z  której  już  nie  wstał,  w  ciągu  której  pytał  lekarzy  czy  on 
Itędzie  mógł  żyć  jeszcze  ze  cztery  pięć  lat,  bo  „chciałbym 
koniecznie  skończyć  Stanisława  Augusta." 

Szczęście,  że  jest  go  choć  tyle:  a  niedziw,  że  niema 
jcej.  Sam  ogrom  pracy  wystarcza,  żeby    to   wytlómaczyć, 

n* 


164 


a  przy  ogromie  jej  charakter  bolesny.  Kalinka  nie  był  hi- 
storykiem obojętnym  i  chłodnym ;  starał  się  trzeźwo  rzeczy 
i  ludzi  widzieć,  ale  nie  mógł  sobie  zakazać  czuć.  Podobnie 
jak  Szujski,  cierpiał  on  nad  każdem  nieszczęściem  w  prze- 
szłości tak,  jak  żeby  ono  b}'ło  świeże,  a  praca  nad  temi  nie- 
szczęsnenii  czasami  dręczyła  go  i  trawiła  wewnątrz.  Prócz 
tego  jeszcze  on  (choć  jeden  z  najpracowitszych  ludzi  na 
świecie)  nie  umiał  pracować  prędko.  Zwłaszcza  nie  mógł 
prędko  pisać;  może  dlatego  pisał  doskonale,  że  pomału,  że 
się  ciągle  namyślał,  zmieniał,  poprawiał,  ale  przy  takim 
sposobie  pisania  robota  nie  mogła  szybko  iść  naprzód.  A 
wreszcie  przeszkoda  największa:  nawał  innych  zajęć  i  obo- 
wiązków. W  Jarosławiu  miał  spokój,  i  mało  co  odrywało  go 
od  historycznej  pracy;  we  Lwowie  było  inaczej.  Skarży  się 
też  w  tej  kronice  swego  klasztoru  którą  spisywał,  na  to,  że 
nic  może  Jatwo  od  innych  zajęć  do  pisania  przechodzić;  ma 
taki  umysł  „tępy,"  który  potrzebuje  długo  się  do  rzeczy  go- 
tować, zanim  o  niej  porządnie  myśleć  potrafi;  potem  na  ty- 
siączne sprawy,  które  mu  ciągle  przeszkadzają  i  przerywają. 
Chciał  i  spodziewał  się  tak  sobie  dzień  urządzić,  iżby  mu 
pięć  godzin  całych  i  w  ciągu  zostawało  do  pisania;  ale 
gdzietam!  „miał  zaledwo  godzinę  lub  dwie  każdego  ranka, 
„i  to  poszarpane.  Przez  półtora  miesiąca  próbował  uczyć  się 
„i  pisać,  ale  dwóch  paragrafów  napisać  nie  potrafił.  Z  bólem 
„przekonał  się,  że  dopóki  będzie  przełożonym,  dopóty  nie 
„będzie  w  stanie  zajmować  się  żadną  dłuższą  pracą  nau- 
,,kową." 

Zajmował  się  przecież  i  znacznie  ją  naprzód  posunął, 
ale  rzecz  jasna,  że  inne  nowe  dzieło  zabierało  mu  czasu  i 
siły  najwięcej.  Zobaczmyż  z  kolei  to  nowe,  ostatnie,  w  jego 
przekonaniu  najważniejsze,  najpotrzebniejsze  jego  zadanie. 


VII. 


Osiedlić  się  na  polskiej  ziemi,  Ijyło  ud  ijoczątkii  nia- 
ieni,  a  od  lat  przeszło  dziesięciu  czyuueui  staraniem 
Zmartwychwstańei^w.  Gdzie?  Jak?  z  .jakim  określonym  prak- 
tycznym celem?  różne  były  co  do  tego  zamysły  albo  widoki. 
Benedyktyński  Tyniec  ze  swoją  wspaninłą  klasztorną  i  histo- 
ryczną traifycyą,  byfby  piękny;  Kraków  otwierałby  szerokie 
pole  działania;  zakład  wychowawczy  byłby  bardzo  przydatny; 
prowadzenie  seminaryuni  (które  jeden  z  bisknpów  powierzyć 
im  zamyślał)  bardzo  odpowiednie  celom  Zgromadzenia;  roz- 
trząsano i  nkladano  to  i  owo,  ale  pewnego  nie  mieli  nic, 
iadnego  stałego  pnnktn  oparcia  w  Galicyi.  Pierwszym  jaki 
się  nadarzył,  był  mały  folwarczek  (30  morgów  pola  z  do- 
mem) Wołkowce,  darowany  Zgromadzenin  przez  hrabinę  Ko- 
zielirodzką.  Wsunięty  w  najdalszy  kąt  krajn,  odległy  od  miast 
i  kolei  żelaznej,  punkt  ten  położony  był  bardzo  niedogodnie, 
bardzo  niesposobnie  do  rozwinięcia  czynności;  a  bliskość  gra- 
nicy rosyjskiej,  w  czem  niektórzy  widzieli  zrządzenie  Opatrz- 
ności jakoby,  i  otwierające  się  w  tamtą  stronę  pole  działa- 
nia, nie  mogła  uczynić  zadosyć  za  tę  niedogodność,  że  swo- 
bodne i  praktyczne  działanie  tutaj  hylo  bardzo  utrudnione. 
Namyślano  się  zatem  co  dalej  poc/ąó,  czy  zrobię  z  Wołko- 
wiec  punkt  środkowy  Zgromadzenia  w  Galicji  alljo  nie,  kiedy 
uiespodzianie  z  wyższego  ro/.kazii  ten  punki  przeniósł  się 
gdzieindziej. 


F, 


Jak  się  to  stuło,  ie  Stolica  Apostolska  iiczuln  potrzebę 
pewnego  wplywn  i  dozom  na  wychowanie  młodzieży  ruskiej?^ 
Niewątpliwie  byloto  skutkiem  kilkuletniej  nuncyatary  Kardy- 
nała Jacobiniego  w  Wiedniu,  i  jego  podróży  do  Galicyi. 
Jinncyusz  ten  na  tej  swojej  dyplomatycznej  posadzie  zwracał 
nwiigę  bardzo  piluie  na  stan  i  sprawy  Kościoła  polskiego — 
tę  sprawiedliwość  oddać  mu  słusznie  należy  —  i  nabył  nie- 
małej ich  znajomości,  która  pomogła  mu  z  czasem  wielce 
do  zajęcia  wysokiego  stanowiska  Sekretarza  Stanu.  Dziś  jni 
nie  będzie  to  niedyskrecyą ,  jeżeli  po  śmierci  obu  wyjawi 
się,  że  wielką  część  swoich  informaeyj  dostawał  nunoynaz. 
przei!  księdza  Kalinkę  lub  od  niego.  Jak  zaś  on  zawsze  od 
młodości  zwracał  uwagę  na  sprawy  Rusi  i  Unii,  i  jak  wielk% 
przywiązywał  do  nicU  wagę,  to  widziało  się  już  w  książce  o 
Gnlicyi,  wyraźniej  w  Wiadomościach;  a  w  tycb  stosnnkacti 
i  korespondcncyach  musiało  występować  z  tera  większij  silą 
przekonania  i  powagą  znajomości  rzeczy,  że  przez  czas 
swego  zamieszkania  w  Jarosławiu,  ksiądz  Kalinka  nieustan- 
nie na  te  stosunki  patrzał  i  z  niemi  się  stykał. 

Dość,  że  Leon  XłII  cbdał  mieć  we  I..wowie  konwikt 
dla  młodzieży  ruskiej,  a  założenie  i  prowadzenie  jego  pole- 
cił Zmartwyebwstnńeom.  Cesarz  Franciszek  Józ-ef  nietylko 
nie  miyl  nic  przeciw  temu,  ale  owszem,  okazał  się  więcej 
jak  przychylnym,  bo  troskliwym  o  dzieło  rozpocząć  się  ma- 
jące. Kiedy  w  roku  1880,  podczas  sejmu,  rozeszła  się  po- 
głoska, że  ksiądz  Kalinka  ma  być  znowu  przeniesionym  doi 
Adryanopoła,  czterech  posłów,  a  między  tymi  dwóeii  histo- 
ryków i  dwóch  rektorów  uniwersytetów,  Szujski  i  Liske,  na- 
pisało do  jenerała  Zmartwychwstańców  z  prośbą,  żeby,  jeżeli 
tylko  może,  nie  ruszał  z  miejca  autora  Czteroletniego  SeJmUf 
bo  oderwanie  go  od  tej  pracy,  byłoby  niepowetowaną  szkoda 
dla  nauki  i  dla  społeczei^stwa.  Ksiądz  Semenenko  odpisał, 
że  nie  może  ręczyć  czy  potrati  księdza  Kalinkę  od  innych 
zajęć  uwolnić,  ale  że  o  ile  siły  Zgromadzenia  na  to  pozwolą, 
będzie  się  starał  nie  odrywać  go  od  pracy  naukowej.  Co  zi 
do  wysłania  go  za  granicę,   nietylko   tego  zaniiarn  nie  m. 


ale  owszem,  ma  nadzieję  silniejszego  i  stalszego  nadai  osa- 
dzenia księdza  Kalinki  w  &alicyi. 

Myślał  oczymseie  o  tern,  co  innym  Jeszcze  wiadomeni 
uie  6ylo,  o  Internacie  raskim  we  Lwowie, 

Jak  Kalinka  rozumia]  stosunek  Polski  do  Rusi  w  prze- 
szłości, dziś  i  na  przyszłość,  jak  wyobrażał  sobie  możliwą 
przyszłość  ruskiego  ludu,  to  wytłómaczył  sam  najdokładniej 
i  wicie  razy;  uajwyrażuiej  zaś  i  najczęściej  złożył  le  swoje 
wyznanie  wiary,  odkąd  sam  czynnie  w  sprawie  tej  wystąpił. 
Jego  odezwy,  jego  roczne  sprawozdania,  clioćby  wreszcie  sam 
rozdział  o  kwestyi  ruskiej  w  Sejmie  Czteroletnim,  dają  po- 
znać jego  stanowisko  tak  jasuo  i  wyraźnie,  ^e  niema  się  co 
długo  nad  niem  rozwodzić,  wysfarezy  w  kilku  słowach  przy- 
pomnieć: 

PomięiJzy  Polską  a  Rosyą  siedzi  lud  licznie  rozrodzony, 
wielomilionowy,  który  ani  polskim-,  ani  rosyjskim  nie  jest. 
Nie  je8t  polskim  z  urodzenia,  bo  mówi  innym  językiem ;  uie 
stał  się  nim  z  wiary  i  wyeliowatiiii,  bo  się  cliowal  właśnie 
w  innej  wierze  i  szkole;  nie  stał  się  nim  z  lustoryi  i  eywi- 
lizacyi,  bo  Polska  zaniedbała  takim  go  zrobić  przez  dzielną 
i  ciągłą  a  łagodną  akcyę  swojej  cywilizacyi.  Pizyswoila  so- 
bie i  przywiązała  to,  co  było  oświeceusze  i  szczęśliwsze; 
resztę  —  nierównie  liczniejszą  —  zostawiła  własnemu  losowi, 
i  cudzemu  przemysłowi,  A  gdy  prócz  tego  dała  jej  się  we  znaki, 
niedziw,  że  ten  cudzy  przeijiegły  przemysł  z  tego  Bkorzyatal. 
Słusznie  to  czy  niesłusznie,  mądrze  czy  niemądrze,  dla  Rusi 
samej  żlc  czy  dobrze,  to  pytanie  inne;  fakt  jest  ten,  że  Ka- 
sin za  Polaka  się  nie  ma,  być  nim  nie  cbce,  często  go  nie- 
nawiilzi.  Jeżeli  zaś  za  czasów  panowania  i  siły,  Polak  do  sie- 
bie go  przyciągnąć  i  na  sietiie  przerobić  nie  zdołał,  to  tern 
mniej  zdoła  lo  dziś,  kiedy  siini  jest  słaby,  a  tamten  silniej- 
szy niż  bywał.  Silniejszy  naprzód  przez  to,  że  się  żywiej  i 
powszechniej  czuje  w  swojej  narodowej  świadomości;  sil- 
niejszy dalej  przez  samo  osłabienie  żywiołu  polskiego,  tę- 
pionego pod  rządem  rosyjskim;  silniejszy  wreszcie  przez  to, 
i  dążność  i  siła  wieku  sprzyja  żywiołom  demokratycz- 


nyni,  więc  to  spoleczciistwo ,  litńic  uie  ma  w  sobie  iimycli, 
aanią  silą  rzeczy  idzie  w  góii,  simo  uie  wiedząc  jak,  i  choćby 
samo  nic  po  temu  nie  zrobiło  w  demokiatycznycli  pojęciach, 
namiętnościach  i  prawach  zni|duje  opaiLie,  siłę,  piidstawę, 
wrota  otwarte  do  życia  i  zu  ic^euia  Je?eli  więc  dawniej  nie 
zostało,  to  teraz  tein  bardziej  nie  zostanie  ono  polskicm. 
Prawda,  ie  czasy  to  niedawne,  jak  każdy  Rusin,  byle  oświe- 
cony, miał  patryotyzm  polski  tak  dobrze  jak  my,  a  nienawiść 
kryła  się  tylko  w  sercaeti  wyjątków.  Jednak  między  tymi  a 
usposobieniem  ogółu  musiał  liyć  jakiś  pociąg  wrodzony,  skoro 
się  ta  nienawiść  tak  rozeszła,  i  te  czasy  zgodnego  wspól- 
nego patryotyzmu  moie  kiedy  wrócą,  lecz  nie  prędko:  tak 
jak  człowiek,  który  dziecinną  wiarę  ntracił,  może  ją  odzyskać, 
nie  po  wiciu  udręczeni  ii  cb  duazy  i  wnikach  w  myśli,  i  nigdy 
już  tak  prostoduszną,  wrodzona,.  Jak  była,  tylko  wyrozumo- 
waną,  na  przekonaniu  opartą;  silniejszą  i  lepszą  zapewne, 
ale  inną. 

Lud  wiejski  nie  cznje  się  w  swojej  narodowości ,  ale 
nie  lubi  Laclia  jaku  pana,  jako  bogatszego,  i  jako  człowieka 
innej  wiary.  Ludzie  oświeceni  Lacha  nie  lubią  bardziej  mi 
on,  i  w  tej  niechęci  go  utrzymują.  Wszyscy  razem  zaś  są  j 
materyaluie  pod  panowaniem,  moralnie  pod  wpływem  Roayi, 
która  mówi  podobnym  językiem,  wyznaje  wiarę  tęsanią  — 
albo  na  nią  obojętnych  i  niemy  ślących,  bezwiednie,  opornych  . 
gwałtem  i  krwią  nawraca,  która  się  Rusią  nazywa,  głosi 
oswobodzeliie  od  Lachów  i  jednose  w  slowiańskiem  brater- 
stwie, a  grunta  i  lasy  Lachów  rozdaje  gdzie  może,  obiecuje, 
gdzie  jeszcze  rozdawać  nie  może.  Czyli  jednem  słowem  pro- 
ces historyczny  za  Kazimieriia  rozpoczęty,  przeK  Jadwigę 
posunięty,  zakończony  postępem  wiary  i  eywilizacyi  zachod- 
niej o  dwieście  mil  na  wsebód,  przegrywa  się  w  drugiej  in- 
staneyi  w  'naszyeb  oczach.  Reakcya  Wschodu  na  Zachód,  za- 
częta buntem  Chmielnickiego,  następuje  coraz  l)ard/,iej  i  cofa 
nas  w  średniowieczne  piastowskie  granice;  wyrok  jeszcze  nie 
padł,  ale  s])rawa  stoi  Imrdzo  żle. 


Jak  się  bronić?  czem?  Siły  niema,  o  prawo  nikt  nie 
pyta,  a  isławinna  cywjlizacya  elirześciańeka  zncbodiiia.  s.inin 
Biel)ie  odstępuje  i  zaprzecza.  A  więc  zgodzić  się  i  zalożoneini 
rękami  patrzeć  jak 

„coiaz  nowa  Syzniy  nasuwa  siij  liydra 

i  roztacza  dokoła  dzikiej  krulestwo  pustyni  ?" 


A  nie!  Kto  się  cznje  poildanym  Jiidwifji  i  Batorego,  kto  ivie, 
że  dncli  Żółkiewskiego  w  nim  l^yii  powinieiij  kto  icli  godnym 

być  niema  zaronumienia,  ale  wi^,  że  wiernym  liyć  ma  obowią- 
zek, ten  nie  da  zabrać  bez  obrony  tego,  eo  oni  Bogu,  Kościołowi, 
Indzkości,  ojczyźnie  zdobyli;  będzie  broni!  do  oBtatka,  bo 
dopóki  żyje,  Jest  za  to  od|niwiedziahiym.  Niedość  bronili  oj- 
cowie ręką  i  orężem  kiedy  niojfJi  ^  niecb  ich  Bóg  sądzi 
41  łaskiiwie  —  ale  darmo,  my  za  t»  musimy  bronić,  eboć  nic 

ije  mamy,  i  nic  nie  mo;^en]y. 

Gdzie  zapora  przeciw  lenm  potopowi,  eo  po  wszystkich 
moralnycb  prawacli  wszystkie  niateryalne  ńhizy  zerwał,  i  wali, 
zbliia  się,  Imcbnie  lada  dzień  i  wszystko  zatopi'/  Gdzie? 
Może  w  odrębności  tego.ruskiego  Imlu.  Polakiem  on  nie  bę- 
dzie, ;de  c/y  konieczuie  ma  być  Moskalem?  I  tym  go  Bóg 
nie  stworzył,  nie  na  to  go  przeznaczył;  tym  go  tylko  zrobić 
mogą  okoliczności,  nienawiśii  własne  i  cndza  przebiegła 
przemoc  i  przeniocna  przi- biegi  ość.  Ta  świadomośe  i  pragnie- 
nie odrębnuśfi,  które  Itasin  zaczyna  mieć.  n/.y  one  same  wy- 
starczą, żeliy  się  oprzeć  rosyjskiej  absorbcyi  i  assymilaeyi? 
Nie:  tonie  jest  l'olak,  który  choć  połknięty  nie  da  się  stra- 
wić. Polak  ma  inną  duszę  i  w  tem  siłę  odporną  taką,  że 
strawionym  być  nie  może;  ale,  między  duszą  Rusina  a  Mo- 
skala, takiej  różnicy  zattadniczej,  takiej  granicy  nieprzebytej 
niema,  lżyłaby  ona,  gdyby  każdy  z  nich  mia)  inną  wiarę;  i 
dlategoto  Uniu  była  dzieleni  politycznie  tak  mądrem,  jej  za- 
niedbanie tak  zgitbnem.  Ruś  (tlemiennie  z  natnry  inna,  gdyby 
z  sundesia  i  din-ha  była  katolicką,  ^v  takim  razie  Roaya 
prawd/iwa   zostałaby   wróconą  w  swojo  przyrodzone  granice 


i  w  nich  zatrzymaną,    a  nad  Doiiem  i  Dnieprem  i  Gzarnem 

Morzem  byłoby  co  innego.  Jakieby  byto  to  coś?   Bóg  jet 
zna  pr/.yszlość,  ale  przez  naturalne  uczucie  pleniiemiej  odręb- 
ności, iiiogliiby   z   cnaseni   dojść   do   umiłowania   cywilizacji 
fiduiieiinfj,  a  w  końcu  —  z  malycb  początków  —  do  zupeł- 
nej odrębności  duszy.  Skoro  ten  lud  budzący  się  obndzil  się 
nie  w   polskich    uczuciach   i    świadomości,    niechże    zoBtanie 
przy  swoich,  ale  te  nieeir  będą  z  Zarhodem  duszą,  ze  Wscho- 
dem tylko  fiirmą  połączone.  Na  tamten   fakt   dziś  już   pora- 
dzie nie  modemy,  o  taki  jego  na  przyszłość  kierunek  i  obrót 
winniśmy  się  starać,  bo  tylko  tym  sposobem  możemy  jeszcze 
utrzymać   Jagiellońskie  nabytki  i   znslngi ,    zostjić   wiernymi 
posłannictwu  Polski,  utrzymać  te  granice  eywilizacyi,  jakie 
ono  zakreśliło.  Ruś  jest  krajem  i  ludem,  którego  trzeba  umieć 
się  wyrzec,  na  to,  by  go  nie  stracić ;  niech  ona  będzie  sobą  i 
niech  w  innym  obrządku  będzie  katolicką,  a  wtedy  i  Rosją  . 
nie  stanie   się   nigdy  i    do    braterstwa  z  Polską   powróci,   A  j 
gdyby  nawet  — ■  przypuściwszy  najgorsze  —  do  tego  nigdy  | 
przyjść   nic   miało,   to  i  w  lakim   razie  jeszcze   lepsza  Rnd  ' 
samodzielna,  aniżeli  Ruś  rosyjska;  jeżeli  Hryć  nie  może  by&   , 
moim,  mówi  znana   dumka,   niech  przynajmniej    nie    będzie 
„ani  mnie  ni  tobie."  To  ogólne  liistoryczne  i  polityczne  prze- 
konanie o  Rusi  całej.  Ruś  galicyjska  gra  w  tfj  sprawie  rolę  \ 
najwaiuiejszą,    stanowczą,    bo    ona    jedna   ma  jeszcze   śro-  \ 
drk    zbawienia    dnsz    ruskich    i    uratowania    narodowej    od- 
rębności  rnskiej    duszy   —   Unię.   Rola  Ziiś  —  i  więcej  jak 
rola,  bo  historyczna   i    religijna   missya  Polaków   w  Galicyi 
jest  —  nie  przeszkadzać  narodowym  dążeniom    i    wzrostowi 
Ruai,  szanować  je,  pomagać   im   nawet,   bo   tym   sposobem  " 
nśnilerzy  się  z  ezMsem  nienawiść  do  Lacha;    szanować  Unię 
i  sirzedz  jej  jak  oka  w  głowic  i  przez   nią   wzmacniać   mi- 
łość wiary,  stałość  tej  wiary,  jedność  Rusi  z  Kościołem.  Pro- 
gram prosly  i  jasny,    który   byłby  nawet  łatwy  do  wykoua-  ' 
uiii  w  praktyce,  gdyby  strona  druga,  ruska,   taksanio  rzecz.] 
rozumiała.  Utrudnia  go  ta  nienawiść  Polski ,   która   tam  jestl 
i  która  znown  po  stronie  polskiej    budzi   naturalne   obawy  i  J 


nieufności,  aż  nadto  usprawiedliwione  caiem- postępOHuniem 
rząilzjicycti  strouiiictw  rusktcli,  od  roku  1848  aii  do  Chełm- 
skich i  Hailickicb  apostazyj ,  aż  do  ostatnich  socjalnych  i 
wszech  rosyjakieli  propagand  i  procesów. 

Internat  księży  Zmartwycliwstaiiców  wziął  za  zadanie 
wychowywać  Knsinńw,  pielęgnować  w  nich  miłość  Rusi,  nie 
żądać  i  nie  nakazywać  miloSci  Polaki:  pacierz,  rozmowy, 
nauki,  wszystko  miało  Ipyć  po  rusku.  Strzed^  się  owszem 
chowania  i  przeraljiiinia  tych  clilopeów  na  Polaków.  Wydawać 
Rusinów,  ale  prawdziwy  cli  i  wiernych  katolików,  zasi'.czepić 
wiarę,  wyksutaleić  przekiniHnia.  Nie  przeznaczać  tch  na  księiy, 
chylia  że  który  sam  wyświęcić  się  zechce,  a  w  takim  razie 
dopiero  prowadzić  go  bard7.o  ostroinie,  bo  w  tyiii  ołn-ządku 
gdzie  stan  kapłański  nie  wymaga  żadnych  wyrzeczeń,  powo- 
łanie byw^a  częste,  ale  często  także  zupełnie  świeckie,  po- 
zorne, nieprawdziwe.  Jeżeli  który  z  wychowaiiców  zostanie 
dobrym  księdzem,  tern  lepiej;  jeżeli  nie,  dość  będzie  pożytkn, 
jeiteli  w  ś^^ieckim  stanie  i  jakimkolwiek  zawodzie  będzie 
Rusinem,  a  katolikiem  wiernym  i  stałym. 

Przeciw  Rosyi,  jej  potędze  i  jej  wszystkim  środkom 
działania,  przeciw  Rusi  i  jej  nienawiści  wszystkiego  eo  pol- 
skie, —  a  (w  wielkiej  części)  wszystkiego  co  katolickie, 
przeciw  Rnsi  g^ilicyjskiej  z  nader  małenii  wyjątkami  ziirówno 
temu  dzieln  nienawistnej,  jakikolwiek  jej  odciei'i ,.  występo- 
wać z  taką  broni;)?  zasłaniać  się  taką  larcząV  czy  to  niedo- 
browolne łndzenie  siebie  samycli  i  Cesarza  i  Papieża?  czy 
to  nie  s/.kodliwa  robota  i  pomaganie  (bezwiedne,  w  dobrej 
wierze  i  myśli),  tej  pracy  zaprzeczania  i  wypychania  Polski 
za  San,  która  jest  programem  i  ideałem  Rusi?  Wątpliwości 
i  zarzutów  było  bardzo  wiele.  Oto,  jak  je  krótko  streszcza 
i  zhiju  ksiądz  Kalinka  sam,  w  tej  lliitori/i  Dnmu.  którą  spi- 
sywał : 

„Na  tak  ciężkie  /nr/iity  Zmartivychwstaiicy  odpuwia- 
„dali,  że  narodowoSL  niska  jest  fikteni,  z  którym  się  licnyć 
„potrzeba;  ie  jeżeli  pi/cz  cztery  wieki  polskiego  panowania 
„Rusin!  nic  stracili  swojej  niiod  wości,   wtedy    nawet,   gdy 


„o  nią  Die  dbali ,  to  widocznie  ta   narodowość   jest  n 
„Bożej  i    nie   zginie^  dziś,   tem bardziej,   gdy   od   roku    1848 
„neziicie  narodowe  takim  ogniem  zapaliło  wazysfltie  młodsze 
„Indy  w  Europie.  Ze  im  witjcej    będzie  się  Rusinom  zapiTte- 
„czać  ieii  narodowości,  lem  mocniej,  a  co  gorsza,  tem  iiicna- 
„wistniej  dlii  Polaków  staii  przy  niej    będą  i  %  niej  tworzyć 
„liotężuy  istrunient,  który  społeczeństwo   rozstroi  i  rozsadzi. 
„Prawda   jest,   4e  ta  narodowość   mało    ma  dotąd  żywiołów   , 
„dodatnieli ,   i  gdyby   została   taką  jak  jest   dziś,   moinaby  * 
„z  niej  saniycli  tylko  kłęsk  się   spodziewać:.    Alo  ftoit  Deus 
„geutes  sanahlleB.  Naprzeciw  narodowości,  która  u  wielu  Rii-  ' 
„siuów  opiera  się  na  samej  nienawiści,  iny  cbcemy  postawili  i 
„narodowość  ojiartą  na  miłości.  Dzisiejsza  narodowość  niska,  j 
„zwłaszcza  też  w    ioh   intelligencyi,  cboć   upornie   stoi    przy 
„swoich  obr7.ędacb,  jest  w  większej  części  bez  wiary;  jestto   ' 
„narodowość  rewołucyjua  i  pogaiiska.    My  w  niczeui  nie  uj- 
„mując  ieb  narodowemu   npzuciu,    nie    ubliżając    bynajmniej  y 
„ich  ol)rzędom,    przynosimy  im  wiarę  katolicka  i  dncba  ka- 
„tolickiego.    Oni  w  imię   pati-yotyzmu ,   i  dla   niego   właśnie, 
„czują  się  obowiązanymi  do    walki  z  Polakami;   my,   przyj- 
„mnjąc  najzupełuiej  ich  patryotyzm,  w  imię  Clirystusa  Pana  1 
,.do  zgody  z  Polakami  przywieść    ich   clicemy.   Byle   Rusini  ] 
„byli  szczerze  katolikami,  obawijić   się   ich   nie   mamy    naj- 
„mniejszego  powodu;    nigdy   oni   wtedy   Moskalami   nie   zo- 
„staną,  ani  dla  Moskwy  sympatyi  mieć  nie   będą.   Jako  ka- 
„tołicy,  uietylko  będą  życzliwi  Polsce,  ale  na  Polsce  jedynie 
„oprzeć  się   mogą.    Huś  sama  stać  nie   może.   Jeżeli   my  ją 
„zaniedbamy,  albo  co  gorsza,  swojeni  postępowaniem  drażnić 
„będziemy,  w  kierunku  Moskwy  ona  posnwać  się  musi  i  do 
„niej   przybliżać.   A   przeciwnie,  jeżeli  jej  dopomożemy  do 
„przejęcia  sic  katolickim  duchem,  zapewnimy  trwale  i  szczere  , 
„braterstwo   pomiędzy   nią   a   Polską.   To   nam    najznpełni^ 
„wystarczyli  powinno," 

Teraz  wzmianka  krótka  o  historyi  tego  zakładu.  Z  grub- 
sza tylko,  i  nie  siląc  się  na  opowiedzenie  wszystkich  księ- 
dza Kalinki  trudów,  zawodów,  goryczy,  którycłi  on   sam  nie 


opowiail:i.  Że  hyly  eiężkio  i  licizDC,  (Jonij^ślać  się  iiiożua 
z  sainycti  KGwnętrziiych  dKiejów  zakładu:^  że  znoszone  i  zwy- 
ciężone, to  Knowu  poznać  [lozwala,  żs  w  przeloAimym  za- 
kłada była,  wielka  aila  wytnviiloSci  i  poświęcenia,  a  nad 
nim  błogosławieństwo,  w  uim  t;L  wola  Boia,  kiórej  clicia!  być 
zawsze  tylko  narzędziem. 

Kiedy  doatal  rozkaz  zalożejiia  takiego  domu  we  Lwo- 
wie, i  nad  nim  |irzeloieiistwo,  nie  miai  nic,  Przyjediał  do 
miiisla  ze  swoim  Itrewiarzem  i  habitem  (2  października  1M80), 
i  z  poleceniem  od  JeneraiR,  żeby  najął,  a  w  możuoiei  knpil 
dom  przy  ulicy  Piekarskiej  od  panien  Franciszkanek,  które 
miały  ocliotę  tego  domn  się  pozbyć.  Dom  był  w  stanie  opła- 
kanym, kaplica  w  jeszcze  gorszym;  żeby  jedno  i  drngie  zro- 
bić tylko  możiiwem  do  użytku,  trzeba  byln  włożyć  dużo  pie- 
niędzy; a  przedtem,  za  to  co  było  na  gruncie,  żsidaly  Fran- 
ciszkanki 30,000  złotych  anstr.,  i  z  tej  ceny  nic  spuścić  nie 
eliciaJy.  Podpisał  umowę,  i  zobowiązanie  że  cenę  szacunkową 
wypiaei  przed  końcem  roku  1881.  Pieniędzy  nie  miał  nic. 
j^&  konieczne  pierwsze  roboty  pożyczył  500  zlr,  do  prowa- 
dzenia ich  i  nadzoru  przeznaczył  młodego  swego  towarzysza 
księdza  Skroehowskiego  (niegdyś  iia  świecie  budowniczego). 
Ledwo  się  te  roboty  zaczęły,  ksiądz  Skrocholaki  dostał  od 
Jenerała  inne  przeznaczenie,  i  musiał  wyjechać  ze  Lwowa. 
Kaiąd-/.  Kalinka  został  z  domem  w  ruinie,  z  obiecanym  je- 
dnym ornatem  i  obiecanym  jednym  księdzem,  którego  mu 
Jenerał  z  Kzymu  miał  przysłać  (ks.  Hempla),  nie  mia!  co 
robić,  wyjechał  szukać  pieniędzy. 

Znalazł  w  Krakowie  sumnię  dość  znaczną,  którą  księ- 
żna Odescalehi  bylu  złożyła  na  cel  możliwego  osiedlenia 
Zmartwychwstańców  w  Gatioyi;  za  pierwszy  toni  czterolet- 
niego Sejma  dostał  3000  zła. ;  mniejsze  datki  kapały  choć  tro- 
chę, tak,  że  w  niedługim  czasie  niial  w  ręku  12.000  fl.  Z  tern 
mógł  śmielej  poczynać.  Pisze  przecie,  że  gdyby  był  prze- 
czuwał wszystkie  trudności  jakie  go  czekały,  nie  byłby  ni- 
gdy domu  kupował,  ani  przełożeCistwa  się  podejmował.  „Pan 
„Bóg,  znając  jego  malodnszność,  wtedy  mu  dopiero  złe  gro- 


„iącc  oiikrywat,  ydy  się  ju^  eofiiąi'  nie  liylo  ninżna.  Niespo-  \ 
„kojiiy  i  zbyt  przewidujący  umysł  księdi^a  Kalinki,  wybiega!  ] 
„»sw8ze  nad  uliwilc  daną  i  dręczył  HJę  myślą,  że  zabraknie 
„ludzi  i  funduszów;  szukał,  przemyśliwał,  czynił  bez  końca  i 
„zacliodów,  a  prawie  zawsze  nadaremnie.    Jeżeli  ten    tlom 
„lwowski  8ię  utrzyma,  i  w  przyszłości  rozwinie,  to  z  zupełną 
„prawdą  można  powiedzieć,  że  nikt  inny,  tylko  Pan  Bóg  był 
„.jego  założycielem.  Żaden  człowiek  do   tego   tytułu   nie   ma  | 
„prawa,  najmniej  ksiądz  Kalinka.  Rzecz  stalą  się  wbrew  wolt  f 
Jednycli,   ponad   wolą    drngich,    samą    tylko    wolą   i    łaską  \ 
„Bożą".  (Historia  Domns  §.  1). 

Dom  i  kaplica  restaurowały  się  czemprędzej,    obiecany 
ksiądz  Hempel  pi'zyjecbał,  ksiądz  Itobrowicz  (świecki  ksiądz 
ruski,  obełmski)   pomaga!;  zaczęto   myśleć   o   otwarciu   kon- 
wiktu (zrazu  tylko  w  domu,  i  to  dla  eblopoów  z  I  klasy),  od 
1  lutefjo  1881  r.  Wzięto  dwóch  nauczycieli  swieckieb  z  poza   i 
domu,  Rusinów;  inne  nauki  rozdzielono  między  siebie  (ksiądz   ' 
Kalinka  mia!  uczyii  języka  polskiego),   uczniów   zgłosiło  się 
zaraz  kilku  [prawda,  że  z  początku  byli  to  synowie  samych 
księży  cheimskicb).  Wtedy  nowe  nieszczęście,   ksiądz   Hem- 
pel, prawa  ręka  przełożonego,  rozchorował  się  tak  ciężko,  że  ' 
po  kilka  miesiącach  cierpieli,   prosił   o    pozwolenie   wyjazdu  t 
do  rodziny  i  tani  umarł.  Zastępca  przysłanj'  w  jego  chorobie, 
był  i  pomocą  i  pociechą  małą.  Po  jakimś  czasie  dopiero  do- 
czekał  się   biedny  |irzelożony,  że  mu  przysłano  kaznodzieję, 
księdza  Bakanowskiego,  i  świeżo  wyświęconego  księdza  Mo-  J 
szyiiskiego.  Wtedy  odetchnął ,  pewien  że  i  nabożeństwo  w  kap-   ' 
łicy  i  dozór  nad  dziećmi  i  domem  pójdzie   porządnie.   Z  za- 
pisów pani  Helclowej  i  Józefa  Popiela   przybyło   coś   fundu- 
szów; opieka  norganizowana  pod  prezydencyą  ks.  Adamowej 
Sapieżyny  we  I-wowie,  a  ks.  Maiceliny  Czartoryskiej  w  Kra- 
kowie, zapowiadała  mniej-wiccej  1)000  fl.  rocznie ;  Cesarz  na- 
desłał 500  fl. ;  wreszcie,  niespodziewanie,  od  osoby  o    której 
ksiądz  Kalinka  do  końca  nie  wiedział,  czy  nazwisko,  pod 
którem  się  zgłosiła   było  prawdziwe  Inb  przybrane,   odebrał 
15.000  reńskich.  Przyszły   w  porę,   bo   uczniów    zaczęło   się 


L  J"= 


jiiż  zgłaszać  tylu,  że  w  irialyni  (ioiiikn  o  iioniieszczeoiu  ich 
iiie  bj'lo  można  myśleć.  0<] prania tio  icb  z  żalem,  mar/ąc 
o  rozszerzeuiii  (iomii  kiedyś,  jak  Pau  hAs  da!..  I  dał  — 
2.i  czernca  1881,  Biskii])  Krakowski  poświęni!  kamici^  wę- 
gielny pod  kaplicę  greckiL'g()  obrządku;  .i  z  zamknięciem 
roku  szkolnego,  uczniowie  zdali  exami[i  i  byli  przyjęci  do 
2-giej  klasy  gimnazuini  ruskiego.  Na  rok  uastęjmy  zgłosiło 
się  ieli  już  trzydziestu.  Miejsca  wszakże  było  tak  mało,  że 
i  na  tych  (pomimo  mieszkali  przynajętycb  w  sąsiednim  domu) 
nie  wystarczało;  śpieszyć  z  budową,  stawało  się  coraz  na- 
l^lejszą  potrzebą.  W  tym  celu  [lodał  ksiądz  Kalinka  petycyę 
do  Sejmn,  o  jednorazową  subweneyę  10.000  fi.  Trudności  było 
z  tera  niemało ;  posłowie  iiolsey  odr?acać  jej  nie  myśleli,  ale 
jedni  bali  się  rozdratoić  Kusiuów,  drudzy  nie  byli  pewni  czy 
popierając  ten  zakład  robią  dobrze ;  posłowie  ruscy  wystę- 
powali przeciwko  z  wielką  namiętnością.  W  Izbie  wszakże 
rzecz  przeszła  wielką  większością;  pierwsza  polowa  drugiego 
tomu  Sejmu,  i  drugie  wydanie  tomu  pierwszego,  przyniosły 
coś  znowu  na  koszta  budowy :  koszta  utrzymania  uczuińw 
opędzały  w  znacznej  części  składki  zbierane  przez  lwowską 
i  krakowską  opiekę.  Roczne  sprawozdania  księdza  Kalinki, 
jego  w  tej  sprawie  ogłoszone  jiismo  laternał  Etiski  księży 
Zmartwychwstańców  {Przeglt^d  Polski ,  październik  1881), 
służyły  skutecznie  do  przekonania  umysłów  i  zagrzania  serc, 
zatem  do  zabezpieczenia  zakładu.  Rósł  on  pomimo  wszyst- 
kieli  trudności  wewnętrznycli  i  zewnętrznych,  od  Polaków 
i  od  Rusinów,  jak  znowu  wielkopostne  kazania  i  rekollekcye 
dawane  przez  księdza  Bakanowskiego  i  Kalinkę  (1882),  pod- 
nosiły powagę  zgromadzenia  i  ufuośó  do  jego  posług  duchow- 
nych. Niechęć  Rusinów  nie  ustała,  ale  zwróciła  się  zawzię- 
ciej  w  inną  stronę:  a  konduktorem  który  ją  zwrócił,  był 
oddany  Jezuitom  nowicyat  Bazyliaiiaki  w  Dobromilu.  „Z  dwojga 
złego  już  Zmartwychwstańcy  lepsi"  mówiono,  —  „bo  zdaje 
się,  żu  na  prawdę  po  i-usku  uczniów  swoich  chowają",  Ale 
jeżeli  zaczęło  się  budzić  zaufanie  do  zakładu,  że  polonizować 
lue  myśli,  to  zostawały  w  wielu  Rusinach  głębsze  z  tego  po- 


176 


woda  obawy:  mianowicie  obawa  katolickiego  charaktera  wy- 
ehowańeów,  i  braka  w  nich  nienawiści  do  Lacba.  ;,Jak  Je- 
j.zuici  niegdvś  szlachtę,  tak  ci  zabiorą  nam  księży.  Cóż 
J.Z  tego,  że  wychowają  Rusinów,  kiedy  na  tych  Kasinów  co 
„z  ich  rąk  wyjdą,  my  nigdy  nie  będziemy  mogli  liczyć^. 
Zdanie  to,  z  którem  dawali  się  słyszeć  przywódzcy  zarówno 
rosyjskiego,  jak  ukraińsko -socyalnego  odcienia  opinii  rus- 
kiej, jest  ciekawem  i  znaczącem  świadectwem  zakładowi 
przez  nich  wydanem.  24  czerwca  1882  r.  zatknięt«)  krzyż  na 
wystawionej  kaplicy  wschodniego  obrządku :  dom  prawie  skoń- 
czony, pozwalał  przyjmować  większą  liczbę  uczniów,  która 
też  rychło  wzrosła  do  kilkndziecięciu  chłopców.  Zasady  ich 
wychowania  i  prowadzenia  były  tesame,  które  ksiądz  Ka- 
linka niegdyś  dla  szkoły  w  Adryanopolu  ułożył,  jego  Tjak 
mówią  ł>racia  zakonni j,  systemem  wychowania.  Zasługę  po- 
mysłów przypisują  jemu ;  przyznają  tylko,  że  miał  słuszność^ 
kiedy  sam  o  sobie  mówił,  że  do  praktycznego  wykonania 
tego  planu  i  do  jirowadzenia  młodzieży  nie  był  zdatny,  bo 
był  za  miękki.  „Jabym  dzieci  rozpieścił",  mówił,  i  to  miało 
być  prawdą.  (Uczniowie  lubili  go  bardzo ;  po  jego  śmierci  bez 
żadnego  ze  strony  przełożonych  żądania,  dodali  do  swoich 
pacierzy  modlitwę  za  pokojnoho  Witcia  Kalinkuy  którą  co- 
dzień  wiernie  odmawiają). 

Przecież  choć  dzieło  idzie  i  nawet  pomyślnie,  to  trudy 
i  troski  nie  ustają,  owszem  mnożą  się  zwykle  i  rosną  w  miarę 
jak  się  rzecz  rozwija.  Tak  było  i  tu ;  rodzice  coraz  liczniej 
się  zgłaszali,  uczniów  przybywało,  dom  stanął,  Metropolita 
Sylwester  Senibratowicz  bardzo  się  okazywał  łaskawym  na 
zakład  i  na  przełożonego ;  niektóre  Rady  Powiatowe  uchwa- 
liły bursy  dla  wychowańców  zakładu;  przyjaciele  i  opieku- 
nowie (ks.  Roman  i  Aleksander  Czartoryscy)  przyjmowali  po 
kilkunastu  uczniów  na  wakacye;  wszystko  to  było  utrwale- 
niem zakładu,  dobrą  wróżbą  na  przyszłość.  Ale  zkąd  wziąć 
utrzymania  dla  tej  coraz  większej  liczby  chłopców?  odpra- 
wiać ich,  choć  się  sami  zgłaszają,  kiedy  możnaby  ich  dobrze 
wychować!  Co  z  nimi  robić,  jak  gimnazyum  skończą?   Wy- 


puścić  L  o|iieki,  żeby  poszli  Bóg  wie  gdzie  i  zepsuli  się! 
A  dopiertjż  ci,  eo  będą  mieli  powołanie  na  księży,  cd  z  tymi 
robić?  Żeby  w  uicb  to  powołanie  utwierdzió,  a  ich  w  wier- 
ności dla  Kościoła,  trzebaby  ich  po  skończeniu  nauk  wysy- 
łać na  teologię  do  Rzymu.  Zkt^d  na  to  wziąć;  kiedy  fundu- 
szów nie  przybywa,  ubywa  raczej  w  skutku  złych  lat,  i  pe- 
wnego zwolnienia  w  energii  skład  kujących.  Sześć  lat  na  które 
się  zoiłowiązali,  dochodzą  do  kouca,  czy  zobowiążą  się  na- 
dal w  dostatecznej  liczbie?  czy  nie  nastąpi  konieczność 
zmniejszenia  zakładu?  To  były  troski  ostatnich  łat  księdz:i 
Kalinki,  to  powód  tych  starań  usilnycli,  żeby  Sejm  wyzna- 
czył subwencyę  na  pewną  liczbę  uczniów,  żeby  wyjednać 
snbwencyę  i  od  Cesarza;  ztąd  staranie,  żeby  własną  praeą 
tych  funduszów  przysporzyć  —  (odczyty  publiczne  —  życie 
Jenerała  Chłapowskiego  —  druga  część  drugiego  tomu  Se/mu ) 
i  to  wreszcie,  ta  ciągła  wytężona  praca,  a  w  rożnych  kie- 
runkach, ta  pamięć  nieustanna  o  mnóstwie  rzeczy  naraz,  i  ta 
ciągła  gryząca  i  trawiąca  troska  o  Internat,  i  o  wszystko 
inne,  to  powód  jego  choroby  i  śmierci.  Radością  a  poniekąd 
szczęściem,  koroną  dzieła,  było  powierzenie  Zmartwychwstań- 
com Kollegium  greckiego  w  Rzymie  j  to  dopełnienie  Inter- 
natu, Jego  nczuiowie,  którzy  zecłicą  iSe  na  księży,  mają  za- 
pewnione miejsce,  i  zostaną  pod  tymaamym  kierunkiem;  a  taki 
dowód  zaufania  ze  strony  Papieża  podnosi  oczywiście  po- 
wagę Zgromadzenia  w  oczach  ludzkicli  i  własnych;  jest  glo- 
śneni  i  najehlubniejszem  dla  niego  świadectwem.  Nowy  dowód, 
że  w  podjęteni  dziele  jest  Wala  Boia.  Ale,  jak  jej  odpowie- 
dzieć! jak  jej  nastarczyć,  żeby  nie  zmarnować  tego  co  się 
jni  zyskało.  Oto  przedmiot  głębokich  rozmyślań  i  gorączko- 
wych nie|)okojów  księdza  Kalinki  w  ostatnim  roku  życin. 
I  oto  w  krótkich  słowach  dzieje  jego  umiłowanego  dzieła, 
jego  Internatu  ruskiego. 

A  teraz  jego  wartość?  jego  naslnga? 
Kto  miał  słuszność,    ksiądz    Kalinka   albo   ci,    co  jego 
dzieło  nazywali  błahą  utopią,   lub  gorzej,  bo  szkodą  samo- 
ląc  sobie  zadaną?  Odpowiedź  na  to  pytanie  w  części  tylko 

12 


7.a\ei.y  od  nas,  w  więksiiej  nierównie  ad  czaan.   Jak  wszelki  | 
krok  w  tej  sprawie,  tak  i  ten  nie  przyniesie  pożytkn,  jeżeli 
ryclifo  a  nieszczęśliwie  miałby  się   zgruntn   zmienić   dziBiej- 
szy  nasz  stan  polityczny.  Jeżeli  rosyjska   dążność   do   pano-   ' 
Wania,  tak  charakterystycznie  wyrażająca  się   w    tern   samo- 
zwańczem  kłamstwie,  jakiem  jest  jej  mniemane  imię  Wszech- 
Rnsi,  miało  stać  się  rzeczywistością,  i  z  dzisiejszycli  swoich 
napędów  i  popędów  wyjść  z  trynmfem,  w  takim  razie  Inter- 
nat jak    wszystko  wpada  w  otchłań   i    skutku   nic   przynosi. 
Ale  jeżeli  dzisiejszy  stan   rzeczy   potrwa;   jeżeli    ten   zakład 
na  kilkudziesięciu  wychowańców  wypuści  co  loku  tylko  kilka 
dobrych-  jeżeli  tych  kilka  po  latach  dziesięcin,    dwudziestu, 
wzrośnie  w  liczbę  i  w  różnych  zawodach ,   w   różnych   stro- 
nach rozsieje  dobre  uczucia  i  przekonania,  stanie  się  w  tym   , 
wyrębie  i  zagajniku  nasiennikiem  zdrowego  ruskiego  patryo 
tyzmu   i  prawdziwej  wiary,  ezy  to  nie  byłoby  już   skutkiem  \ 
i  pożytkiem?  Jeżeli  się  i)oiDyńli,  że  każdy  z   tych   świeckich  I 
miałby  dom,  rodzinę,  stosunki  z  ludźmi,  i  wpływ,  jako  lepiej,  \ 
staranniej  od  wielu  chowany,  a  każdy  z  tych    księży   wply-  i 
wałby  na  parafię,  może  nie  na  swoją  tylko?  Dajmy,    że  ta-  j 
kich  będzie  procent  niewielki,  że  będą  gorsi,  a  nawet  że  ich  J 
będzie  dużo,  —  że  skryta  natura  potrafi  utaić  w  sobie  przez  3 
czas  wychowania  te  polityczne  i  religijne    nienawiści   z  któ-  } 
remi  później  wybuchnie,  to  uzy  ta  liczba,    choćby  moiejsza  ] 
dobrych,  swoją  wartość  i  znaczenie  straci?  ezy  nie  będzie  * 
dla  społeczeństwa    całego  ruskiego  jak   polskiego,  wielkie 
dobrem,  punktem  oparcia,  może  siłą?  Jeżeli  zaś  —  i  tu  za-  ' 
czyaa  się  zależność  tego  skutku  i  pożytku  od  nas  — jeżeli  na-   ! 
sza  troskliwość  i  wytrwałość  nie  da  zakładowi  temu  upadać,  [ 
ale  owszem  rozwijać  mu  się  pozwoli  i  pomnażać  liczbę  wy- 
chowańców,   rozeslańeów    prawdziwej    wiary    1    patryotyzmn   ' 
opartego  na  miłości    nie   na   nienawiści,  w  takim   razie   kto^] 
wió,  jak  przyszłe    pokolenia   błogosławić   będą   dzieło   i   pa- 
mięć jego  założyciela;  w  takim  razie  może  stać  się   rzeczy- 
wistością i  sprawdzoną  przepowiednią  ta  intencya,  którą  ksiądz  1 
Kalinka  wypisaną  na    par5,'aminie  zatknął  na   szczycie   swo- 


jej  kaplicy  w  gatce  pod  krzyżem  zamkniętą,  i  przyszlośó 
przyświadczy,  f.Q  „ten  doin  obudowany  i  krzyż  Chrystusowy 
„na  nim  podniesiony  został  przez  Braci  Z  martwych  wsta- 
„nia  Pańskiego,  ku  chwale  Bożej  i  ku  ntrwaleniu  zgody  mię- 
■  Polską  a  Rusią,  aby  za  tą  zgodą  święta  Wiara  kato- 
„licka  w  tym  kraju  wzmocnioua  i  w  dalsze  strony  na  Wschód 
^rozszerzoną  była". 

Zostaje  jedno  ważne  pytanie,  czy  w  swojem  pojmowa- 
i  Rusi  ksiądz  Kalinka  nie  przesadził,  i  z  prostej  drogi  pol- 

'■  skiego  uczucia  i  interesu  mimowolnie  nie  zbaczał.  W  odpo- 
wiedzi na  to,  trzeba  jeszcze  raz  powtórzyć,  że  za  skutek  rę- 
czyć, przyszłości  być  pewuym,  nie  mógł  on ,  jak  nie  może 
nikt;  zatem  mimo  glębokieg;o  i  stałego  przekonania,  mógł 
miewać  (miewał  z  pewnością)  takie  chwile  wątpliwości  i  wa- 
hania. A  jeżeli  to  co  on  robi,  obróci  się  na  szkodę  Polski? 
jeżeli  ten  żywioł  niski,  który  już  sam  z  siebie  jest  we  wzro- 
ście, w  skutku  jego  starań  nabierze  sił  więcej,  które  albo 
się  wprost  przeciw  polskiemu  obrócą,  albo  go  przynajmniej 
owładną  i  stopniowo  przeważać  zaczuą?  Takie  przypuszcze- 
nia i  obawy  (kiedy  się  zjawiały),  usuwał  rozumowaniem 
i  przekonaniem,  że  Ruś  katolicka  i  prawdziwie  ruska,  choćby 
najbardziej  i  najdłużej  nie  chciała,  będzie  musiała  skończyć 
na  zgodzie  i  miłości  z  Polską.  A  oprócz  tego  argumentu  ro- 
zumowego, wyciągniętego  z  natury  rzeczy,  historycznego  i  po- 
litycznego, miał  drugi  płynący  z  wiary  i  pobożności,  którego 
wartość  rachunkiem  sprawdzić  się  nie  da,  ten  mianowicie, 
że  skoro  Polska  względem  Rusi  ma  wiele  gi-zechów  opusz- 
czenia i  zaniedbania,  skoro  jej  stan  dzisiejszy  jest  i  ma  być 
expiacyą  za  wiuy  przeszłości  — więc  na  ten  rachunek  pójdzie 
wszystko,  co  się  dla  zbawienia  i  dla  ziemskiego  dobra  Rusi 
zrobi:  a  ehoćhy  to  było  nad  miarę  ściśle  obliczonej  potrzeby, 
choćby  z  jakiem  ze  strony  Polski  poświęceniem,  ściągnie  jej 

I  Wogoslawiei'istwo  Boskie  i  z  bogatą  liebwą   wróci  się   jej 
r  przyszłości, 

Czy  w  tern  był  ksiądz  Kalinka  zbyt  śmiałym  i  ufnym, 
Może  aż  trochę  mistycznym,  wiejzieó  i  sądzić   nie   możemy. 


Ale  w  swojem  uczuciu  polskiem  był  w  tym  stosunku  do  Rusi 
(jak  we  wszyatkicL  innycli)  tak  piosty  i  ti7.eżwy,  tak  traf- 
nym iustynkteiii  obdarzouy,  że  poiUiig  jego  uczucia  i  patryo- 
tycznegn  sumienia,  każdy  mógłby  śmiato  swoje  w  tej  spra- 
wie regulować.  Żaden  Polak  szczerzej  Rusi  nie  kocłinł,  ża- 
den nie  życzył  goręcej  żeby  miała  pr7;ysz!o8Ó  szlachetna 
i  piękn^ł,  ale  żaden  nie  byt  też  dalszy  od  tej  seutymental- 
ności  poetycznej,  i  od  tej  politycznej  przesady,  która  ?.  wiel- 
kiej miłości  Rusi  o  Polsce  nieznacznie  zapomina,  a  z  wiel- 
kiej miłości  wschodniego  obrządku  ilJa  zachodniegp  niema 
dość  przywiązania  i  uszanowania.  Te  wszystkie  zjawiska 
chorobliwe,  —  a  bardzo  niebezpieczne,  gdyby  miały  trwać 
i  rozszei-zać  eig  —  te  pytania,  czy  szlachta  nie  powinnaby 
przestać  być  polskij,  ^eby  Ruś  ocalić  i  przywiązać,  czy  ni& 
powinnaby  przechodzić  na  wschodni  obrządek;  te  zachwyty  nad 
malowniczościąjednego  obrządkni  porównania  z  drugim  na  jego 
niekorzyść;  te  zdarzające  się  próby  ruskiej  mowy  w  polskich 
domach,  te  wszystkie  (w  najlepszej  wierze)  pokusy  poetycz- 
nej wyobraźni,  czy  nkrytej  miłości  własnej,  wiodące  Indzi 
bezwiednie  ale  koniecznie  do  odstępstwa,  nie  miały  sędzi 
surowszego  nad  księdza  Kalinkę.  Dolirą  wiarę  oceniał,  do- 
brej intencyi  pobłażał,  ale  błąd  i  niebezpieczeństwo  wskazy-^ 
wal  bez  ogi'ódki  i  bardzo  stanowczo.  Miłość  Rusi  u  niego- 
nie  stawała  się  sentymentalneni  rozkoclianiem,  które  w  końcn 
zaślepia  ludzi  na  to,  czem  jest  Polska,  i  co  jej  są  winni. 
„Mój  Panie,  wolałbym  zawsze  być  polskim  wojewodzicem, 
„aii  raskim  kniaziem",  odpowiedział  raz  jednemu  z  ta,kicłł 
sentymentalnych;  a  praktyczną  niemożliwość,  utopijność  ta- 
kiej polityki,  gorzki  zawód  i  upadek  małocbinbny,  na  któ- 
rym takie  złudzenie  (szlachetne  zresztą)  skończyćby  się  mu- 
siało, polityczną  marność  takiej  myśli,  jeżeli  ona  ma  być  po- 
święceniem, a  dla  ludzi  niebezpieczeństwo  tej  slizkiej  równi 
pochyłej,  u  której  spodu  jest  utrata  honoru  —  odstępstwo, 
i  widział  dobrze  i  doskonale  tlómaczyć  umiał. 

Stanowisko  księdza  Kalinki  w  sprawie  między   Polską 
A  Rusią,  jego  starania  około  wychowania  i  przyszłości  Rusi^ 


wtykały  się  nieraz  ze  eprzecznenii  zdaniami  i  przekona- 
niami po  stronie  polskiej;  nieraz  raziły  boleśnie  nczncia  i  prze- 
konania najgłębsze,  najszanowniejsze.  Jaka  mnaiała  być  jego 
powaga,  jakie  zaufanie  do  jego  rozumu,  charaltteru  i  patryo- 
ty/.mii,  jeżeli  mimo  to  dzieło  tak  zdaniem  wieln  niesympa- 
tyczne i  wątpliwe.)  wartości,  mogło  się  Utrwalać  i  rozwijać? 
Zdarzało  się  często,  że  ladzie  inaczej  rzecz  pojmujący,  swo- 
jego zdania  nie  odstępowali,  a  do  dzieła  przecież  przystępo- 
wali, pomagali,  glosowali  za  niera  w  Sejmie  lub  wnosili 
składki,  na  wiarę  księdza  Kalinki:  w  tern  uczuciu,  że  to  co 
«n  robi,  to  dla  Polski  złem  ł)yć  nie  może.  Jest  w  tern  wspa- 
niałe świadectwo  moralnej  powagi  i  znaczenia  tego  człowieka 
w  społeczeństwie;  jest  miara  wplywn  jaki  wywierał,  skutku 
jaki  sprawiał.  Ale  jest  też  świadectwo  piękne  i  dla  społe- 
czeństwa samego,  jest  miara  jego  postępu  i  dojrzałości.  Lat 
temu  dwadzieścia,  kto  wie,  czy  ksiądz  Kalinka  byłby  talt 
skutecznie  działał;  kto  wie,  czy  jego  katolickie  i  polityczne 
stanowisko  byłoby  znalazło  tylu  zupełnie  przekonanych,  a  tylu 
znowu  cliętnie  powolnych ;  kto  wić,  czy  bylibyśmy  zdolni  tak 
przyjmować  wpływ  człowieka,  który  niezem  nas  nie  niewo- 
lił, tylko  wyższością  swego  umysłu  i  cliarakteru,  tylko  war- 
tością i  wzniosłością  tej  wszechstronnej  i  czynnej  miłości  oj- 
czyzny, którą  nasz  instynkt  polski  w  nim  czul  i  za  nią  szedł. 
A  te  sprawy  nie  wyczerpują  bynajmniej  całego  zakresu 
jego  czynności;  dzieło  trzebaby  pisać,  nie  krćtką  wiadomość, 
żeby  objąć  wszystko  co  robił,  i  co  dobrego  zrobił. 


YHr. 


Te  ostatnie  kilka  lat  najcięższej  mote  w  ićyciu  księdm 
Kalinki  pracy,  obejmują  i  łączą  w  sobie  wszystkie  dawniej- 
sze tej  pracy  kierunki,  dtidają  nowe  i  wyższe,  a  przez  to  są 
poniekąd  streszczę  ni  en  i  i  i]/.upcluieniem  całego  życia,  pieczę- 
cią ua  nieiu  przyłożoną,  czy  włożoną  na  nie  koroną  najwięk- 
szej zasługi.  „Chciałeś  zawsze  działać,  wdzierałeś  się  w  każde 
ppole,  nigdy  nie  miałeś  dosyć,  to  teraz  masz  czegoś  cbcial"  — 
tak  zdaje  się  mówić  do  niego  Wola  Boia,  kiedy  go  na  to 
miejsce  przeznacza.  Cbciało  mu  się  kiedyś  być  Sekretarzem 
przy  Namiestniku  —  tem  nie  zostanie,  ale  będzie  często  po- 
radnikiem wielu,  w  wielu  politycznych  sprawach  krajn,  i  nie- 
raz w  sejmie,  nieraz  w  Rządzie  wpiyw  swój  wywrze.  Od  lat 
trzydziestu  widzi  i  powtarza  czego  nam  brak  w  postępowa- 
nin  politycznem,  w  religijnych  uczuciach  i  przekonaniach, 
w  stosunkach  towai-zyskich,  w  literaturze  czy  w  nauce;  niechże 
teraz  zblizka  wszystkiego  dogląda,  i  niech  wpływa  na  to 
społeczeństwo,  kiedy  pośród  niego  stoi.  Chciał  je  uczyć  i  pod- 
nosić przez  znajomość  siebie,  przez  historyę,  niech  ją  dalej 
pisze.  A  kiedy  przez  cale  iycie  wierzył,  myślał  i  powtarzał, 
że  Polskę  odrodzić,  a  przyszłość  jej  zapewnić  można  przez 
odrodzenie  przede  wszy  stkiem  jej  ducha  i  sumienia,  przez 
wiarę,  przez  miłość  Boga,  przez  rozmyślną  świadomą  siebie 
!  z  Kościołem  katolickim,  stalą  i  czynną  wolę  pozo- 
tania  w  tej  jedności,  —  to  niech  próbuje,  sposobność  mai 


184 


Jak  z  tej  sposobności  Kalinka  skorzystać  umia],  po- 
znać można  ztąd^  że  zanim  krótki  czas  npłynął,  jnż  on  na- 
leżał do  każdej  niemal  rady  czy  roboty;  jnż  każdy  niemal 
co  coś  zamierzał  i  zaczynał,  bez  jego  zdania  rzadko  kiedy 
się  obchodził.  W  pracacli  naukowych  i  sejmowych ,  w  spra- 
wach kościelnych,  w  uczynkach  i  stowarzyszeniach  miłosier- 
nych, odnosili  się  do  niego  nczeni  i  dziennikarze^  posłowie 
i  księża,  młodzi  i  starzy,  kobiety,  a  wpływ  jego  tak  się  sze- 
rzył i  tak  się  wkorzeniał,  że  w  końcu  rzec  można,  Lwów 
zapomniał,  że  on  mieszkał  w  nim  od  niedawna,  i  miał  za 
swego,  za  swoją  ozdobę,  za  swoją  własność.  Po  jego  śmierci, 
ktoby  sobie  był  pozwolił  lekko  i  w  najlepszej  myśli  kryty- 
kować w  czem  księdza  Kalinkę,  byłby  się  naraził  na  żal 
i  gniew  niemały.  Świadczy  to  1)ardzo  na  korzyść  miasta,  że 
w.  czasie  stosunkowo  krótkim  tak  się  na  wartości  człowieka 
poznać  i  do  niego  przywiązać  umiało;  ale  służy  zarazem  za^ 
miarę,  jak  jego  wpływ  sięgał  głęboko  a  daleko,  na  różne 
strony;  jaki  musiał  mieć  szczególny  dar,  jaką  umiejętność 
i  jaką  wytrwałą  energię  w  działaniu  na  ludzi.  Życie  du- 
chowne ożywiało  się,  a  kaplica  Zmartwychwstańców  stawała 
się  głośną  przez  kazania  i  rekollekcye,  —  które  ksiądz  Ka- 
linka odbywał  tylko  w  zastępstwie  niejako,  kiedy  lepszego 
kaznodziei  nie  miał  pod  ręką,  uważając  siebie  za  złego. 
Sejm  Czteroletni  mimo  przeszkód  i  utrudzeń,  postępował  na- 
przód; dodatkowo  i  jakoby  mimochodem  powstał  żywot  Je- 
nerała Chłapowskiego,  doskonałość  w  swoim  rodzaju,  a  za- 
razem choć  mały  szkic  historyi  Księstwa  Warszawskiego  i  Kró- 
lestwa; hi8tor}'^a  jednego  człowieka,  ale  taka,  że  kto  zechce, 
wiele  się  z  niej  o  tamtej  naucz}\  Udział  zawsze  żywy  i  zaw- 
sze wskazujący,  praktyczny,  w  posiedzeniach  Akademii  Umie- 
jętności i  w  pracach  lwowskiego  oddziału  jej  Komisyi  histo- 
lycznej;  współpracownictwo  najchlubniejsze,  a  rady  nieoce- 
nione, nieraz  krytyki  ostre  dla  Przeglądu  Polskiego;  wska 
zówki  dawane  nowemu  codziennemu  pismu  we  Lwowie  — 
Przeglądowi'^  —  Towarzystwo  Św.  Wincentego  tamże,  odczyty 
publiczne,  konfessyonał  prawdziwie  oblężony,  korespondeucya 


na  wszystkie  etroDy  i  we  wsuelkicli  sprawjidi  od  nąjwainiej- 
szycli  kościelnych  i  krajowych,  &f.  do  osobistych  spiaw  ludzi 
którzy  się  tlo  niego  zgtiiBznli,  oto  wyliczenie  iH>l)ieżne  jego 
ozytiuDŚci,  w  którem  nie»awodiiie  niejedno  się  jeszcue  opu- 
ściło. Zakres  i  ciężar  ogromny,  zdumiewający,  jeżeli  się 
zwaity,  że  nic  uigdy  nie  Khywał  lekko,  wszystko  wykony- 
wa! rozważnie,  dokładnie,  troskliwie  i  pilnie.  O  jednem  tylko 
wspomnieć  chcemy,  jako  pnbliczności  poza  Lwowem  naj- 
mniej zuanem,  o  kazaniach  księdza  Kalinki,  tyle  przynaj- 
mniej ile  koniecznie  trzeba,  żeby  o  nich  dać  najogólniejszą 
wiadomość.  Nie  są  one  zle,  jak  o  nich  sam  niesprawiedliwie 
mówi;  owszem,  są  mądic  i  bardzo  dobrze  pisane.  Zdaje 
się,  że  jeżeli  nie  wszystkie  jakie  w  życiu  niówil,  to  w  ka- 
żdym raitie  bardzo  znaczna  ith  większość  pM^uatala  w  jego 
papierach,  bo  aiim  mówi  (w  Historii  Dodiu),  że  improwizo- 
wać nie  czul  się  na  silach,  musiał  zawsze  napisać  to  co  miał 
I  mówić,  a  czasem  i  na  pamięć  się  nauczyć.   Jest  icli  ogółem 

trzydzieści  kilka.  Nu j dawniej siie  zdają  się  być  z  czasów  kiedy 
był  kapelanem  zakonnic  w  Jaroslawin,  ho  i  datę  czasem 
mają  oznaczoną,  i  zaczynają  się  od  słów;  „Najmilsze  Sio- 
8try".  Takich  jest  zwykłych  niedzielnych  cztery,  jedno  do 
zakonnic  pr/y  odnawianiu  ślubów,  jeduo  do  dziewcząt  przy- 
Btijpnjącycli  do  pierwszej  Kommiinii,  i  ośm  z  rozpamiętywa- 
niem Męki  Piińskiej.  Z  czasów  lwowskich  są  te  wielkopostne, 
które  miewa!  w  dalszym  ciągu  i  w  następstwie  księdza  Ba- 
I  kanowskiego;  inne  znowu  przy  rekollekeyacli  dla  kobiet  (i  do 

tych  może  należy  nauka  o   stanowisku   kobiet,   o   obmowie, 
o    obowiązkach    względem   sług).    Jedno   osobne   na   Wielki 
!  Piątek,  jedno  o  Spowiedzi,  i  znowu   osobne   o  przeszkodach 

j  do  Spowirdzi,  jedno  na  Boże  Narodzenie,  jedno   na   Zielone 

i  świątki,  trzy  o  Hwiętych  (Józefie,  Stanisławie  ICostce  i  Frnn- 

\         ciszkn  Salezyni),  i  wreszcie  jedno  (z  roku  1878)  przy  ślubie 
l|  do  now(iżei'iców.  Wsizystkie  mają  swój  osobny  rodzaj.  Są  har- 

.  dzo  krótkie,  nigdy  retoryczne,  praktyczne,  zbliżone  do   tego 

co  Francuzi  nazywają  confireuci-s,  tylko  od  francuzkitb  prost- 
^^^^e,  Potoczne  często  tak,  że  zdaje  się,  jak  żeby  się  słucbało 


b 


i 


Kwyktej  księdza  Kiiltnki  rozmowy;  nieraz  zdarzy  się  zdanie  • 
(nawet  czaaeni  koncept},  który  się  od  niego  słyszało  w  i 
mowie;  a  zawsze  oryginalne,  pdne  mądrych  a  niespodzie-  , 
wanycb  spostrueżeń,  pełne  tej  praktycznej  zLajoniośei  życia 
i  psychologicznej  znajomości  natury  polskiej,  która  wszystkie 
jego  pisma  cechuje.  W  wydaniu  dziel  znajdą  one  miejsce, 
i  dadzą  poznać  księdza  Kalinkę  z  ttj  nowej  nieznanej  strony, 
w  nim  zaś  kaznodzieję  wicikicli  zalet,  hynajinniej  nie  tak. 
nialego  jak  sądził. 

Po  śmierci  Sziijekiego  (1883),  kiedy  Wydział  Filozo- 
ficzny Uniwersytetu  Jagiellońskiego  szukał  najgodniejszego 
następcy,  zwrócił  naturalnie  uwagę  na  Kalinkę.  Ten  odpo- 
wiedział, j^.e  katedra  Iiistoryi  polskiej  byłalaby  dla  niego  szczę- 
ściem, o  jakiem  nawet  marzyć  sobie  nie  pozwalał,  ale  że  przy- 
jąć nie  może.  Gdyby  nawet  nie  był  do  innych  obowiązków 
przywiązany,  to  jeszcze  w  takim  razie  przyjąćby  nie  mógł, 
bo  jedną  tylko  część  hintoryi  polskiej  zgłębił,  a  w  swoim 
wieku  nie  czułby  się  już  na  siłach  rozpoczynać  stadium 
nad  całą. 

W  roku  1884  wyszedł  Żywot  Jenerała  Chłapowskiego, 
klejnot  naszej  literatury  biograficznej,  a  zarazem  szkic  histo- 
ryi  porozbiorowej,  przynajmniej  rzut  oka  na  nią,  politycznie  j 
bystry  i  mądry,   pisany  świetnie,  dla  piszących  wzór,  dla  ] 
wszystkicli  do:jkunała  nauka.  Niektórzy  mówią,  że  fej  nauki  1 
za   dużo   a  przynajnmiej  ?.e  za  wyraiina;  że  ten  polityczay  ' 
dydaktyzm,  który  jest  we  wszystkich  pismach   Kalinki,  to 
(w  części  ostatniej   zwłaszcza)  występuje  zbyt  Jawnie.  Byó 
może    że  tak  Jest;  co  do  nas,  widzieliśmy  tylko   nauki    mą- 
dre i  tak   doskonale   powiedziane,    że   nie    wydało   nam   się 
jakoby  ich  było  za  dużo;  a  Chłapowskiego  młodość    (wojny  J 
Napoleońskie)  i  rok  1831,  a   w    tym   zwłaszcza   ten   dramat 
straszny,  kiedy  Chłapowski   stoi    pod   Wilnem   i    mógłby   je 
wziąć,  a  nie  może  bez  rozkazu,  którego  mu  Giełgud  nie  daje, 
liczymy   do    świetnych    ozdób    naszej    literatury.    Rok    188G 1 
wreszcie  przyniósł  część  drugą  lSejmv,  najświetniejszą  może:l 
z  całego  dzieła.  Propozycye  przymierza  anstryaekiego  pomi-  1 


nięte  niik-zeiiiem;  ]iri'.j'mien'.e  jiruskie  bezskuteczne  i  coraz 
raniej  pewne;  dalej  pokój  Kosyi  7.e  Szwecją  i  blizkosi;  po- 
kój o  z  Tarcyą;  w  Warszawie  pośpioeli  w  iicliwnJeniu  napra- 
wy Rzeczypospolitej;  forma  Rządu  wniesiona  —  mu  być 
uchwaloną  w  nowym  podwcjonym  składzie  Sejmu;  wńrńd 
tego  epizod  o  sprawie  unickiej  w  Sejmie  i  o  stanie  Unii 
i  Rusi  w  kraju,  Z  prorogacyi  Sejmu  korzysta  autor,  ieby 
wtrącić  rozdział  (niezbędnie  potrzebny)  o  literaturze  politycz- 
nej Scjiiiii  (.wpływ  Koussa  i  mistrzowskie  szkice  naszych  pi- 
sarzy, z  których  jeden  tylko  może  Seweryn  Rzewuski  zbyt 
dobrze  osądzony).  Wreszcie  obrady  uad  formą  rządu;  projekt 
następstwa  tronu  w  domu  Saskim ;  prawo  o  miastaib,  jedno 
z  nHJmędrszyeli  tego  Sejmu  i  najpiękniej  opisanych,  i  opo- 
wiadanie dochodzi  do  18  kwietnia  rokn  179!,  do  3  maja 
już  tylko  dwa  tygodnie. 

Ksiądz  Kalinka  Jiyczy!  sobie  bardzo,  ^cby  pan  Paweł 
Popiel,  znawea  wielki  tych  czasów,  a  tradyeyą  i  pamięcią 
najbliżej  dziś  z  niemi  złączony,  napisał  recenzyę.  ■"■talo  się 
zadość  iyczcnin,  a  reeenzya  kończyła  się  słowami:  „kraj  ca!y 
„powinien  prosić  księdza  Kalinkę,  aby  kończył  pracę  najwy- 
„trawniejszą,  jaką  miłość  ojczyzny  w  ostatnich  czasach  nat- 
„clmęla".  Ksiądz  Kalinka  nie  mógł  koiiczyć  pracy,  ani  na- 
wet tej  prońby  i  tego  sądu  czytać.  Kiedy  reeenzya  wyszła, 
byt  ju*  na  śmiertelnem  łożu. 

Zdrowie  jego  oddawna  nie  było  dobre.  Ciąjila  praca, 
snu  za  mało,  klasztorne  pożywienie  tak  ubop;ie,  że  zdrowem 
być  nie  mogło,  podkopały  razem  organizm.  Żołądek  zwłasz- 
cza był  przez  cafe  lata  w  najgorszym  stanie ;  przez  całe  tata 
także  powtarzały  się  łiolesno  na|iady  scyaryki.  Od  pewnego 
czasu  widocznera  było,  że  ksiądz  Kalinka  wygląda  źle,  że 
się  nad  swój  wiek  starzeje,  i  szybko.  O  tem  wszakże,  żeby 
koniec  miat  być  blizki,  nikt  nie  myślał;  zdawało  się  koniecz- 
nem i  pewnera,  że  człowieka  tak  potrzebnego  ludziom  i  swo- 
jej własnej  cliwale,  Pan  Bóg  zostawi  na  ziemi  do  zupełnej, 
jeiełi  nie  do  późnej  starości.  Na  wiosnę  roku  1886,  rozcho- 
Mwal  się  ciężko;  lekarze  przecież   o   powrocie   do   zdrowia, 


a  nawet  do  sil  nie  wąt|iili,  Zalecili  kurację  wodna  w  Kal- 
tenleiittjeben,  a  po  niej  morskie  itąpiele.  Pierwsza  sliiKyla  do- 
skonale. W  listaeli  do  braei  zakonnych  donosi,  że  ma  eię 
bardzo  dobrze,  tylko  się  wstydzi  że  „próżnuje,  żyje  zwię- 
„rzęeem  życiem,  i  tak  tyje,  że  jak  wróci,  nie  przeciśnie  się 
„przez  furtę,  ale  trzeba  będzie  robić  dla  niego  wyłom  w  mn- 
„rze,  z  czego  wynikną  miwe  koszta  dla  biednego  donm". 
Ostatni  raz  spotkał  się  tn  z  towarzyszem  prac  emigracyjnych, 
Klaczką:  a  o  nowych  także  znajomościach  wspomina,  w  spo- 
sób zabawnie  cechujący  jego  wysokie  o  bistoiyi,  a  niskie 
o  sobie  pojęcie:  „Jest  tu  profesor  i  bibliotekarz  uniwersyteta 
„z  Pesztn,  Szilagyi.  Dowiedziawszy  się,  że  jest  także  ziiako- 
„mity  historyk  polski,  zgłosił  się  do  mnie,  aby  mi  }iowie- 
„dzieć,  że  w  tym  roku  mają  otworzyó  |»apiery  familijne 
„Esterhazego,  odnoszące  się  do  rozbioru  Polski,  które  w  sto 
„lat  po  jego  śmierci  miały  być  rozpieczętowane.  Jam  się  nie 
„Spieszył  korzystać  z  tej  wiadomości,  ho  nie  o  to  mi  idzie, 
„by  nowe  materyały  gromadzić,  tylko  o  to,  l)y  ze  zgroma- 
„dzonyeh  jnż  należycie  skorzystać".  Ale  pan  Szilagyi  na- 
lega, podejmuje  ttię  wyjednać  zaproszenie  od  ks.  Esterhaze- 
go,  i  ohiecnje  pozwolenie  jiaplerów  do  Lwowa,  i  świetne 
przyjęcie  w  Peszcie.  „O  ile  z  jednej  strony  ujęła  ranie  jego 
„dobroć,  o  tyle  reoepcya  niezaslttżona  w  Peszcie  mnie  od- 
„stręcza.  Wstydziłbym  się,  gdyby  przed  Węgrami  reprezen- 
„towal  naukę  polską  takt  ignorant,  jak  ja".  Jednak  namyśla 
aic,  i  prosi  o  zrlanie,  bo  może  to  szkoda  nie  zajrzeć  do  tych 
nieznanych  papierów;  a  polem  tak  kończy:  „Mnie  praw- 
„dziwie  i  śmieszy  i  wstydzi  także,  że  mnie  mają  za  historyka 
„i  za  uczonego,  kiedy  na  prawdę  jestem  tylko  lichym  expe- 
„dytorem  różnych  interesów,  jakie  Pan  Bóg  na  mnie  przy- 
„syła.  Całkiem  inaczej  trzehahy  żyć  i  pracować,  aby  być  god^ 
„dnym   nazwiska   historyka".  (List  z  19  czerwca  1886  r). 

Czy  morze,  czy  jak  sam  przypuszczał,  niezdrowe  poży- 
wienie w  Schereniugen  zepsuły  dobry  skutek  kuracyi  wodnej, 
dość,  że  wracając  ztamtąd  (w  sierpniu),  nie  czni  się  już  tak 
zdrowym  jak  w  Kaltenleutgeben.  Nierównie  jednak  zdrowszym 


zez  cały  rok  ostatni.  Wszystkie  czyiiiiośpi  prowacliiil 
z  podwojrmfi  energią.  Tr/.eci  tom  8fijmu  posinval  aic  ciijgle 
napi-KÓd,  a  zapewnienie  Intenialowi  stałej  subwencyi  od  Sejmu 
i  od  Cesarza,  hylu  jego  główną  trosltą.  Jeździł  w  tym  (lelu 
i  do  Wiednia,  i  utrzyma!  pomoc  liojrią,  ale  jednorjizową,  Ue?. 
zobowiijzHnia  na  ]irzys7.1iiść,  eo  go  dość  mocno  zafrasnnalo; 
byt  Zakładu  wydawał  mn  się  zawsze  niepewnym  i  zagrożo- 
nym, dopóki  nie  będzie  na  Białych  bursach  oparty.  W  końcn 
października  przyjechał  do  Krakowa  na  walne  posiedzenie 
Akademii  Umiejętnuści  —  (posiedzeń  tych  nigdy  prawie  nie 
opnszczal) ;  w  dysknsyi  bral  iywy  ndział  (przemawiał  w  in- 
teresie wydawnictw  historycznych),  krakowską  opieką  Inter- 
natu zajmował  się  wiele;  wieczorami  czytywał  w  inalem 
kółku  swieio  napisane  rozdziały  Sejmu  (wizerunek  ks.  Pia- 
tolego,  Ignacego  Potockiego  itd.);  skarżył  się  jednak  parę 
razy,  że  ze  zbytecznego  natężenia  myśli  miewa  czasem  chwi- 
lowy ból  w  głowie,  ,.jakżeł)y  się  tam  jakie  nitki  rwały." 
Ostatniego  wieczora,  2go  listopada,  czytał  ostatnie  karty 
swego  dzieła,  ocenienie  Ustawy  3go  Maja,  i  opowiadał,  że 
doda  porównanie  jej  z  knnstytucyą  francuską  roku  1 7S9,  po- 
równanie dowodzące  wyższości  konstytncyi  polskiej.  Naza- 
jutrz żegnał  nazawsze  (nie  domyśłając  się  tego)  miasto  ro- 
dzinne, miasto  swoicli  wspomnień  i  swojej  szczególnej  mi- 
łości, żegnał  je  na  samem  wjjezdnem  słowami;  „dobrze  mi 
tu  było,  chciałbym  tu  często  wracać," 

Porównania  z  konstytueyą  francuską  już  nie  napisał. 
Ledwo  wrócił  do  Lwowa,  przyszło  zwykle,  ale  tym  razem 
długie  cierpienie  acyatyczne,  zmuszające  go  do  leżenia  w  łóżku. 
Ledwo  się  podniósł,  przyszła  madomość  o  śmierci  księdza 
Semenenki,  jedne^M  z  dwóch  założycieli  i  jenerała  Zgroma- 
dzenia. Kto  wi^,  czy  wrażenie  tej  straty,  niepokój  o  przy- 
szłość, nie  wpłynęły  tak  na  organizm  jnż  bardzo  skołatany, 
że  wywołało  albo  przynajmniej  przyśpieszyło  wybuch  cho- 
roby- Jakieś  pomyłki  we  Mszy  pierwsze  zwróciły  nwagę,  nie 
jego  samego  ale  otaczających,  a  niebawem  objawiło  się  za- 

"s  blim  mózgowych.  Przytomność  o  tyle  była,  że  chory 


ludzi  po/.imwiil    i    iia   zapytania   odpowiadał   trafnie;    o   tyle  1 
uie  była,  i.ti  to  co  mówił  sam  2  siebie,  było  padobne  do  sen- 
nycli   rnjeii.   Jak   we  śnie,    tak  jemu  w  chorobie   przypomi- 
nały  się   tysiączne   wrażenia  z  przeszłości,  i  o])owiadat  ota- 
czającym naprzyliład,  ie  był  u  niego  ten  łub  ów  dawno  zmarły 
przyjaciel,  i  podobnie.  Nadmiar  pracy    teraz    dopiero,    kiedy 
już  nad  sobą  nie  mógł  panować,   odzywał  się  skargą:    „ob, 
„te  listy!  gdybyście  wiedzieli  jak  mnie  le  listy  męczą,  a  mam 
„icli  lyle!"  Przywiązanie  do  swego  dzieła  trzymało  się  dUigo; 
pytał  raz  lekarza,  czy  może  się  spodziewać  życia,  „bo  chciał- 
bym koniecznie  skończyć  iStanisława  Augusta."  Ale  i  tę  ofiarę 
zrobił:  odniósł  zwycięstwo  nad  teni  ostatnieni  swojem  ziem- 
skiem  uczuciem.    Raz   w   ciągu    elioroby,   i  to   po    przyjcein  1 
Sakramentów,  zdarzyło  się  parę  god/in    przytomności  znpel-. 
uej,  i  wtedy  tiyl  już  i   spokój    zupełny  w  pożegnaniu  się  ze  ] 
światem,  braćmi,    przyjaciółmi;   oderwanie   się   od   świata  i  J 
zupełnie  poddanie  się  woli  Bożej.  Wtedy  i  swego  dzieła  sicl 
wyrzekł,  a  z  długiej  rzewnej,   pełnej  poleceń  ostatniej  prze- 1 
mowy  do  bra.ci,  ostatniem  niemal  słowem  było  „módlcie  sięJ 
„nie  o  to,  żebym  ja  żył,  ale  żeby  się  wola  Buska  wypełniła." 
I  jedno  jeszcze  zalecił  „módlcie  się  o  nawrócenie  Rosyi."  To.-J 
była  zawsze  jego  myśl :  ta  Ilosya  taka    duża  i  silna  że  i 
ii^i^  .iej,  ?.roI)ić  iżby  jej  nie   było,  nie  można;  ona  zaś  złą^ 
zostać  musi  i, duszy  nic  zmieni,  dopóki  przez  zmianę   wiary  1 
nie  nezuje  w  sobie  sumienia.   l'o  nawróceniu  Hosyi  dopiero ' 
można  wyglądać  spokoju  dla  Polski,  spokoju  dla  Europyr 
„módlcie  się  o  nawrócenie,  Roayi." 

Ostatni   raz   odezwał   się   wtedy  ten  umysł,    ta    dusza, 
swoim  pełnym  głosem.  Stan   przytępionej    połowicznej    przy-  ; 
tomności  i  senności   wrócił   po  paru   godzinach,  i  trwał  już  j 
do  końca.  Śmierć  nastąpiła  lOgo   grudnia  przed   południem,  J 
około  lOtej  godziny. 


Byl  Kalinka  zrazu  gorącym  nilodzieiiceni,  w  iiatryoiyz- 
mie  nawet  iianiiętiiyiii  (jak  świadczą  jego  oburzenia  i  skargi) 
i  by]  iiiituraliiie,  jak  wazyacy  podobni  wówczas,  spiskowcem; 
był  dziennikarzem,  a  na  emigracyi  został  znakomitym  pn- 
blicystą;  z  tego  wyszedł  wyżej  i  nadspodziewanie  wysoko, 
na  pisarza  doskonałego  i  wielkiego  łiistoryka;  był  wreszcie 
kapłanem  w  wierze  i  służtńe  Bożej  gorliwym  jak  mało:  a 
przypatrując  mn  się  jakim  Ijyl  w  każdym  z  tycb  zawodów, 
jest  się  skłonnym  uwierzyć,  i.e  ten  właśnie  byf  jego  praw- 
dziwem  powołaniem.  Najrzadszy  to  na  świecie  rodzaj  zdol- 
ności, ten  CU  róinytn  zadaniom  równie  dobrze  uniić  podołać. 
Ale  w  tym  razie  myliłby  się,  kto  w  pomienionycli  zawodach 
chciałby  widzieć  właściwą  Kalinki  silę  i  przeznaczenie. 
Świetny  publicysta,  znakomity  bistorvk  doskonały  ksiądz, 
nie  był  przecież  stworzony  ani  na  i  isarzi  ani  na  historyka, 
ani  na  księdza,  tylko  na  ministra  Stic  u  steru  spraw  poli- 
Ijeznycli  swego  kraju  (wewnętrznj  cli  c/>  /agianicznycb  — 
jedno  jak  drugie  byłby  równie  dobize  potiafil)  —  znać  to  po- 
łożenie nawylot,  rozumieć  je  w  jego  ogolujtb,  przyrodzo- 
nych, niezmiennych  warunkach,  i  we  wszystkich  zmiennych 
bieżących  stosunkach;  nagiąć  się  do  konieczności ,  jaką  te 
stosunki  nakładają,  lub  upatrzyć  dobrą  sposohnose,  jaką 
w  sobie  kryją;  w  zamęcie  i  sprzecxnoSci  interesów  i  stosun- 
ków różnych  widzieć  zawsze  interes  polski  jak  stalą  gwiazdę 
polarną  i  za  nim  iść  niemylnie,  a  żadnego  szczegółu  nigdy 
z  oka  nic  spuścić;  o  niczem  nigdy  nie  zapomnieć  ani  zanie- 
dbać; nieprzyjaciela  lub  przeciwnika  znać  nawylot  i  zawsze 
wiedzieć  co  on  myśli  i  czego  ohee;  przyjaciela  znać  także  i 
wiedzieć  jak  i  kiedy  dodać  mu  bodźca;  w  ludziach  czytać  jak 
w  otwartej  książce,  i  zmiarkować  zaraz,  który  jak  i  do  czego 
ze  swoim  rodzajem  umysłu  i  charakteru  da  się  pożytecznie 
obrócić;  użyć  go  tam  gdzie  może  służyć  najlepiej,  a  używszy, 
czuwać  nad  nim  i  pilnować  żeby  się  nigdy  nie  zaniedbał; 
[uznawszy  rzecz  za  doljrą  postanowić,   postanowiwszy  wyko- 


192 


nać;  obejmować  jednym  rzutem  oka  i  mieć  zawsze  przy- 
tomny cały  zakres  religijnego,  politycznego,  umysłowego,  i 
ekonomicznego  stanu  i  życia  narodu;  wiedzieć  zawsze  gdzie 
w  każdym  z  nich  jest  ten  punkt  slaby,  który  potrzebuje  od- 
miany i  naprawy;  pcbać  wszystko  ustawicznie,  bez  wytchnie- 
nia i  przerwy,  żeby  koniecznie  szło  naprzód,  a  od  nikogo  i 
niczego  nie  żądać  więcej,  niż  w  danych  warunkach  otrzymać 
można  —  to  była  istota  sama  i  cecha  główna  natury  i  zdol- 
ności Kalinki,  który  l)ył  przez  to  jednym  z  nader  w  Polsce 
rzadkich  przykładów  zupełnie  politycznego  charakteru  i  tem- 
peramentu. Takim  był  w  swoich  artykułach  dziennikarskich, 
takim  w  praktycznem  działaniu  na  emigracyi,  takim  w  swo- 
ich dziełach  historycznych,  i  takim  nawet  na  polu  religijnem 
i  kościelnem.  To  jest  ksiądz-organizator,  który  jedno  zakłada, 
drugie  odnawia,  przypomina  trzecie,  a  wszystko  posuwa  i 
dźwiga.  W  wielkiem  dziele  religijnego  odrodzenia  Polski 
zajmuje  się  sprawami  swego  Zakonu,  sprawami  prześlado- 
wanych, sprawami  Unii  na  polskiej  czy  tureckiej  ziemi;  ale 
ma  zaw^sze  obok  tego  dość  czasu  i  baczności,  żeby  tu  zało- 
żyć Towarzystwo  św.  Wincentego  i  organizować  miłosier- 
dzie, tu  przypomnieć,  że  zaniedbane  jest  przykazanie  „dzień 
święty  święcić,"  gdzieindziej  zachęcać  do  opatrywania  ubogich 
kościołów....  przykładów  takich  możnaby  mnożyć  bez  końca^ 
a  w^szystkie  stwierdziłyby  tylko,  że  ten  człowiek  wszędzie  i 
na  każdem  polu  umiał  dostrzedz  co  było  potrzebne  i  do 
zrobienia,  i  albo  sam  to  robić,  albo  drugich  do  roboty  po- 
pchnąć i  dopilnować  żeby  wykonali.  Taki  człowiek  w  mi- 
nisteryum  byłby  nieocenionym  skarbem,  duszą  i  sprężyną 
działań;  w  kraju  bez  rządu  i  gabinetu,  gdzie  nie  miał  naj- 
łatwiejszych środków  działania,  nie  mógł  polecić,  rozporzą- 
dzić, nakazać;  ale  co  robił,  to  musiał  robić  namową,  perswa- 
zyą,  działać  na  przekonanie  i  wolę  każdego  z  osobna;  —  czło- 
wiek taki  byłby  zupełnie  nie  do  pojęcia,  gdyby  się  nie  wie- 
działo, że  miał  sprzymierzeńca  i  pomoc  w  dobrej  woli  wielu, 
w  tym  patryotyzmie  oświeconego  społeczeństwa,  które  czuje 
że  potrzebuje  się  podnieść  i  podnieść  się  chce.  Kalinka,  jak 


iest  DKimką  tej  dąiiiośei  i  skutkiem  tej  siły  odrotlzetiia,  która 
Cfclią   i    niieyą   ()!)eoueg<t   okresu   naszych    dziejów,   tak 

lest  tego  odrodzenia  daltjzą  iirnyuByną  i  w  uiem  jeduĄ  z  wiel- 
kieli  sil  poruszająojcli ;  i  dlate^"  '"Cdzie  on  jednji  z  naczel- 
nych ligiir  naszej  liistoryi  ofitntnich  lat  czterdziestu,  jeżeli 
kto  kiedy  tę  historyę  napisze.  Że  tajciimicfi  tej.jego  wartości 
i  aify  byta  luilośii  ojczyzny,  może  nic  gorętsza  i  wznioślejsza 
jak  a  iiinycli,  ale  jediia  z  najczynniejsuycli,  najtrwalszycli, 
uajwszcelistroiiuiejszyeh,  jakie  byiy  kiedy  w  duszy  obywa- 
tela i  Polaka;  milo-^ć  ojczyzny,  która  na  ziemi  miała  swój 
przedmiot,  ale  „szukała  swego  zródla  daleko  od  ziemi;"  zby- 
tecznie przypominać:  —jak  próżno  byłoby  dochodzić,  ile  w  tem 
życiu  było  cierpień,  zawodów,  goryczy,  walk  z  sobą  samym 
i  z  drogimi.  Zasługi  i  dzieła  Kalinki  wykazać  i  spisać  mo- 
żna; udręczeń  jakie  przebył,  zliczyć  trudniej.  Jedne  są  wi- 
doczne, drugie  zamknięte  w  jego  duszy,  zostały  tajemnicą 
między  nim  a  Bogiem :  a  kto  się  nad  jego  życiem  zastana- 
wia, l«n  tylko  domyśla  się  że  były,  „lecz  icb  nie  zliczy,  nie 
zmierzy." 

Jakie  one  były?  zgadywać  nioina  że  róiuego  rodzaju 
i  różnego  początku,  wlasue  i  ogólne,  od  ludzi  i  od  siebie 
samego,  od  nieprzyjaciół,  a  niekiedy  o<l  przyjaciół;  że  nie 
brakło  ani  fałszywych  sądów  i  potwarzy,.  ani  starań,  których 
skutek  w  ostatniej  chwili  zawodził;  ani  bolesnego  pasowania 
się  z  samym  sobii  w  niepewności  co  wybrać,  co  postanowić, 
co  lepsze  i  z  woli}  Bożą  zgodniejsze;  ani  wyrzeczenia  się 
własnej  woli,  ani  tej  żmudnej  pracy  wiązania  sto  razy  przę- 
dzy sto  razy  zerwanej  i  rozwikłania  splątanej;  wszystko  to 
z  pewnością  w  tcm  życiu  było  i  nie  jeden  raz,  ale  ciągle, 
chronicznie,  nie  po  kolei,  ale  razem  obok  siebie:  może  nie 
zawsze  wszystko  razem,  ale  pewno  nigdy  jedno  tyłko  udrę- 
czenie naraz.  A  nad  tem  wszystkiem  dopiero  zgadywać  mo- 
żna napewne,  to  udręczenie  najgorsze  i  nieustające,  które 
jest  tłem  i  treścią  każdego  u  nas  poważnego  charakteru  i 
życia,  samem  powietrzem  którem  oddychamy;  to  niepewność, 
cay  się  to  wszystko  na  co  zda;    czarna   troska  o  przyszłość 


i  pytanie,  czy  ona  Jest  albo  czy  jej  niema?  Przed  ro 
1863  hylo  jeszcze  inaczej;  ale  po  nim,  a  zwłaszcza  w 
latach  dalszych,  kiedy  nie  jiii  w  Polsce,  w  Europie 
zwaliło  się  tyle,  a  na  zwaliskach  zostały  jako  arbitry  h 
świata  te  dwa  mocarstwa,  co  rozbiorem  l^Iski  wzrósł 
nienawidzą  jej  tak,  4e  wolałyby  zginąć  niż  jej  odtycie 
paście,  i  na  wyścigi  śpieszyć  zaczęły  z  jej  zagładą,  w 
odpowiedź  na  to  pytanie  stała  się  tradniejszą.  Prawa  r 
dów  niema,  sumienie  pnbłiczne  jeżeli  gdzie  jest,  to  za] 
milczy  oczy  zamyka  i  głosu  poduieśti  nie  śmić;  honor 
tarty  do  szczętu,  udaje,  że  każde  kłamstwo  bierze  za  pra 
każde  szalbierstwo  za  uczciwość,  i  każdy  gwałt  za  pri 
to  stau  świata!  A  wewnątrz  wszystkie  groźby  i  wszyt 
pokusy  nieszczęścia:  zwątpienie,  rozkład,  odwyknienie 
nycb  od  drugich,  przywykanie  do  nowych  jakichś  idei 
społeczne  antagonizmy  i  nienawiści,  religijne  przeńladow 
i  dobrowolne  w  Imię  niby  postępn  tidstępstwa;  wschc 
województwa  budzące  się  i  odgrażające  w  poczuciu  odrę 
narodowości;  najcięższa  kryzys  wewnętrznego  przeobrazi 
przebywaaa  w  tym  stanie  niesamodzielnośd  i  zgnębieni 
samo  wystarczyłoby  boz  ekonomicznej  ruiny,  bez  wyi 
z  zachodniej  a  wywłaszczeń  z  wschodniej  strony,  by  lu 
chwilę  życia  zatruć  pytaniem,  „jak  się  to  skończy?  jał 
to  przetrzymać  zdoła?"  Rychło  po  śmierci  księdza  Ka 
mówił  ktoś  z  gniewem:  „u  Niemców  to  Rankę  do  dzie\ 
„dziesięciu  lat  żyje  i  pisze,  a  u  nas  Szujski  umiera 
„pięćdziesięciu  aie  doszedł,  Kalinka  kiedy  zaledwie  skof 
„sześćdziesiąt."  Prawda,  jest  połę  do  zazdrości  i  do  wściek 
na  widok,  że  tam  nawet  w  tych  rzeczach  tyle  powodzer 
n  nas  tyle  nieszczęścia.  Ale  fakt  sam  jest  tak  nataralnj 
dziwić  nas  nie  może.  Rankę  żyje  i  pisze  do  stu  lat  bl 
ho  nie  drży  o  nic  z  tego  co  kocha;  bo  dzieje  się  dobrze  je 
jego  ojczyźnie;  bo  w  teraźniejszości  bezpieczny,  o  przys; 
jest  aż  może  do  zuchwałości  spokojny:  ho  nie  potrzebuje  i 
czem  myśleć,  o  nie  się  troszczyć,  prócz  swoich  badań. 


■w  historyi  spokojnie  i  wyłącznie,  bo  wie,  że  jest  Moltke  na 
czele  wojska  a  Bisiiiaik  na  cxele  rząiiu,  jak  przed  laty  byl 
York  czy  Bliiclier,  Brunswik  czy  Fryderyk;  jak  |)o  latach, 
ufa,  pFKyjilą  jacyś  iiitii.  On  nie  powołany  do  tego  żeby  Prusy 
dźwiga],  nzdrawial,  poprawiał,  ratowaf.  Historyk  narodu,  któ 
rego  przpszle  dzieje  skończyły  się  rozbiorem,  ma  serce  roz 
darte  samym  już  przedmiotem  swoich  badań,  a  im  wit;kgze, 
tern  bardziej  rozdarte;  im  głębsze,  tem  bardziej  skrwawione. 
Historyk  narodu ,  który  ma  obowiązek  dżwi^^ania  się ,  czuje, 
ie  w  tym  obowiązku  zbiorowym  jego  rola  i  jego  odpowie- 
dzialność jest  wielka.  On  każde  zle  utajone  głęboko  choćby 
na  samem  dnie  narodowego  charakteru  i  sumienia,  ma  wy- 
dobyć, pokazać,  osądzić,  i  z  jego  skutków  nauczyć  nas,  że 
je  z  siebie  wyrzncić  musimy,  jeżeli  to  prawda  co  mówimy, 
że  ojczyznę  kochamy,  i  że  jej  chcemy.  On  musi  być  nie  spek- 
tatorcm  tylko  i  malai'zem  przeszłości,  ale  jej  spowiednikiem 
i  sędzią;  on  nie  historyi  ma  uczyć,  ale  przy  niej  katechizmu 
i  polityki,  a  kunszt  LiTiusza  łąezyć  z  Macchiayella  roztrop- 
nością i  ze  Skargi  apostolskim  duchem.  Trzema  płomieniami 
iwiecić  musi  jego  lampa;  uiedziw,  że  dfngo  płonąć  nie  może. 
Dlategoto  Rankę  żyje  tak  długo,  dlatego  zawcześnie  umiera 
Szujski  i  Kalinka.  Ale  dlatego  także  mają  ci  historycy  z  na- 
szych czyścowych  czasów  zmysł  i  dar,  jakiego  nie  widać  u 
większych  może  zkądinąd  historyków  szczęśliwszych  naro- 
dów. Takiego  charakteru,  takiego  praktycznego  nauczauia 
polityki  na  politycznj'ch  błędach  przeszłości,  takiego  ra- 
ebunku  narodowego  sumienia  i  dyagnozy  narodowych  słabo- 
ści, jakie  nam  w  dziełach  swoich  zostawił  Kalinka  i  Szujski, 
nie  mają  Fraucuzi  w  dziełach  Guizota  a  cóż  dopiero  Thiersa, 
ani  Niemcy  w  dziełach  Rankego,  ani  nawet  Anglicy  w  dzie- 
łach Macaulaya.  To  jest  odrębna  cecha  i  to  wielkość  zasługi 
Kalinki  jak  Szujskiego,  że  będąc  najściślejszymi  jak  być 
można  historykami,  umieli  być  razem  nauczycielami  w  rze- 
czach polityki,  reformatorami  w  rzeczach  publicznego  ducha, 
i  obyczaju.  I  takiej  też   historyi   potrzelmje 


lltjry  się  ma  dźwigać;  takiej  1 


KJe  się  uczył,  jeżeli  dźwigać 


196 


się  ma  rzetelną   wolę.   Nie   zbawia   się   narodów   książkanii, 
choćby    najmędrszemi :  ale     zdarza   się    przecie    czasem,   że 
z   książki   myśl    dobra   przesiąka   w   umysły,    przenika  je   i 
I  przejmuje   tak   jak   drożdże   musi   skleić  i   zaprawić   sypką 

j  mąkę,  jeżeli  ma  z  niej  być  chleb.  Takie  drożdże  my  maniy: 

j  jeżeli    mąka    niemi    nie    przesiąknie,    a    na    nich    chleb   nie 

1  urośnie,  to  już    nie    będzie    winą  tych,   co    drożdże    zrobili 

i  dali. 
I  Co  dobre,  to  nigdy  łatwo  i  prędko  nie  idzie:  ale  że  te 

I  drożdże  zaczyniły  już  trochę  naszą  mąkę,  oznaką  może  być 

!  sam  X.   Kalinka  i  jego   dzieła.   Żaden   pisarz,   choćby   naj- 

większy, nie  może  swemu  narodowi  dać  tego,  czego  z  niego 
nie   wziął.   On  to  wyraża,   podnosi  na  wyższy   szczebel  i  do 
\  wyższej  potęgi,  ale  tego  nie  stwarza.  A  jak  w  pierwszej  po- 

łowie tego  wieku,  nie  byłoby  naszych  poetów,  gdyby  nie  było 
w  duszy  narodu  wszystkich  porozbiorowych  cierpień  i  nadziei, 
I  tak  w  drugiej  smutniejszej   tego  wieku   polowie^   nie   byłoby 

tych  historyków,  gdyby  w  narodzie,   w  jego  części  myślącej 
rozumnie  a  czującej    na  prawdę,  nie  było  tej  potrzeby,  tego 
'  pragnienia,  tego  dążenia,   żeby  swój  rachunek  sumienia  zro- 

bić ściśle  i  surowo,  swój  stan  poznać  trzeźwo  i  nabyć  mą- 
drości, przez  nią  mocy  życia  i  sztuki  długiego  życia.  Począ- 
tek mądrości  określa  Pismo  Św.,  jest  nim  bojażń  Boża;  jej 
warunek  i  skutek  pierwsz}'^,  opisuje  wielki  Grek,  jako  znajo- 
mość siebie  samego;  a  inny  znowu  Grek  dodaje,  że  jej  skut- 
kiem ostatnim  ma  być  praktyczna  rzeczywista  pomoc  w  ży- 
ciu, kiedy  mówi:  „biada  wiedzy,  która  nie  pomaga  wiedzą- 
cemu". Wszystkie  te  trzy  pierwiastki  i  znamiona  mądrości 
są  w  dziełach  Kalinki.  A  jak  rozmarzone  nerwowe  natury 
w  początkach  naszego  wieku,  nie  rozumiały  tego,  że  pomię- 
dzy uczuciem  i  rozumem  jest  wrodzona  i  przeznaczona  im 
zgoda,  ale  pojmowały  je  jakoby  dwie  potęgi  wiecznie  sobie 
sprzeczne  i  do  walki  z  sobą  przeznaczone,  jak  dziś  (i  zawsze) 
jest  wielu,  którzy  niechcą  przekonać  się,  że  niema  nie- 
zgody między  rozumem  a  wiarą,  taksamo  wielu  teraz  uwie- 
rzyć nie  może,  że  polityczna   mądrość   i  psychologiczna  jalt 


historyczna  zuajomośc  swego  narodn,  Die  sprzeciwia  się  nii- 
loSci  ojczyzny,  Niezi-oznmienie  tej  prawdy  sprawia  i  tiriiiinczy 
ten  gniew,  jaki  dzieła  Kalinki  wywolnją  gdzieniegdzie;  ale 
i  ono  uatapi,  a  raczej  dziwić  się  tylko  można,  że  jnż  nstą- 
pilo  tak  znacznie.  Przed  laty  trzydziestu,  książka  taka  nie 
byłaby  mogła  powstai!;  dziś  choć  bolesna  bardzo,  rozchodzi 
się  ona  prędzej,  c/.yta  powszecliniej,  niż  niejedna  glaczcząca 
i  przyjemna,  a  jej  autor  za  gniew  niektórych  ma  zadość- 
BCzynienie  w  podziwienitt  i  nnzanowanin  ogromnej  większości 
czytelników.  Ksiąika  podnosi  jego  powagę  nie  pośród  uczo- 
nych tylko,  ale  w  narodzie,  i  utwierdza  na  stanowisku  i  w  sła- 
wie wielkiego  obywatela,  jednego  z  pierwszych  n  nas  Indzi 
■W8pólczeen3"ch.  Znak  to  dobry:  a  historyczne  dzieła  Kalinki 
imigą  slużyu  za  miarę  nietylko  że  u  nas  kunszt  dziejopisarski 
wyszedł  wysoko  w  górę,  ale  także,  że  pogłębiło  się  nasze 
myślenie,  a  nasze  pojęcie  sieliie  samych  posmatniało  zapewne, 
ale  spoważniało  i  zahartowało  się.  Pragnienie  i  zdolność  po- 
Knania  siebie  i  sądzenia  siebie,  przygotowuje  i  wyrabia  zdol- 
ność świadomego  postanowienia  i  statecznej  woli. 

Trzebaby  więcej  niż  go  mamy  czasn  na  to,  by  różno- 
rodną zasługę  X.  Kalinki  zglębiti  i  ocenić:  więcej  znajomości 
jego  duszy,  niż  jej  dać  może  ćwierć  nawet  wieku  ciągłego 
patrzenia  i  podziwiania,  żeby  w  jednym  zarysie  określić  jego 
«hrześciańską  i  patryotyczuą  cnotę.  Zostawiając  więc  przy- 
uziodci  obowiązek  oddania  nin  sprawiedliwości  na  jaką  za-, 
slożyl,  poprzestaniemy  dziś  na  tej  uwadze,  że  w  jego  żywo- 
cie d;ije  się  dobrze  śledzić  droga  —  vlt  dolarom  — -  jaką 
naród  przeszedł  przez  oslatnich  lat  czterdzieści.  Zrazu  to  złu- 
dzenie serc  proslych,  a  niedoświadczonych  umysłów,  złudze- 
nie, że  sprawa  dobija  —  przez  to  tylko  że  dobra  —  musi 
zwyciężyć  łatwo.  Ludzie  oczyHiście  ją  kochają,  bo  mają  su- 
mienie i  honor  —  Bóg  oczywiście  musi  jej  błogosławić,  bo 
sam  przykazał  „nie  zabijaj,  nie  kradnij,  nie  pożądaj  rzeczy 
bliźniego  twego"  —  a  więc  nie  może  być  inaczej,  tylko  kiedy 
się  sprawa  Polski  odezwie,  calj'  świat  uczciwy  przy  niej  się 
l^wiadczy  i  ona  wygra.  Na  tem  stanowisku,   w   tern  zlitdze- 


Bin,  b)'liśmy  [irzed  rokiem  ]  830,  byliśmy  po  nim,  kiedy 
z  emigracyi  gotowaliśmy  i  szerzyli  rAino  spiski  i  plany  pow- 
stania, na  tern  Btanowiskti,  w  tern  zltidneniu  byl  i  Kalinka,  i 
kiedy  w  r.  1846  myślał,  że  na  glos  krakowskich  mBniteatówJ 
odpowić  cala  Europa,  a  przynajmniej  Słowiańszczyzna;  i&M 
wojsko  rosyjskie  pierzchnie  na  wieść,  te  gdzieś  pokazały  81^1 
ułańskie  chorągiewki.  ■ 

Rok  1946  otwiera  oczy  naj  boleśniej  szeni  zaprzeczeniem  J 
i  rozczariiwauiem.  Nie!  nie  wygra  się,  bo  się  niema  licibyJ 
i  siły,  niema  się  podstawy;  nie  można  być  państwem  kiedyJ 
się  nie  jest  zupeluera  orgauieznem  społeczeństwem!  Bok  184S.'i 
jnzyDOBt  nankę  drugą :  rewolucja  a  powstanie  to  nic  to  samo, ) 
nie  jednoznaczne  jak  mniemaliśmy  naiwnie  dotąd!  rewolueya-J 
to  nie  sprawiedliwość  i  widność,  ale  anarchia,  rozkładał 
rozpuszczenie  wszelkiego  żywego  organicznego  składu  i  ( 
jestestwa  w  chaosie  bezkształtnym  i  bezładnym ,  w  któ- 
rym atomy  krążą  same  nie  wiedzą  jak  i  poco,  a  organi- 
zmy giną. 

Co  więc   zostaje?   na  czem  można   oprzeć   nogę,   żebyl 
krok  naprzód  i  wyżej  postawić?  Może  tym  archimedesowym '1 
punktem  jest  ten  popęd,   który  w  ludzkości    żyje,   a  do  lep- 1 
ezego  dąży,  to  prawo  postępu  i  szlachetnieniu,  które  urzeczy-J^ 
wistnia  się  pomału  i  w  walkach  straszliwych,  ale  jest  treści% 
dziejów  tego   świata.   Instynktem,   więcej   bezwiednie   niż  za' 
świadomością,   ale  pr/ecie  dąży  do  tego   nasza   cywilizacyi^J 
żeby  wprowadzić  chrześfiaństwo  w  międzynarodowe  BtosunkiJ 
i  prawa.   W  tern  wielkiem   zadaniu  wieku,  w  tym  postępie'! 
prawdziwym,   nasza   nadzieja  i  nasze   zbawienie.   Przed  uita] 
nstąpią  zwycięioue  przemoce  i  gwałty,  a  dzieło  i  era  pokojtL* 
i  równowagi  nmsi  się  opi-zeć  i  osadzić  na  zwrocie    tego   ci>l 
nieprawnie  wzięte;  należne  wszystkim  prawo  do  życia  i  wlas-J^ 
ności,  wtedy  dopiero  będzie   zabezpieczone  i  pewne,  kiedyś 
świat  uzna  otwarcie  i  głośno,  że  grabież  jest  występkiem^ 
a  restytucya  obowiązkiem.  Ale  że  nie  w  historyi  nie  dzieje  sigi 
eadem,  a  wszystko  zawsze  tylko  trudem,  więc  na  ten  chrzeńciJ 
jański,  ludzki,  cywilizacyjny  instynkt,  oglądając  się  i  iicząc,ł 


zaglądali  pilnie  w  gląh  swego  sumienia  i  swego  stanu,  po- 
prawiać co  zie,  mnożyć  wszystkie  zasoby  i  pierwiastki  życia; 
uczyć  się  warunków  i  sposobów  życia  w  Państwie.  Bo  nie 
jest  natnralaeni  i  żywotneni,  ale  sztucznem  i  millem,  to,  oo 
w  skutku  wymyślonych  kombioacyj  rękami  drugich  się  bu- 
duje; trwałość  i  życie  ma  fylko  to,  eo  może  powiedzieć  jes- 
tem, a  gdy  powić,  nikt  oczywistej  prawdzie  zaprzeczyć  nie 
może.  To  droga  emigracyjna,  publicystyczna  epoka  w  życiu 
Kalinki,  w  życiu  całej  jednej  i  niemałej  części  narodu.  I  to 
zawiodło.  Pięć  panien  oszczędzało  oliwy  w  swojej  lampie 
i  dolewało  jej,  żeby  nie  zabrakło;  pięć  drugich  dmuchało  aa 
płomień,  żeby  się  raźniej  palił,  a  podsycać  go  nie  miaht  ezem, 
i  zamiast  rozniecić,  zgasiły  ten  płomień,  tak,  że  ledwo  się  tlić 
może.  Nie  dać  mu  zgasnąć  do  szczętu,  dolewać  do  lampy  cią- 
gle, jak  najwięcej,  a  ostrożnie  żeby  płomień  nie  błysnął  za- 
nadto i  niechętnych  oczu  na  siebie  nie  zwrócił;  strzedz  go 
przed  tymi  co  go  chcą  zalać  i  zdusić;  strzedz  i  przed  temi 
pannami,  m  byle  go  chwilę  rozżarzonym  widziały,  nie  dbają 
czy  go  nie  zgaszą  doreszty;  oto  trzeci  okres  tego  życia 
i  trzecie  najcięższe  zadanie.  Wszystko  czego  niema,  siłę, 
rozum,  bogactwo,  liczbę,  wszystko  trzeba  znaleść  w  sobie 
i  z  siebie  wydobyć;  trzeba  uprawiać,  siać  i  plewić,  —  a  żąć 
bgdzie  ktoś  kiedyś  w  przyszłości.  „Wszystko  co  robimy"  ma- 
wiał często  X.  Kalinka  „to  nie  jest  na  dziś,  ani  na  jntro, 
ale  na  pojutrze  co  najprędzej"  ale  wszystko,  od  dziury  w  mo- 
ście aż  do  polityki,  trzeba  naprawiać  ezemprędzej,  dźwigać 
i  budować,  i  nic  nie  zaniedbać.  Skulek  jakiś  ehućby  mały 
i  chwilowy  zawsze  z  tego  będzie,  a  im  diuiej,  i  więcej  tych 
usiłowań,  tem  on  będzie  większy  i  pewniejszy.  Oto  myśl 
i  czynność  tych  ludzi,  których  z  przekąsem  i  natrząsaniem, 
nazywamy  kotiserwnti/stami:  tych  pięciu  panien,  o  któryoli 
drugie  pięć  mówi  że  gaszą  ducha!  Mówią  to  te,  których 
działania  skutkiem  jest  gaszenie  ostatnich  iskier  polskiego 
życia  i  siły  na  Rusi  i  Litwie,  i  niewidziany  przedtem  tryumf 
nieprzyjaciela.  Myil  dobra,  czynność  zbawienna  i  skuteczna, 
ale  niedostateczna.    „Czy  wy  myślicie,   że  przez  wasze  rady 


b 


jiowi.itowe,  drogi,  szkoły  i  ksisiżki  clioi^hy  najmędrsze,  ubez- 
jiieczycie,  iiralujecie  przyszłość?  Jeden  wiclier  zdmucliiiie  to 
wszystko  i  rozwieje  bez  śladu;  trwalszej  trzelia  obrony!  glęb- 
szych  dla  nie|  fundamentów;  ^  pisał  X.  Kalinka  w  jednym 
liście:  Troszczycie  się  i  trasujecie  o  wiele,  a  jednego  wam-. 
potrzeba,  tego  jednego,  o  czeiii  najmniej  myślicie,  czego  braki 
najmniej  czn|ecie"  Na  wszystko  potężny  nieprzyjaciel  znaj-l 
dzie  środek  i  radę,  jednej  tylko  rzeczy  nie  zwycięży,  duszy 
narodu  silnie  siebie  świadomej  w  swojej  wierze  i  w  swoj^,' 
woli,  i  z  tą  potęgą  połączonej,  która  ma  Boskie  słowo  ie- 
jej  bramy  piekielne  nie  przemogą.  W  tej  pracy  odbudowy- 
wania, którą  prowadzimy  wszyscy,  Kalinka  inuycb  nie  za- 
niedbując, historykiem  i  politykiem  być  nie  przestając,  obr^ 
łzęść  najważniejszą,  zoatal  księdzem,  by  w  duszy  polskiej 
zbudować  Bogu  przybytek,  a  wierze  i  bytowi  narodu  twierdzę, 
jedyną  niezdobytą,  —  żeby  utrzymać  to  co  było  ebwiejące 
i  zagrożone,  zdobyć  na  nowo  to,  co  już  utracone. 

Czy  to  działanie,  jego  osobiste  jak  zbiorowe,  nie  niialo 
skutku?  Nie  możemy  się  na  to  skarżyć,  i  życie  jego  mo2e 
być  miarą  nietylko  gięłiokośei  tej  otchłani  nieszczęść,  w  którąśmy  ■ 
wpadli,  ale  i  miarą  postępu,  jaki  się  w  nas  dokonał,  Tragi- 
komiczne sceny  dyktatur  krakowskich  z  r.  1846,  są  i  będą 
możliwe  zawsze  przy  wszystkich  na  świecie  ludowych  rozru- 
chach; ale  dziś  ani  Helcel,  aui  Henryk  Wodzicki  juiby  w  nich 
roli  nie  przyjął.  Gdyby  jaki  rząd  utajony  chciał  rozrządzać 
losami  narodu  i  od  niego  żądał  posłuszeństwa;  znalazłby  zwo- 
lenników i  fiinatyków  jak  w  r.  1863,  ale  znalazby  i  takieli, 
którzy  z  góry  powiedzieliby  mu  nitt,  bez  obawy  że  tem  wie 
zgrzeszą  przeciw  ojczyźnie,  jej  miłości  i  jej  czci.  Nie  bez- 
trudu,  a  nieraz  nie  bez  wewnętrznej  walki  utrzymuje. się  po-;, 
lityczna  droga  i  postawa  tej  części  Polski,  która  polityczne, 
życie  ma,  ałe  się  utrzymuje  statecznie  przez  lat  jednak  z  górą. 
dwadzieścia.  Z  nauk  niejedna  stanęła  tak  wysoko,  jak  dawno^ 
jak  może  nigdy  w  Polsce  nie  stała,  a  po  raz  pierwszy  zja-i 
wiła  się  sztuka;  ruina  majątków  —  jeżeli  nie  mylą  się  ekoniK 
miści  —  jest  przeniesieniem  mająlku  z  jednycli  rąk  do  drn- 


gich,  i  pi7.emiauą  ieli  z  większych  na  mniejsze,  ale  nie  jest 
ubytkiem  summy  narodowego  bogactwa.  A  nresncie  z  reli- 
gijnych tradycyj  i  ncznć,  zaczynają  się  wyrabiać  i  hartować 
uawet  między  młodymi,  katolickie  przekonania  silniejsze 
i  powszechniejsze,  mi  »ię  je  tu  dawno  widziało,  dość  silne 
dzięki  Bogn,  żeby  już  niejedną  tradną  chwili; ,  niejedną 
próbę  eier]iliwie  i  roztropnie  wytrzymać.  Czy  to  ua  zawsze? 
czy  na  długo?  czy  się  co  dla  nas,  a,  zwłaszcza  w  nas  nie 
zepsuje;  czy  się  zepsuć  nie  damy  lub  nie  zepsujemy  sami? 
Spodziewajmy  się  że  nie,  i  strzeżmy  się  żeby  nie;  ale  dzi^ 
tak  jest,  że  od  lat  dwudziestu  zaniedbujemy  i  marnujemy 
mniej,  przyrabiamy  i  zdobywamy  cokolwiek  (cl  z  nas  oczy- 
wiście, którzy  po  temii  mają  sposobność).  Dwa  pokolenia 
z  ktńrycli  jedno  otworzyło  oczy  i  zeszło  w  głąb  swego  su- 
mieoia  w  r.  1S48,  a  dmgie  w  r.  1863,  grały  taką  rolę,  tak 
pojmowały  swój  obowiązek  względem  ojczyzny,  w  czasach 
i  kolejach  najtrudniejszych,  j.ikie  ona  przebyłrala.  Kalinka  nie 
byl  w  tych  pokoleniach  i  czasach  jedynym,  zasługa  dzieli  się 
dzięki  Bigu  między  wielu.  Ale  historyk,  polityk,  i  kapłan, 
miał  zakres  czynności  tak  przestrony  jak  może  nikt  drugi, 
i  miał  jak  może  nikt  drugi  wszeclistronną  zdolność  uczynie- 
nia zadosyć  wszystkim  tym  obowiązkom.  Myśl  wszędzie  przy- 
tomuH,  ręka  wszędzie  czynna,  poruszająca  i  pchająca  na- 
przód naukę,  sprawy  polityczne,  sprawy  kościelne,  a  podno- 
sząca w  góię  Buniienia  i  dusze,  to  właściwy  charakter  Ka- 
linki, który  gn  między  zasłużonymi  ludźmi  jego  cznsu  wyróżnia 
i  wyszczególnia.  Ta  epoka  naszycłi  dziejów,  któi-ą  on  nazy- 
wał epoką  l'olBki  pokutującej,  jest  a  przynajmniej  ma  być 
początkiem  Odrodzenia  i  Reforniacyi,  odrodzenia  i  poprawy 
umysłowej,  politycznej  i  religijnej.  Wszyscyśmy  do  tego  dzieła 
powołani,  a  jego  trzy  działy  tak  są  z  sobą  złączone  i  od 
siebie  zależne,  że  choć  kto  szczelnie  w  jednym  się  zamyka 
i  jednemu  poświęca,  służy  wszysikim  trzem.  Ale  takiego  dru- 
giego nie  był",  któryby  do  wszystkich  trzech  równe  odebrał 
powołanie  i  uzdolnienie,  we  wszystkich  równie  mądrze,  równie 
gorliwie,  równie  niezmordowanie  działał. 


L 


k 


Jeieli  ntisze  snmtne  czasy  ziiajdiv  kiedy  swego  histo- 
ryka, jeżeli  z  naszycii  posiewów  będzie  Itiedyś  plon  taki,  i 
żeby  o  siewcach  warto  było  wspomioać,  to  potomni  nie  od- 
mówią współczucia  i  podziwienia  wieln  ludsiiom,  z  którymi 
my  przestawaliśmy  jak  z  przyjaciółmi  i  równymi,  a  których  ' 
rozmiary    pruecie    nie    były    zwykfe,   a   bohaterstwo   ciche  i 
smutne,   ale   prawdziwe.    Jak    ci    za    których    tak    żałośnie   i 
skarży  się  Krasiński,  na  górach  stali   i    „dźwigali  ciężkich  . 
krzyżów  br/.emic,"  a  „ziemia  obiecana,"   którą  ich  poprzed- 
nicy w  ostatniem  jeszcze  pokoleniu  widzieli  choć  zdała,  przed 
nimi  usunęła  się  tak,  że  oni  już  tylko  wiedzieli    w  której 
stronie  jej  szukać,  ale  dojrzeć  już  nie  mogli.  „Widzieli  świa- 
tło niebieskich  promieni"  jak  tamci,  ale  widzieli  także,  jak  ] 
ich  plemię  zamiast  do  promieni  dążyć,  odwracało  się  nieraz 
w  przeciwną   stronę.    „Do   godów   życia"    i   oni   zasiąść   nie 
mieli,  a  jeżeli  jak  tamci  zapomnień!  nie  będą  —  w  tem  się  i 
poeta  myli  - —  to  poniewierki  potwarzy  i  nikczemnego  prze- 
śladowania znieśli  więcej  aniżeli  poprzednicy.    Między   tymi, 
a  wyżej  od  wielu,  atoi  ta    postać   dziwna,  która  jak   różne 
zajęcia    tak    i  różne   czasy   łączy  w  sobie  i  skupia:  w  poli- 
tyce uczucia,  pojęcia,  zamysły  księcia  Adama  i  Zamoyskiego, 
2  koniecznościami  położenia  i  pracami  ostatnich  lat,  i  usiło- 
wań najnowszych  robotników   tej    winnicy,   dziś   na   Galicyę   ; 
jedną  ograniczonej;   w  hisloryi   następuje   po   Lelewelu,   po-i 
Helciu,  i  z  młodszym  Szujskim  w  parze  rozpoczyna  cały  sze-J 
reg  nowych  prac,  nowych  ludzi,  oznacza  /.wrot  wyraźny  al 
potrzebny,  ozuacza  nowy  okres  i  szkolę.  W  Kościele  wresz-' 
cie  stoi  między  Kajsiemczem  i  Kożmianem  i  całą  tą  grnppą  1 
współczesnych  odrodzicieli  katolicyzmu,  a  tymi  dawnymi  apo- 
stołami jego,  którzy  wiary  ciicieli  nieść  na  Wschód,  a  z  niej  ] 
i  dla  ojczyzny  mieć   szaniei;,   jakimi    ityl    Skarga,   Pociej 
święty  polocki  Męczennik...    myśl   icli    porzuconą    wziął   do  I 
serca  i  ożywił,  dzieło  zaniedbane,  szaniec  rozsypany  i  prawie  1 
■/,  ziemią  zrównany,   naprawiał  i  sypał    znowu   tak   gorliwie, 
tak  gorąco,  jak  w  tym  wieku  żaden  przed  nim,  jak  po  nim   i 
za  jego  przykładem  znaleźli  się  lizięki  Bogu  inni... 


^^—  dncb 


Dlaczego  go  Rńg  zabrał,  kiedy  mógi  jeszcze  żyć  iJln- 
żej  i  tyle  dobrego  dla  chwafy  Bożej,  dla  zbawienia  diisx  Indzi 
kich,  dla  uzdrowienia  i  dźwigania  ziemskiej  ojezyzny  zrobić? 
Dlaczego  zabrał,  próżno  pyfać;  fego  się  na  tym  świecie  nie 
dowiemy.  Ale  pyfcijmy  raezej  (llaczego  go  dal,  a  odpowiedź 
znajdzie  się  zaraz.  Dal  na  to,  żeby  był  solą  tej  biednej  ziemi, 
i  pracą  swoją,  roznmem  swoim,  cnotą,  wiarą,  miłością  swoją 
ją  uiyznil;  dał  na  to,  żeby  byl  pomocą,  radą,  podporą  i  nau- 
czycielem; i  dlatego  dal  mn  w  jednem  ciele  i  dticha  jiotrójny 
charakter  i  nrząd  historyka,  polityka,  i  kapłana.  Dal  go  na  to 
wreszcie,  aby  byl  wzorem,  i  wzorem  skutecznym  naśladowa- 
nym, co  już  nie  od  niego  tylko  od  nas  zależy;  żebyśmy 
nank  jego  słuchając,  a  w  jego  żywot  i  przykład  się  wpa- 
trując, zwyciężyli  w  sobie  dawnego  człowieka,  dawnego  Po- 
laka z  XVH  czy  XTX  wieku,  z  jego  wrodzonemi  wadami 
i  politycznemi  błędami,  a  oczyszczali  i  podnosili  w  sobie  teu 
pierwiastek,  wrodzony  także  a  szlachetny  i  święty,  który 
w  oas  jest,  kiedy  go  wady  i  błędy  nie  głuszą.  Niech  ten 
duch,  ten  zmysł  święty,  który  niegdyś  Litwę  ochrzcił  i  ślu- 
bem wiecznej  miłości  związał,  który  na  cudowne  hasło  z  Czę- 
stochowy zerwał  się  do  broni  w  Tyszowcach,  który  Sobie- 
skiego wiódł  pod  Wiedeń ,  a  w  Trzecim  Maju  zrobił  akt 
skruchy  i  postanowienie  poprawy,  niech  ten  oczyści  swoje 
zioło  z  glin  i  iużli  które  do  niego  przywrzały,  niech  się 
krzepi  i  wzmaga  w  doskonalej ,  wszeciistronnej  i  czynnej 
miłości  ojczyzny,  jałtą  była  miłość  ta  u  Kalinki,  —  a  wtedy 
może  stać  się  prawdą  to,  co  on  za  życia  lubił  powtai-zać: 
Deuii  elegii  injima  nt  confundat  fortta. 

Czy  to  nie  urąganie  —  mówić  o  tern  zawstydzeniu  pb- 
tężnych,  kiedy  oni  właśnie  urągają  nam  i  pewni  swego 
tryumfu,  trzęsąc  głowami,  szydzą,  wołając  uhi  est  Devs  eo- 
rum?  Prawda,  takiego  prawa  do  rozpaczy  uie  miał  może 
żaden  naród  w  chrześciańskim  świecie.  W  księdze  wyroków 
rosyjskich  i  pruskich  zapisana  jego  zagłada,  a  środki  jej  ta- 
kie, ie  kaidy  organizm  musi  się  od  nich  rozłożyć,  a  każdy 
(Inch  zepsuć.  Ratunku  znikąd,  cbyha  z  nieba  cudem,  ale  B<^g 


cudu  nie  rolii,  cboćby  mtigl  gdyby  zecbcial;  a  w  przyszlośoi, 
choe  prędzej  lub  póżtiiej  ci  dwaj  potę?.ni  będą  musieli  do  | 
siebie  6ię  wziąć  ,  to  który  ko!  wieli  zwyL-ięiy,  zawsze  będzie  I 
rówuo  żle.  Jedni  z  nas  mówią,  że  teu  przecie  lepszy  eo  dzik- 
szy, bo  niiodszy  i  więcej  pierwotny,  może  bye  jeszcze  zdoliiytD  i 
do  poprawy;  drudzy  nińwią,  że  ten  eo  prze  wrót  niej  szy  i  ze- 
psntszy,  przecie  miiiej  niebezpieczny,  bo  z  dawnego  chrze- 
óciańskiego  wychowania  mimo  jego  woli  coś  um  jeszcze  ludz- 
kiego w  duszy  zostało  — ale  jedni  i  drudzy  czas  tylko  tracą 
i  głowę  marnie  lamią  nad  pytaniem,  dawno  już  w  duszy  pol-  , 
skiej  i  w  cbrzeseiaijskiem  sumieniu  rozwiązanem.  Który 
z  nich  gorszy,  albo  lepszy?  Żaden,  Oba  sobie  równi,  oba 
jednako  przewrotni  i  nieubłagani  wrogowie  nie  Polski  tylko, 
ale  prawdy,  sumienia,  i  Boga.  Jedoń  wycbowunia  i  sumienia 
chrześci<ińgkiego  nie  miał  nigdy :  drugi  chwycił  pierwszą  spo- 
sobność żeby  się  go  wyprzeć  i  w  sobie  zagładzić,  ale  oba 
jednako  (drogą  muzułmańskich  instynktów  i  bizantyitskich 
tradycyj  jeden,  drugi  drogą  swojej  religii  i  swojej  filozofii), 
zaprzeczyli  IJoga  i  jego  prawo,  a  ubóstwili  człowieka.  Dla 
jednego  przez  długi  czas  Bogiem  był  Car,  dla  drugiego  ro- 
zum hidzki;  dla  każdego  jost  nim  dziś  on  sam,  kosya  albo 
Prusy,  a  oprócz  tego  niema  nikogo  i  nic,  żadnego  ])rawa, 
żadnego  obowiązku,  żadnej  prawdy,  żadnej  zasady,  żadnego 
względu  za  życia,  żadnego  sądu  po  śmierci.  A  oni  dziś  rzą- 
dzą światem,  i  choćby  jeden  drugiego  miał  zabić,  cóż  z  tego, 
kiedy  teu  drugi  zostanie!  W  tym  stanie  świata  musi  przy- 
chodzić na  Polaka  najczarniejsze  z  uczuć,  rozpacz,  a  z  jej 
przepaści  podnosi  się  jak  piekielny  jaki  wyziew  blużnier- 
8two;  „albo  niech  Bóg  prędko  zrobi  cud,  albo  jeżeli  nas  już 
„naprawdę,  na  zagludę  oddal,  to  niech  powić,  żebyśmy  sig 
„darmo  nie  męczyli." 

Mnsi  przecie  rozpacz  być  na  coś  potrzebna,  musi  z  Bo- 
żego przejrzenia  przeznaczoną  być  ludziom,  a  może  i  narodom,   > 
skoro  [irzebyć  ją  musiał  sam  IJóg,  Jezus  Chrystus.  Jeżeli  On, 
wiedząc  że  jest  Bogiem,  mógł  myśleć  i  wołać:    „Hoże,  cze- 
muś mnie  opuścił,"  to  cóż   dziwnego,   że   czasem    pyta   tak 


człowiek  ;illto  naród,  że  się  ud  Kogji  upuszc/.oiijiii  sąilzi?  Ta 
pokusa  rnzpacz.y,  najcięższa  ze  wsuystkicb  i  w  życiu  Chry- 
BtnsEi  Piliła  ostatiiiii  boleść,  musi  być  potrzebną  juko  Odtiiiuia 
zasługa,  ostatnie  zwycięstwo,  ostatni  tytuł  do  zmilowiiiiia  i 
nagrody.  Przyjść  ona  ninsi:  o  to  chodzi,  żeby  j»i  przebyć 
i  przeiiiódz.  A  jeżeli  teraz  zaczął  się  jej  czas,  to  z  nii^  razem 
w  tym  najgłębszym  kręgu  otclilani  ukaznją  się  błyski  otu- 
chy i  pokrzepieuiu,  na  które  oczów  zamykać  się  uie  god^i. 
Stare  przekIei'iBt*o  przywiązane  do  liasla  eritis  sicut  Deus, 
sprawdza  się  i  iia  tycli  co  ubóstwili  siebie,  jako  ludzki  rozum 
czy  jako  Państwo:  liistoryczuy  Bóg  Hegla  w  Prusy  wcie- 
lony, niepokoi  się  i  lęka  i  ukryć  tego  nie  może,  „ihm 
wird  bet  geiner  Gottuknllchkeit  bange."  Południowa  Sło- 
wiańszczyzna w  kolebce  niegdyś  zduszona,  przez  wieki  w  le- 
targu, btz  woli  i  działania,  ber.  liistoryi,  a  dzii  wracająca 
do  życia,  uczy,  że  przemoc  nie  zabija  tego  co  Bóg  stworzył; 
triandya  uczy,  że  kaj^.da  niegodziwość  odnosi  karę  i  mści  się 
na  tym  kto  ją  popełnił,  w  szpik  jego  kości  wszczepia  śmier- 
telną cborobę.  Z  tych  pi-zykladów  możemy  się  uczyć  my,  i 
nasi  ciemięzcy :  i  brać  z  nich  do  serca  otuchę  jedni,  a  drudzy 
groźbę.  Do  lycb  zas  zuaków  przyszłości  dodajmy  jeszcze  je- 
den. Gdyby  zliczyć  summę  polskiego  rozumu  i  polskiej  cnoty 
w  wieku  XVIII  i  w  naszym,  pokazałoby  się,  że  ten  cłioó 
tak  ciężki  i  smutny,  miał  więcej  charakteru,  więcej  miłości 
ojczyzny,  więcej  poświęceń,  więcej  na  różnych  polach  zdolności, 
więcej  bojażul  Bożej  i  własnej  godności;  że  ua  liczbę  i  na 
jakość  dobrego  jest  dziś  więcej  niż  przed  stu  laty.  Człowiek, 
którego  pamięci  i  czci  poświęcone  są  te  karty,  byl  tej  róż- 
nicy, tego  dokonanego  postępu  dowodem  i  miarą,  a  razem 
czynnikiem  i  wzorem.  I  dlatego  na  jego  grobie  można,  nie 
łudząc  się  i  marnem  pochlebstwem  nie  odurzając,  powiedzieć, 
że  jeżeli  się  ten  postęp  ku  lepszemu  nie  zatrzyma  —  jeżeli 
nie  zatrzymamy  go  własną  ręką  i  wolą  —  !o  kiedyś  może 
świat  odrodzony  ze  zbudowaniem  ujrzy  i  przyzna,  co  nam 
brzmi  jak  urągowisko,  Dens  elegii  irtjima  vt  con/uiulat  fortia. 
A  może  ze  zdziwieniem  i  czcią  duda  te  slowii ,    któremi    bi- 


200 


storya  przez  usta  Kalinki  daje  świadectwo  i  potwierdzenie 
przeczuciowym  sądom  poetów:  „dane  bywa  Polakom  chwy- 
„tać  z  góry  rzeczy  niecodzienne,  wznieść  się  nad  pojęcia 
„ogóln,  przeczuć  niejako  myśl  Bożą,  i  tę  myśl  siłą  ducha  i 
„łaski  nieba  w  życie  wprowadzać." 


•^(Tl"^lv^- 


^  =  '^ 


PRZYPISY. 


Do  strony  2S. 

l'o  wydnikowaniii  powyższego  iistci>it,  (Iowie(l;(ieliśmy 
się  od  księdzii  Smolik  owakiego,  że  ksiądz  Kalinka  sprawę 
tę  opowiadał  jak  następuje:  dzieoniki  polskie,  a  /.wlaszcza 
pozuańskie,  były  surowo  zakazane.  On  byl  koreapoudeiitem 
jednego  z  nich.  O  tem  dowiedziała  się  policya,  i  to  powód 
rewizyi.  Na  stole  leżała  zaczęta  korespondencya,  którą  obe- 
cny przypadkiem  Szukiewicz  ukrył  zręcznie  i  wyniósł. 


Do  ilrony  69. 

Artykuły  W.  Kalinki  w  Wiadomościach  Polskich  (po- 
dług własnoręcznego  oznaczenia  w  exemplarzu  ks.  Marcelliny 
Czartoryskiej). 

Eok  1.  (1867).  Żale  Polaków  ua  Zacłiód.  Listy  o  Królestwie. 
Agronomiczny  korespondent  Kroniki  Warszaw- 
skiej. Nasze  zadania  i  udiybienia.  O  wydawni- 
ctwie materyałów  historyczny  cli.  Listy  o  Rusi. 
Adres  uczniów  Towiańskiego  do  cesarza  Alexan- 
dra  (wspólnie  z  Klaczką).  Kościół  Polski  w  Pa- 
ryża. Niemcy  i  koleje  żelazne. 
Eok  II.  (1858).  Rząd  Rosyjski.  O  podróżujących  i  godności 
narodowej.  Przewodnik  Polski  w  Paryżu.  Rady 
mieszkańca  Wielkopolski.  Obchód  w  Montmo- 
rency.  Kouspiracya  dzieci  we  Lwowie.  Hrauiotka 
.  pana  Kuliszy.  Polityka  rosyjska  w  Polsce. 


208 


Rok  III.  (18Ó9).  Polska  pod  trzema  obcemi  Rządami.   Nie- 

wiasta  polska  na  wsi.  Śmierć  Zygmunta  Kra- 
sińskiego (wspólnie  z  Klaczką).  Sofiści  i  mło- 
dzież za  czasów  Sokratesa.  Rozkol.  Jeńcy  ga- 
licyjscy we  Fraucyi.  Wyznanie  Jereja  (zakoń- 
czenie Klaczki).  Plan  konspiracyi  i  kadrów 
powstańczych. 

Rok  IV.  (1860).  Względy  polskie  w  sprawie  władzy  świe- 
ckiej Papieża.  Papież  i  Polska.  Duchowieństwo 
na  Litwie.  Zamach  pana  Muchanowa  na  Towa- 
rzystwo Rolnicze.  Polska  po  za  krajem.  Listy 
o  wychowaniu  w  Królestwie.  Życie  publiczne 
w  Wielkopolsce.  O  kościele  katolickim  w  Polsce 
(recenzya  dzieła  ks.  Lescoeur).  Ani  razem  ani 
przeciw.  Gustaw  Potworowski  (wspomnienie  po- 
śmiertne). Polska  w  r.  1860  (wspólnie  z  Klaczką). 
Wielu  mniejszych  artykułów   nie  oznaczył  ks.  Kalinka 

wcale;   znać   nie  zdołał  sobie  przypomnieć,  przez  kogo  były 

pisane. 


-ł^^fe- 


MOWA 

na.  pogrzebie 

X.    WALERYANA   KALINKI 


,   dnia   iS  Grudnia    r88&   r 


„Wola  Boża":  to  było  wybrane,  często  powtarzane 
godło  X.  Kalinki.  Trzeba  je  mieć  w  serca,  i  pamiętać  że  ta 
wola  jest  i  Opatrznością,  żeby  na  jego  śmierć  nie  szemrać. 
Kaiidego  Kwyczajnego  nam  szkoda  kiedy  ubędzie,  bo  naszycli 
sił  mało:  a  Pan  Bóg  zabiera  tak  dobrego,  tale  potrzebnego, 
że  jego  nbyt<^k,  to  nie  szkoda,  ale  publiczna  narodowa  klę- 
ska. Ten  prosty  ksiądz,  ten  zakonnik  ubogi  i  pokorny,  by! 
dus/,ą  tyltt  spraw,  tylu  aaliowań  dobrych,  światłem  tylu  ro- 
zumów i  siiniicń,  bodźcem  tylu  prac  szlachetnych  i  przydat- 
nych, że  nad  jego  grobem  elice  się  tylko  ręce  załamać  nad 
pytaniem,  co  się  z  tem  wszystkiem  stanie,  kiedy  tej  dnszy 
nie  stanie? 

Cóż  było  w  tym  człowieku  innego  i  lepszego  jak  w  wielu, 
że  jego  strata  wydaje  nam  się  tak  ciężką,  aż  straszną?  Byl 
zbiór  niepowtńrzony  wszystkich  przymiotów,  kióre  miłość 
Ojczyzny  robią  doskonałą  i  skuteczną;  znajomość  swego  na- 
rodu najgłębsza,  uczucie  jego  potrzeb  najtrafniejsze;  świa- 
domość jak  w  pewnem  położeniu  postąpić  żeby  nie  zbłądzić; 
zdolność  działania  i  nadawania  działaniom  popędu,  rozum 
ogarniający  wszystkie  religijne,  polityczne,  społeczne  i  na- 

14 


nkowe  stosnnkt  i  potrzeby  narodn,  wola  i  praca  zdolna  jedne 
z  nieb  podjąć,  dmgie  przynajmniej  Indziom  wskazać,  a  wska- 
zawszy, dopilnować  żeby  wykonali  — a  to  ws/ystko  dopiero 
objęte  i  trzymane  razem  tą  miłością,  której  przedmiotem  jest 
i  przeszłość,  i  dzid,  i  jutro,  i  ziemia,  i  oświiita,  i  bogactwo 
narodu,  wszystko:  ale  przedewszystkicm  jego  dusza,  jego 
wartość  i  szlachetność,  jego  charakter  boiego  syna  i  sługi, 
który  ma  pełnić  wolę  swojego  Ojca  w  niebiesiech  i  na  kró- 
lestwo Jego  na  ziemi  pracować,  ^.eby  sługa  wierny  został 
w  niem  dziedzicem  i  obywatelem.  To  pi-zykładanie  ręki  do 
wszystkiego,  a  nigdzie  bez  skutku,  do  spraw  Kościoła  i  wia- 
ry, do  nauki,  do  spraw  politycznych,  do  miłosierdzia:  to 
dźwiganie  wszystkiego  do  góry ;  ta  praca  budowania  wszy- 
stkiego co  się  zwaliło,  a  przedewszystkiem  ten  cel  i  praca 
odbudowania  wszystkiego  od  wewnątrz,  od  duszy,  i  podnie- 
sienia jej  zarazem  do  szczytów  wierności  Bogu  i  sprawiedli- 
wości względem  ludzi,  to  był  Kalinka!  tośmy  w  nim  czuli 
i  znali;  i  dlatego  dziś  za  trumną  tego  prostego  księdza,  za 
tym  najskromniejszym  pogrzebem  ubogiego  idziemy  wszys- 
cy—a możemy  powiedzieć,  że  w  nas  wyobrażony  jest  cały 
naród  —  z  myślą,  jeżeli  nie  wołaniem:  o  Boże!  czeronś  go 
zabrał ! 

Trzy  były  dotąd  epoki  naszego  porozbiorowego  iycia. 
Pierwsza  wojenna,  z  nadzieją  wybiciu  się  wstępnym  bojem, 
zakończona  powstaniem  roku  1830.  Kalinka  do  niej  nie  na- 
leżał, ale  wziął  z  niej  tę  wierność  niezłomną,  tę  wiarę 
w  swoją  sprawę  i  w  swoje  prawo,  które  były  tej  epoki  ce- 
chą i  chlubą. 

Druga  była  epoka  emigracyjna.  Prawda,  było  w  niej 
wiele  złego  i  wiele  szkody.  Ale  kiedy  dziś,  nawet  między 
nami  staje  się  modą,  niby  dowodem  politycznego  rozumu 
mówić  żle  o  emigracyi,  to  tylko  życzyć  trzeba  nam  i  drugim, 
byśmy  nie  doczekali  czasów,  w  których  świat  europejski 
|)ozna  po  własnej  szkodzie  —  co  już  dziś  widzieć  może,  kto 
ma  oczy  —  że  w  tych  przestrogach,  które  Europie  dawała 
okrzyczana  a  nieraz  wyśmiana  emigracya,  był  rozum  i  była 


prawda,  ie  onsi  daleko  pa,trzała  i  dobrze  wiilxiała.  Kalinka, 
emigraut  późnieJB/.y,  emigrant  przez  ostatnie  dopiero  Jut  dwa- 
naście znaczenia  i  działań  emigracyi,  nabrał  w  tych  lataeli 
wędrówki  znajoraońui  politycznego  świata  i  jego  spraw,  prze- 
był prawdziwą  dyplomatyczną  szkolę,  a  nie  wpadł  nigdy 
w  zwykłą  ponjylkę  wielu  emigi-antów,  którą  jest  nieznajo- 
mość realnego  slann  krajn,  polityka  teoietyciciia  i  idealna, 
bez  gruntu  pod  nogami,  przeto  często  utopijna.  On  kiedy 
zbliska,  naocznie,  studyowal  bieg  spraw  i  naturę  sił  polity- 
cznych Europy,  kiedy  się  dla  Polski  polityki  uczył  i  pun- 
któw oparcia  dla  niej  szukał,  to  stan  wewnętrzny ,  Polski 
samej  miał  KawsKe  przed  oczyma,  znal  go  uawskróś,  zgłę- 
biał trzeźwo,  i  l'ol9ce  samej  o  jej  stanie  dawał  —  Wiadomości. 
Z  tej  emigracyjnej  epoki  jego  życia  wyszła  doskonała  n  niego, 
lepsza  u  wielu  z  nas  znajomość  tej  nieubłaganej  statyki  i 
dynamiki  politycznej,  bez  kiórej  nic  obliczyć,  nie  napewno 
począć  się  nie  da  w  wewnętrznych  czy  zagranicznych  sto- 
sunkach, bez  której  'niema  planów,  tylko  są  marzenia;  niema 
praktycznych  powodzeń,  tylko  są  teoretyczne  rozumowania. 

Ten  charakter  i  kierunek  realny,  |)raktyezny,  nada- 
wał —  nie  on  jeden,  bo  było  tam  ludzi  znakomitych  wielu  — 
ale  on  najsilniej  może  emigracyjnym  działaniom,  od  wojny 
Krymskiej,  aż  do  chwili,  kiedy  i  one  były  zaskoczone  i  por- 
wane a  wreszcie  zniweczone  wypadkami,  których  pocza.tck 
Jak  kierunek  w  innych  byt  rękach.  Między  temi  umysłami 
znakomitemi  i  zdolnościami  pierwszego  rzędu,  niejeden  był 
mu  równy  lub  wyższy  pod  pewnym  szczególnym  względem. 
ale  żaden  nie  miał  w  tym  stopniu  eo  on  daru  objęcia  i  pro- 
wadzenia wielu  spraw  naraz,  zmysłu  organizacyjnego  i  daru 
rządzenia,  rozpoznania  odrazu  eo  jest  do  zrobienia  i  wska- 
zania sposobn  jakim  zrobione  być  może;  użycia  właściwego 
człowieka  do  właściwego  mn  rodzaju  pracy,  zmuszenia  go, 
żeby  powierzoną  sobie  wykonał.  Tea  wzrok  obejmował  cały 
ogól,  a  nie  przeoczył,  nie  zaniedbał  nigdy  żadnego  szczegółu. 
Tu  czynność  wielostronna,  która  się  wciskała  w  parlament 
angielski,  w  IJułgaryi  śledziła  postępu  pierwszych  skłonności 


do  powrotu  na  łono  Kościoła,  prasę  i  opinię  francuską  uczyła 
znać  stan  a  rozumieć  sprawę   Polski;   litóra  w  znakomitych  i 
en  (i  z  o  ziem  có  w    umiała   U-linąć   niilośt   tej    sprawy  i  wywołać   I 
icłi  dzielą,    a   która   z    zapałem  i   ntł^sknieniem  uajwiększem  [ 
pracowała  —  (już  wtedy)  —  nad  ścieśnieniem  węzłćw  między  i 
Ojczyzną  a  Kościołem^  mogła  była  życie  zapełnić.  Nie  za- 
pełniała go.  Po  7.a  nią  była  jeszcze  eznjność  zwrócona  zaw- 
sze na  wszystkie  naukowe  kwestye  i  sprawy,  były  cywilizu- 
jące, humanizujące  dzieła  miłosierdzia,  była  troskliwa  piłno6ć  1 
około  każdego  z  osobna  (zwłaszcza  młodego)  człowieka,  żeby  I 
jego  rozum,  serce  i  charakter  oświecać,  podnosić,  kształcić - 
ah!  i  któż  zliczy,  iłe  tam  było  zasobów  i  skarbów,   jak  ten  ] 
człowiek  „rozdawał  siebie  samego  swej  braci." 

Z  epoki  emigracyjnej   wziął   Kalinka,    co  w  niej    było   ' 
najlepszego:  znajomość   europejskiego   świata  i  zagranicznej 
polityki,  doświadczenie,  poświęcenie:  a  co  się  w  iiicj  najlep- 
szego robiło,  do  tego  nałeżal.. 

Przyszła  epoka  trzecia.    Ze  wszystkiego  co  było,  nie 
został  kamień  na  kamieniu,  i  jeszcze  każdy  z  osobna  rozbija 
się  na  procłi ,  żeby  z  niego  i  śład  nie  został ;  a  gdde  jest 
ślad,  to  go  zaorać;  gdzie  tli  iskra   życia,  to  zdeptać;  górne 
jeszcze  ostatnie  tchnienie,  to  zadusić.  A  tryumf  coraz  'inpeH- m 
niejszy  i  coraz  łatwiejszy:  polska  szabla  się  złamała  dftwno,.j 
później  zaełiodni  rozum  nie   zrozumiał,   nie   wystarczył, 
chciał  się  bronić  zawczasu  —  i  dzisiaj    mówi    Krasińskiego  ' 
„Szatan":    „Ja  jestem    rozum,"     „ja  jestem   konieczność"    i 
„ja  ziemi  panem." 

Otóż  nie!  Panem  ziemi  jest  tylko  Bóg;  koniecznością 
tyłko  Jego  wola,  a  rozum  ludzki  tylko  ten  prawdziwy,  który  . 
tej  wołi  szuka  i  słncfaa.  Co  ona  postanowi  i  jak  rozstrzygnie, 
to  się  kiedyś  pokaże;  czego  ona  od  nas  ełice,  to  możemy 
poznać.  Ratowania  pierwszego  warunku  samej  istoty  życia: 
duszy  narodu,  przywrócenia  jej  do  sił  i  zdrowia.  A  środki 
potemu  jakie?  Znajomość  siebie  i  rzetelność  z  sobą:  to  hi- 
storyk; roztroimość  i  statek  w  postępowaniu:  to  polityk; 
zjednoczenie  sił  własnych,  wątlycłi  i  rozprzęionycli,  z  jedyną 


■  niezmienuą,  z  jetlyną  nieomylną,  z  jedyną  niezwyciężoną, 
Bogiem  i  z  tym  Jego  mądrośui  składem,  którym  jest 
Kościół:  to  kaplao.  Wszystko  zniszczone,  prócz  duszy!  Do- 
lirze:  zobaczymy,  czy  ta  się  (ia  zniszczyć  i  czy  z  tego  ko- 
rzenia co  nie  puści?  To  rola  Kalinki  w  naszej  historyi.  Za- 
częła się  —  i  toczy  się  walka  już  nie  o  ziemię,  nie  o  pra- 
wa, nie  o  inatytticye,  nie  o  mienie;  walka  o  du8zc,  prowa- 
dzona wszystkiemi  silami  gwałtu,  wszystkiemi  środkami 
zepsucia  i  rozkładu  —  a  czasem  niestety  nie  bez  pomocy 
rąk  polskicli.  Tej  walki  lioliatereni  jednym  z  największyeli 
byl  len  prosty  zakonnik,  którego  tu  dziś  cbowaniy. 

W  pierwszych  latach  po  klęsce,  Kalinka  nie  miał  wy- 
tkniętego dKialania  przed  sobą;  skorzystał  z  tej  bezczynności, 
żeby  napisać  książkę.  Żywot  księcia  Adama  Czartoryskiego 
może  tyle  nanczyć,  tyle  oświecić. -■  Żywot  ten  nie  napisał 
się  nigdy,  ale  z  przygotowawczych  do  niego  prac  powstały 
Oniałnie  lata  Stanisława  Augusta.  W  publicyście,  W  pisarzu 
politycznycli  artykułów  i  ijroszur,  objawił  się  niespodzianie 
i  w  wieku  już  doljrze  dojrzałym  historyk. 

Opatrzność  to  Boska  zaprawdę  dala  nam  na  te  czasy 
uieumey  ten  kordyał  bistoryi.  Pierwszy  środek  uzdrowienia 
znajomość  siebie,  a  w  tem  zwierciedle  nabyć  jej,  zobaczyć 
się  możemy  —  i  tym  kordyałem  się  leczyć,  ł)yłeśmy  —  jalŁ 
Skarga  mówi  —  byleśmy  chcieli !  Kalinka,  świadczą  wszystkie 
jego  pisma  dawniejsze,  był  wielkim  znawcą  psychologii  na- 
rodu, znal  wH7VStkie  odmiany  i  wszystkie  skłonności  naszej 
natury,  c/ytał  w  nich  jak  w  otwartej  księdze.  41e  że  z  tą 
intnicyjną  ^Mod/onij  zncijomością  tinszy,  połączył  odrazn  tę 
nmicjętuohL  badania  d/iejów,  którą  się  zwykle  tylko  długa 
nauką  nab>wd,  ie  knnnzt  dziejopisarski,  ten  tak  szlachetny, 
tak  rzadki  i  trudny,  posiadł  odrazu  tak  że  pisał  bistoryę 
jak  mistrz,  to  było  niespodziewane,  to  była  rewelacya,  którą 
objawił  się  i  stanął  odrazn  w  pierwszym  rzędzie  jako  histo- 
ryk-badacK,  liistoryk-połityk  i  historyk -artysta.  Sepu  CzUro- 
letni  okazał  tę  zdolność  w  pełniejszym  jeszcze  blasku,  roz 
szerzy!  zakres  tej  zasługi,  pomnożył   zasób  tej  nauki  i  zna- 


jomości  siebie,  ale  w  tern  }iierw8zeiu    dziele  była  już   cala  I 
islota  riteoty  i  eala  jej  doskonałość.    Nie  tu  miejsce  jej    do- 
wodzić,  ani   zbijać   tej    Citasem    zawiści,    częściej    płytkości, 
która  w  prawdach  bistoiyi  widziała   zagrożenie   narodowycli 
UCKUĆ.  Ta  c/ęśe  zadania  nalepy  z  prawa  do  bistoryków.  Tli 
tylko  jedno  słowo.   Z  męką  w  sercu,  ze  wstydem  na    czole, 
zagłębiał   się  Kalinka  w  te   dzieje   smutne   nie    tyle  jeezczc   i 
zdradą  lub  przemocą  obcycb,  jak    lem,  że   Polacy   sami    nic 
dnśe  dzielnie,    nie   dość   mądrze,   nie   dosyć   Polski   bronili.  1 
A  ten  wstręt  przemógł,  ten  przymus  sobie  zadał,  dlaczego?  ] 
Dlatego  właśnie,    żeby  się  przekonali  i  nauczyli    że   nie  do- 
syć, że  trzeba  mądrzej,  że  trzeba  silniej ,  że    trzeba   statecz- 
niej, że  trzeba  wyżej !  a  tego  na  żadnych   ezasacb  i  wypad- 
kach tak  wyraźnie,  tak  zrozumiale  uie   mógł   wykazać,  jak 
ua  tych,  które  przez   to  że   ostatnie  i   najbliższe,  najprędzej 
nam  sumienie  wzruszyć  a  oczy  otworzyć  powinny. 

Ale  nauki  historyi,  aie  znajomość  siebie,  na  co?  co  po 
niej,  jeżeli  nie  ma  podnieść,  poprawić?  „Biada  wiedzy,  która 
nie  pomaga  wiedzącemu,"  która  zna  tylko  i  konstatuje.  Siłą  j 
samej  tylko  znajomości  siebie  nikt,  człowiek  czy  naród,  nie 
zdoła  się  podnieść.  Trzeba  więcej ,  trzeba  woli  w  ezłowiekii 
czy  narodzie,  i  trzeba  w  nich  tej  jeszcze  siły,  której  w  nieb  ■ 
siiniyeh  już  niema.  Żeby  duszę  ratować,  nie  dosyć  człowieka,  j 
trzeba  Boga  i  Jego  łaski;  nie  dosyć  lekarza   (historyka  czy 
polityka),  trzeba  kapłana. 

Kalinka  został  księdzem.  Jeden  liyl  na  świecie   zakon, 
do  którego  on  ze    swoją   naturą  i  przeszli^ścią   musiał   lgnąć 
całą  siłą  przywiązania  i  prjignieuia,  to  ten,  co  z  dnszy  pol- 
skiej poczęty,  jej  obronie  przeznaczony ,  od  Zmartwychwsta    j 
nia   Pańskiego   wziął   nazwę.    A   z   martwych   budzić  trzelm   I 
było  wiele  i  wielu:  ale  też  bndzili  dobrze,  i  nie  zasypiał  już  ! 
zwykłe  ten,  kogo  oni  raz   ocucili.   Wspaniale   są  w  dziejach 
naszych  te  postacie  księży,  co  dusze  chcą  zbawiać,  a  gdyby  i 
się  to  dało,  zbawiliby,  przynajmniej  poratowaliby    Ojczyznę. 
Taki  był  Skarga,  którego  żeśmy  slucliać  nie  chcieli,  wyrze-  I 
kanty  dziś  gorzko  na  siebie j  taki  był,  ze  swojem   słowem  i 


!  Skargi  godnem,  Kjijsipwit-/.  Kalinkii    był    cichy  i  nie 

trzelał  jalc  tamci    „grzmiąceiui   słiiwy   dn    serca   spńlhraći," 

i  dzieje  Kościoła  i  dzieje  naiiidu  polskiego  postawią  gn 

r  szeregn  Ijcli  wielldch  lca|i!!irn'nv-refnrmatów,   odrod/icicli, 

wami  nie  gr/.miał,  ale  wpływam  obejmował   zakres   szer- 

by  niż  Kajsicwiez;  do  spraw  politycKiiycli  więcej    od  niego 

,  działał  pr/.ez  historyc,  d/ialal  przez   iiankią ,   działał 

rzez  dar  przekonywania  ludzi  i  jiosuwania  icli  naprzód,   i-o 

«ejeden  z  nas  tu  obecnych  poświadczy:  działał  pr^ei!  milo- 

^ei-dzie,  przez  swój  iiołityczny  roznin  i  doświadczenie;  a  tak 

umiał  działać,  że  gdzie  jirzyszedl,  tam  się  życie  budziło,  tam 

»ię  poczynało  działanie,  tam  się  powtarzał  prawie   ewaugie- 

liczny  cnd,  ie  choć   się   na    miejscu    ledwo    kilka    chlebów 

/Jialazło,  rzesza  odcLodziła  pokrzepiona,  mocniejsza,  odwa^,- 

niejsza,  nfniejaza.  W  tym   pisarzu,  w  tym    uczonym,  w  tjm 

historyku,  w  tym   polityku,  w  tym  wielkim  po  ludzku  i  ]io 

;;Awiecku  patryocie:  —  był  apostoł. 

A  w  tej  apostolskiej  pracy   n:ijwii;k8ze,    najtrudniejsze 

fdzieło   ostatnie,    ze   wszystkich    najbardziej    umiłowane,   bo 

iiiem  jak   nigdzie   wyraźnie   bezpieczeństwo   i   zbawienie 

F^usz  krwią  I':iua  Jezusa  okupionych,  schodziło    się  z  załłez 

Ppieczeniem  świeekiej  Ojczyzny.  Lud  wielomilionowy,  z  Koś- 

l  ciolera    niegdyś    polską   zasługą   połączony,   a   opieszałością 

toiestety  pcdską  nie  dość  ściśle  złączony,  od  wieku  gwałtem 

Li  zdradą  od   Kościoła  odrywany,  w  malej  jnż  tylko  częśei 

liprzy  nim  zostawiony,  gdyby  doreszty    miał    uledz   przemocy 

i  kłamstwu,  to  co  powstrzyma  ten  potop,  którym  one  światu 

igrożą?  Gdzie,  zkąd,  jak  znaleść  pmeciw  niemu  wały  i  tamy? 

ŁW  duszy,  w  sumieuiti  tego  ludu.  Utwierdzić  jego  wiarę,  zba- 

j  jego   dnazę,  a  swojej    ziemi    on   już   wtedy   sam    będzie 

Stronił,  i  wał  się  znajdzie.  Wątpiono,  nic  dowierzano  czasem, 

uytano  czy  się  to  uda  i  przyda.  Odpowiedź  moi^e  dać  tylko 

ale  odpowiedzialność  zaprzeczenia  byłaby  za  wielka. 

Dzięki  Bogu,  iteśmy  to  zrozumieli,  i  że  tego   przeczenia  nie 

żbylo  i  niema,  owszem  jest  rzeczywiste,  skuteczne,  daj  Boże 

toraz  dzielniejsze  poparcie. 


Oto  co  Kalinka  robił  w  e|i(ieo  trzeciej,  Z  pieni 
wicią]  gorącość  Dczuł^ ;  w  drugiej  imbriit  politycznego  roz^Sm 
i  doświadczeuia ;  w  trzeciej  prowadził  walkę  n  duszę  i  pracę 
iłiidowaiiia.  I  w  tej  pracy  samym  środku,  samym  ogum,  kiedy 
liyl  imjpotrireliiiiejiszy ,  kiedy  skutek,  kiedy  plon  z  jego  za- 
siewu zawiał  zda  się  tia  jego  długiem  siyeiu,  Bóg  go  zabrał! 
zalirał  tej  pracy  około  młodzieży  ruskiej,  zabrał  Zgromadse- 
iiin,  które  tylko  co  straciło  Semeneiikę  —  jak  ono  te  straty 
jintetrzynia?  przerwał  i)racę  lekarską  i  naukę  polityki  z  przer- 
waną Histoi-yą  Czteroletniego  Sejuiu ,  teraźniejsKośei  i  przy- 
szlo.'^ciy  narodowi  i  Kościołowi  zabrał... 

Wola  Boża. 

Jedno  z  ostatuicli  słów  X.  Kalinki  było:  „nie  proście 
o  to,  żebym  ja  tyl,  ale  żeby  się  wola  Boża  spełniła."  Jak 
się  ma  spełnii;  i  przez  kogo?  Przez  nas.  Kiedy  jednego  za- 
braknie, takiego  co  stawał  za  wieln,  powstaje  stracii  rozpaczy 
bliski,  kto  go  zastąpi,  kto  tak  potrafi;  z  nim  rnnie  wszystko 
czem  był  i  co  robił.  Kto  zastąpi?  Nikt  jeden  z  osobna.  Kto 
tyle  i  tak  potrafi?  Zapewne,  że  żaden.  Ale  żeby  wszystko  co. 
rohil  /.  nim  runąć  miało,  to  nie.  A  od  czegóż  my  jesteśmy? 
Na  co  nam  jego  nauki  i  przykład,  gdyby  cokolwiek  miiUo  , 
się  chwiać  i  upadać?  Żaden  jeden  nie  zastąpi,  ale  wielu  r&r- 
zem  może  jego  dzieło  nie  jedno  —  wszystkie  (prócz  książki,  J 
bo  tej  nikt  nie  dokończy) — -  prowadzić' dalej  i  od  upadkli'1 
strzedz.  Weźmy  go  za  wzór,  żeby,  jeżeli  eo  ma 
upadło  z  naszej  winy,  z  naszego  zaniedbania.  Zaś  da  Bóg, 
że  nie  npa<laie,  „liyleSmy  chcieli";  bo  upada  to  tylko,  oo  aic 
zaniedbuje;  trzyma  się,  co  o  siebie  mądrze  i  szlacbetnie  dbaó 
ninić.  Zdarza  się  czasem,  że  po  jednym  doskonałym  nastę- 
puje wieln  dobrycli.  On,  jak  nikt  może  dragi,  ,.ninożył  sitj 
przez  czyny  żyjące";  do  nas  należy,  żeby  przyszłość  mialn 
„z  niego  jednego  tysiące,"  a  w  tych  tysiącach  te  siły  wiary, 
mądrości,  działania,  miłości,  których  on  był  zbiorem  i  wzorem. 


^ 


ny,^ 


\ 


i; 


^        ♦ 


I    • 


»#>!»»■  ^-r—       - 


^ 


fc 


»,-^.' 


'N 


i, 


I 


I 


>t 


^. 


\ 


\ 


•r«w  •  I 


Cl 


■■■i 

3  6105  036  664  382 


STANFORD  UNIVERSITY  LIBRARIES 

CECH  H.  GREEN  LIBRARY 

STANFORD,  CALIFORNIA  94305-6004 

(415)  723-1493 

Ali  books  moy  be  recolled  ofter  7  doyt 

DATĘ  DUE 


2BD  Jllt*  2v  d9( 


21©    AU6221996 


aiD  ^^^ 


ti^iaaB 


280 


-^^ 


^50  Wpi/2  0t9Q8 


!    ^^ 


■<Q'i  '^t  tSQR 


,. — *